Wyrównane mecze na inaugurację. Kontrowersje zdominowały szlagier.


Liga powróciła! I chociaż w dniu wczorajszym nie wszystko wyszło tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, to wolimy się skupić na tym, co było fajne. A ciekawych spotkań na starcie nie brakowało!

Jak zwykle zaczynamy od podsumowania naszej transmisji na żywo. Dziękujemy wszystkim za udział, mamy nadzieję że przyjemnie się i oglądało i słuchało, a kogo wczoraj nie było z nami na lajfie, to całość jest do odtworzenia poniżej. Zachęcamy również, by kliknąć na tytuł tej transmisji i zostawić nam polubienie bezpośrednie na YT 😊 Podobnie z subskrypcjami – wczoraj wpadło nam 10, ale liczymy na więcej!

To teraz coś więcej o premierowych meczach w czwartej edycji. Zaczęliśmy od spotkania, które w najczarniejszych snach jawiło nam się jako potyczka do jednej bramki. Dysponujący piekielnie mocnym składem Al-Mar podejmował HandyMan Elewacje i mimo, że Al-Mar poległ z tym zespołem w poprzednim sezonie, to teraz takiego scenariusza nie brał pod uwagę. Nie możesz zakładać przegranej mając w składzie Karola Sochockiego, Mateusza Muszyńskiego i kilku innych naprawdę dobrych graczy. Ale to wcale nie był łatwy mecz dla faworytów. Hendymeni objęli jedyną słuszną taktykę na to spotkanie, czyli cofnęli się głęboko na własną połowę i tam skuteczne rozbijali ataki przeciwników. Od czasu do czasu wypuszczali też groźne kontry i gdyby byli ciut bardziej skuteczni, to była okazja wyjść na prowadzenie. No ale niestety – nie dość, że nie mogli znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego Stefana Neculę, to jeszcze w 20 minucie popełnili błąd w obronie i dali oddać strzał Wojtkowi Kuleszy. Na ich nieszczęście okazał on się perfekcyjny i Al-Mar mógł odetchnąć. Za chwilę zdobył zresztą gola nr 2 i od tego momentu grało mu się łatwiej. W drugiej połowie przegrywający znów na jakiś czas schowali się za podwójną gardą, ale było jasne, że jeśli wynik nie ulegnie zmianie na ich korzyść, to będą musieli zaatakować. To odsłonięcie się miało swoje konsekwencje. Ich tama zaczęła przeciekać i dwa szybkie gole Karola Sochockiego pozbawiły ich złudzeń na jakiekolwiek punkty. Ale to wcale nie znaczy, że Hendymani muszą się swojego występu wstydzić. Zawsze najlepszą laurką twojej gry jest to, co myśli przeciwnik. A wiemy z obozu Al-Maru, że było im ciężko. Na tę przynajmniej jedną bramkę ekipa Krzyśka Smolika w pełni zasłużyła, ale nie była ona tutaj kluczowa. Najważniejsze, że chłopaki na własnej skórze przekonali się, że to nie jest tak, że pasują do pierwszej ligi jak skarpetki do sandałów. Oni z każdym są w stanie powalczyć, bo jeśli byli w stanie wielokrotnie skutecznie odpierać ataki prawdopodobnie najlepszej ofensywy w lidze, to z każdą inną powinno to wyglądać jeszcze lepiej.

