Wywiad z Mateuszem Kowalczykiem


Najlepszy napastnik, a jednocześnie kapitan Woli Rasztowskiej. Zawodnik, który w swojej przygodzie z piłką trochę doświadczył, ale nie zawsze były to miłe chwile, bo przez kontuzję wyłączył się z grania na blisko 6 lat. Ale ciągnęło wilka do lasu i mimo, że priorytety w życiu trochę mu się zmieniły, to pasja do futbolu wciąż jest w nim żywa. Zapraszamy do lektury wywiadu z MATEUSZEM KOWALCZYKIEM!

Mateusz, jeden punkt w dwóch spotkaniach, to na pewno nie jest start, jaki zakładałeś w pierwszym sezonie w S6 Woli Rasztowskiej. Jak oceniasz te dwie potyczki w Waszym wykonaniu?

– Co mogę powiedzieć… Zawsze liczę na komplet punktów w meczach w których gram. Chciałbym żeby Wola w tej chwili miała sześć punktów i była w czołówce, no ale niestety nie udało się. Pierwszy mecz był do wygrania, mieliśmy mały niedosyt po ostatnim gwizdku. Małe indywidualne błędy sprawiły, że skończyło się remisem, z którego mimo wszystko też się cieszyliśmy, bo był to nasz pierwszy oficjalny mecz w takim składzie. W drugim spotkaniu wiedzieliśmy, że będzie ciężko, bo graliśmy z dobrze zgraną ekipą, która gra już ze sobą parę ładnych lat. Bad Boys zasłużenie zwyciężyli, są na szczycie tabeli i życzę im powodzenia w jak najszybszym powrocie do 1.ligi. My niestety na ten mecz nie dojechaliśmy, patrząc zarówno na wynik, jak i na naszą kadrę.

A czy zgodzisz się z naszą oceną, że brakuje Wam trochę przebojowości w ataku? Kogoś takiego, jak Mateusz Marcinkiewicz, z którym występowałeś jeszcze w zespole Copy?

– Tak, muszę się z Tobą zgodzić. Rozmawialiśmy po naszych pierwszych meczach i padło takie stwierdzenie, iż brakuje nam kogoś jeszcze z przodu. Ale nie zamierzamy kogoś szukać na siłę, byle tylko wzmocnić kadrę. Gramy razem z chłopakami od dłuższego czasu w takim składzie, dobrze się przy tym bawimy i w tej chwili na tym nam najbardziej zależy. Dobrze się bawić i mieć fajną atmosferę w zespole.

W rozgrywkach amatorskich grasz od dłuższego czasu, ale zanim skupiłeś się na nich, to grałeś po 11-stu, choćby w Wichrze Kobyłka. Przypomnisz nam jak to przebiegało? Był Wicher, potem kontuzja i po niej już do gry na dużym placu nie wróciłeś?

– A więc tak – moja przygoda z piłką na dużym boisku zaczęła się w wieku 16 lat. Wtedy pojechałem na pierwszy trening do Kobyłki. Grałem tam 4-5 lat od B klasy do Ligi Okręgowej. Później przytrafiła się kontuzja – zerwane więzadła krzyżowe przednie i uszkodzona łąkotka poboczna. Wróciłem po operacji do treningów w Błyskawicy Warszawa, ale nie udało się – wystarczyły dwa miesiące treningów i kolano znowu dało o sobie znać. Po tej krótkiej przygodzie piłkę zostawiłem na bodajże 5 lat, więc zsumowało się ponad 6 lat przerwy od grania.

Ostatnio, jeśli wzrok mnie nie zawiódł, wróciłeś jednak do gry po 11-stu i reprezentujesz barwy GKSu Dąbrówka. Ciągnęło wilka do lasu?

– Dobrze widzisz 😊 Gdzieś tam moje nazwisko przewija się w protokołach meczowych. Zobaczyłem na Facebooku ogłoszenie, że GKS Dąbrówka zaprasza na otwarty trening. Pomyślałem, iż to może być ten czas, kiedy mogę jeszcze spróbować swoich sił na dużym boisku. Pojechałem i tak zostałem.

Swojego czasu była chyba u Ciebie drobna fascynacja Neymarem. To wciąż Twój ulubiony zawodnik? I dlaczego akurat on?

– To prawda – był taki moment, gdzie uwielbiałem oglądać Neymara. Jego talent i umiejętności przyciągały wzrok. Ale od zawsze moim idolem był Zidane.

A jak Ci się wydaje – miałeś papiery na większe granie? Gdyby wszystko poszło po Twojej myśli i zdrowie dopisywało?

– Wiesz, nie mi to chyba oceniać. Oczywiście że moim marzeniem było zagrać jak najwyżej. I robiłem wszystko, żeby dążyć do tego. Byłem typem pracusia, nie było dla mnie czegoś takiego jak odpuszczenie treningu. Czasem brakowało umiejętności na boisku, ale charakteru nigdy nie zabrakło. Niestety życie potoczyło się inaczej.

W ligach amatorskich grałeś z wieloma fajnymi zawodnikami. Którego z nich uważasz za najlepszego?

– Uuu, ciężkie pytanie, bo trochę tych nazwisk było, ale wydaje mi się ze najlepszym zawodnikiem z jakim grałem w jednej drużynie był Konrad Budek – było to jeszcze za czasów ligi szóstek w Wołominie, w zespole uBarbórki. Zrobił na mnie największe wrażenie. Jego umiejętności, no i oczywiście doświadczenie gry z dużych boisk – absolutny top. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zagram z nim w jednej drużynie.

A jak wspominasz swoją bramkę, zdobytą efektowną przewrotką z poprzedniego sezonu (do obejrzenia poniżej). Od razu miałeś taki pomysł na wykończenie akcji? Nie bałeś się, że stare kości nie wytrzymają? 🙂 I czy była to najładniejsza bramka, którą zdobyłeś w przygodzie z piłką?

– Tak, zdecydowanie to była najładniejsza bramka w moim wykonaniu. Dużo w życiu ich nie strzeliłem, bo moja nominalna pozycja na dużym boisku to był bok obrony. Ale tę bramkę będę pamiętał na długie lata. Długo się nie zastanawiałem nad sposobem, bo chyba każdy kto gra w piłkę chce w życiu strzelić coś w podobnym stylu – niektórzy robią to profesjonalnie a niektórzy tak jak ja (śmiech). A co do moich starych kości, to przyznam się szczerze, że jeszcze z tydzień czułem ból w plecach po tej sytuacji (śmiech).

Znamy to uczucie (śmiech). To teraz trochę z innej beczki – gdybyś mógł cofnąć czas w swoim życiu, to co byś zmienił? 🙂

– Cofnąć czas… Wiele razy o tym myślałem, co by było gdy nie kontuzja. Ale szczerze mogę Ci odpowiedzieć – nie cofnąłbym czasu. Jestem szczęśliwy, mam piękną i wspaniałą żonę, 3-miesięczną córeczkę Zosię. Poznałem wielu wspaniałych ludzi w swoim życiu. Nie zamieniłbym tego wszystkiego na nic innego.

Ostatnie pytanie tradycyjnie o nasze rozgrywki. Czego Ci w nich brakuje, a co lubisz najbardziej?

– Czego mi brakuje? Więcej drużyn, bo fajnie by było rozegrać więcej meczów w sezonie. Co lubię? Chyba transmisje na żywo prowadzone przez Ciebie i Adama.

No to miło nam to słyszeć 🙂 Mateusz, dzięki za wywiad i życzymy Ci powodzenia zarówno w życiu prywatnym, jak i na boisku!

Dodaj komentarz