A jak wypadł debiut w Strefie Szóstek RDK Szewnicy? Hmm, skoro znacie już wynik, to nie będziemy zakłamywali rzeczywistości. Ekipa Marcina Białka uległa Retro Squad 3:4, aczkolwiek mieliśmy do czynienia z wyrównaną potyczką, która mogła się potoczyć w każdą ze stron. Początek należał do Retro, ale okrutnie szwankowała tam skuteczność. Gdyby po kwadransie wynik brzmiał 3:1 albo 4:1, to Szewnica nie mogłaby mieć pretensji. Ale im dłużej mecz trwał, tym proporcje w oddanych strzałach czy posiadaniu piłki zaczęły się wyrównywać. Ilekroć bowiem Retro wychodziło na prowadzenie, to RDK za każdym razem równała licznik. A mniej więcej od 30 minuty, to już była prawdziwa „wolna amerykanka”. Sunął najpierw atak z jednej strony, a potem z drugiej. Wydawało nam się, że w takiej grze lepiej będzie się czuł zespół w błękitnych koszulkach, ale to rywalom udało się zadać decydujący cios. Szewnica starała się jeszcze wrócić do meczu, wielokrotnie gościła w okolicach pola karnego konkurentów, lecz na nic się to zdało. Taka porażka, gdzie wszystko działo się na styku, musi oczywiście boleć. Ale znamy trochę przegranych i wiemy, że potrafią grać lepiej. No i niestety – bardzo brakowało im napastnika. Mimo, że bracia Tomek i Michał Walaśkiewiczowie grali bardzo ambitnie, to jednak brakowało im trochę zgrania z kolegami i gołym okiem odczuwalna była nieobecność Adama Michalika. Z nim w składzie spokojnie można było tutaj powalczyć o całą pulę. Jednak niczego nie chcemy w ten sposób odebrać triumfatorom. Oni też mieli swoje problemy kadrowe, a mimo to zagrali bardzo solidnie i przede wszystkim górowali nad rywalem spokojem w rozegraniu. To dobrze świadczy o tych, którzy odpowiadali za dystrybucję piłki w Retro. Fajne zawody zapisał na swoje konto Kamil Ryński, a i Patryk Kukwa, który zmylił nas nową fryzurą, również potwierdził swoje walory. Tym samym trzy punkty pojechały do Radzymina i okolic, co na pewno musiało ucieszyć nieobecnego wczoraj kapitana Retro, Darka Rosłona. Jego chłopaki wykonali zadanie jak trzeba.

Trzy punkty na swoje konto i to w debiucie w pierwszej lidze zgarnęli też Black Dragons! Niby wszystko fajnie, bo taki był cel nadrzędny, jeśli chodzi o starcie z Bad Boys, lecz tak z perspektywy czasu możemy chyba napisać, że po ferajnie Serka Modzelewskiego spodziewaliśmy się trochę więcej. Jasne – zwycięzców nie powinno się sądzić, lecz to co wczoraj ledwo wystarczyło na „Złych Chłopców”, to byłoby za mało na znakomitą większość innych, pierwszoligowych drużyn. Zresztą – nawet Bad Boys w pewnym momencie spotkania zorientowali się, że ten przeciwnik nie jest wcale taki straszny i mimo, że przegrywali tutaj 0:3, to doszli konkurentów na odległość jednego gola. A wszystko wzięło się chyba z tego, że Black Dragons, którzy dość łatwo wyrobili sobie przewagę, myśleli że w tym spotkaniu nie ma prawa stać się im krzywda. Ale zapomnieli chyba, że to nie jest druga liga. Tutaj trzeba być skoncentrowanym od pierwszej do ostatniej minuty. Im tego zabrakło, przez co ostatni kwadrans był dla nich nerwowy. Dysponowali co prawda jednym golem zapasu, ale na tak małym boisku, gdzie akcja potrafi się przenieść błyskawicznie spod jednego pola karnego w drugie, to mogła się okazać żadna przewaga. I naprawdę niewiele ich dzieliło, żeby za ten swój minimalizm zapłacili najwyższą cenę – tuż przed końcem spotkania w doskonałej sytuacji znalazł się Daniel Woźniak, który uderzył z pierwszej piłki, ale ta poszybowała minimalnie obok słupka. Beniaminek pierwszej ligi mógł więc odetchnąć. To jednak musi być dla nich nauczka, że nikt niczego nie da im tutaj za darmo. Gryźć trawę trzeba nawet wtedy, gdy rezultat wydaje się bezpieczny. Co prawda na czacie jutubowym były opinie, że słabsza dyspozycja choćby Serka Modzelewskiego jest spowodowana poprzednim wieczorem, ale to żadne usprawiedliwienie. Na plus zapisujemy za to postawę Arka Majora i jego GENIALNE trafienie na 3:0, które jutro lub pojutrze zobaczycie w oddzielnym filmiku – naprawdę warto! Co do Bad Boys, to tak jak pisaliśmy – o te kilka minut spóźnili się z wejściem na swój poziom. I mogą żałować, bo na pewno po ostatnim gwizdku towarzyszyły im komentarze, że tutaj można było wyciągnąć więcej. Ale skoro pochwaliliśmy kogoś w Black Dragons, to zrobimy to i w Bad Boys – bardzo dobry mecz w wykonaniu Michała Szczapy. Jakby Michał mógł się rozdwoić i swojego klona wrzucić do środka pola, to dziś Źli Chłopcy mieliby na swoim koncie przynajmniej jeden punkt. Niestety wiedza w temacie klonowania jest jeszcze trochę za mała 😉

A po spotkaniach, które były dobre, zacieraliśmy ręce na coś wybornego. PrefBud podejmował Copę, a więc mierzyły się zespoły będące w czołówce rankingu, zmierzającego do wyłonienia następcy Green Teamu. W swoich zapowiedziach pisaliśmy, że naszym faworytem jest zespół z Tulewa, wzmocniony kilkoma zawodnikami, zwłaszcza że Kopacze na niedzielną potyczkę przyjechali bez posiłków. No ale to oni mieli po 50 minutach gry więcej powodów do zadowolenia. Jak do tego doszło? Trudno to było przewidzieć po początku spotkania, gdzie PrefBud pierwszego gola zdobył już w pierwszej akcji spotkania, a za chwilę błyskawicznie odpowiedział na trafienie Michała Łapińskiego. Miał też fajną okazję na 3:1, której jednak nie wykorzystał Przemek Wojtkowski. Z kolei Copa była bardzo skuteczna – można powiedzieć, że ilekroć zapędzała się w okolice pola karnego przeciwnika, to zawsze robiła z tego użytek. A w szczególności czynił to Michał Łapiński (na zdjęciu), który w 17 minucie zanotował klasycznego hat-tricka! Musimy się jednak trochę przy tych golach zatrzymać, bo naszym zdaniem – chociaż bramkarskimi ekspertami nie jesteśmy – w jakiś sposób obciążają one konto Filipa Kosińskiego. Golkiper PrefBudu znany jest ze swojej solidności, ale najpierw puścił dwa strzały z ostrego kąta, a potem niepotrzebnie wyszedł z bramki, co dało możliwość łatwego trafienia wspomnianemu kapitanowi Copy. Nie można takich goli tracić, marząc o zwycięstwie nad zespołem z podobnej półki. Myśleliśmy, że to wszystko wzbudzi w zespole Rafała Kowalczyka sportową złość i nawet jeśli tak było, to od razu na początku drugiej połowy chłopaki dostali bramkę po rzucie rożnym i zrobił się problem. Copa mając dwubramkowe prowadzenie nie musiała już szukać kolejnych bramek, mądrze ustawiła się na swojej połowie i nie dawała swoim przeciwnikom okazji. Dopiero w samej końcówce wyklarowało się kilka szans dla PrefBudu, ale nawet gdyby chociaż jedna została zamieniona na bramkę, to nie mamy żadnej pewności, że potem padłby jeszcze jeden gol i udałoby się uratować punkt. Problem polegał też na tym, że przegrani sami sobie nie pomogli, bo wielokrotnie lądowali na ławce kar. Policzyliśmy, iż łącznie ponad kwadrans(!) musieli grać w osłabieniu. Inna sprawa, że w tym wszystkim pogubił się też sędzia. Nie kwestionujemy wszystkich upomnień jakie pokazał, ale nie zawsze trzeba sięgać do kieszonki, bo dać coś do zrozumienia zawodnikowi faulującemu. Zarządzanie spotkaniem kulało, jednak PrefBud nie może się tym tłumaczyć. W drugiej połowie po prostu brakowało mu pomysłu, jak dobrać się do dobrze skonsolidowanej Copy. Zwycięzcy udowodnili więc, że istnieje życie bez Mateusza Marcinkiewicza i pewnego rodzaju chichotem losu byłoby, gdy ta ekipa sięgnęła po tytuł bez udziału tego zawodnika. Wtedy mielibyśmy czarno na białym, kto przez te ostatnia lata był największym hamulcowym drużyny z Klembowa…

Nogi z gazu nie spuszczają za to AutoSzyby! Ta drużyna kontynuuje dobrą serię w Strefie 6, którą zapoczątkowała jeszcze w poprzednim sezonie, gdy rzutem na taśmę sięgnęła po brąz a potem wygrała Puchar Ligi. Wczoraj podopieczni Kamila Wiśniewskiego pokonali Al-Maj Car Marki, chociaż to spotkanie miało dwa oblicza. Pierwsze do 15 minuty, gdy Szyby totalnie zdominowały markowian i po szybkich akcjach prowadziły już 4:0! A pisaliśmy, a prosiliśmy – Al-Maj Car, nie idźcie na wymianę ciosów, nie dajcie się kontrować, bo w takiej walce nie macie żadnych szans. Niestety – Grzesiek Wojda prawdopodobnie nie czyta naszych zapowiedzi i jego zespół próbował grać zbyt odważnie, co skończyło się tragicznie. Dopiero po pewnym czasie markowianie przestawili swoje formacje, zmienili nastawienie i od razu zaczęło to wyglądać lepiej. Co więcej – drugą połowę to właśnie ten zespół zapisał na swoje konto, wygrywając ją 2:1. Niestety całe spotkanie przegrali 3:5, ale po tym jak zaczął się dla nich ten mecz, to spodziewaliśmy się tutaj pogromu. Ten nie nastąpił, co pokazuje, że Al-Maj nie będzie jedynie ubogim krewnym dla innych, pierwszoligowych ekip. Nie będziemy ukrywać, że chcąc-nie chcąc słyszeliśmy ich rozmowy podczas pierwszej połowy, gdzie padały pytania, po co nam była ta pierwsza liga. Że to chyba za wysokie progi. Wcale nie! Druga połowa (nawet jeśli przeciwnik pewnie trochę spuścił z tonu) pokazała, że można powalczyć z najlepszymi, pod warunkiem że będzie się miało dobry plan na mecz i nastąpi jego konsekwentna realizacja. I my wierzymy, że Al-Maj da sobie radę. Z kolei AutoSzyby chyba trochę zbyt wcześnie zaczęły w tym meczu hamować. Po fenomenalnym początku intensywność ich gry spadła, ale to nie jest podobny przypadek co z udziałem Black Dragons, bo tutaj przewaga była znacznie większa. Ten zespół jest w dobrej formie, poza tym nie było kilku zawodników, których obecność wzniesie Szyby o jeszcze jeden poziom w górę. Ale wczoraj nie było takiej potrzeby, bo sprawa została załatwiona szybciej, niż pewni sami zawodnicy mogli się tego spodziewać. I teraz trzeba już patrzeć wyłącznie przed siebie.

Z pewną nutką zazdrości o tych wszystkich łatwych, czy nawet wymęczonych zwycięstwach czytają zawodnicy Joga Bonito. Oni na przestrzeni dwóch sezonów rozgrywek w Woli Rasztowskiej wygrali ledwie kilka meczów, jednak mieliśmy nadzieję, że obecną edycję uda im się zacząć z wysokiego C. Jakże się pomyliliśmy… A naprawdę była idealna okazja, by dobrze wejść w sezon i zyskać trochę pewności siebie, albowiem Show Team, który był ich niedzielnym rywalem, miał wczoraj spore problemy kadrowe. Przemek Matusiak miał do dyspozycji zaledwie jednego rezerwowego, a brakowało choćby Janka Malinowskiego, Adriana Bieleckiego czy Piotrka Burzy. To były potężne osłabienia, które Joga powinna wykorzystać. No ale nic z tego. Nie dość, że ta sztuka się nie udała, to tutaj mogło się skończyć dużo gorzej, niż wskazuje na to wynik, albowiem choćby w 36 minucie wynik brzmiał 5:1 na korzyść Show Teamu! Joga jak to Joga – proste błędy w obronie, głupie straty, nic się tam nie kleiło. Zupełnie nie funkcjonowała też linia ataku, co spowodowało, że na pierwszą linię frontu przesunięty został Łukasz Pokrzywnicki. Niby nominalny obrońca, ale to właśnie jego obecność w formacji ofensywnej spowodowała, że Joga wreszcie zaczęła mieć jakieś argumenty. Dość powiedzieć, że ten zawodnik na pięć goli swojego zespołu, strzelił… wszystkie pięć. Tyle że to przesunięcie go do ataku, było oczywiście ze szkodą dla obrony. Mało kto potrafił sobie poradzić z bardzo aktywnym Radkiem Wiśniewskiem, który nawijał rywali jak chciał. W dodatku miał wsparcie w Michale Świętochowskim, którego mieliśmy okazję oglądać pierwszy raz, a to bardzo ciekawy gracz. Sam fakt, że skończył mecz z dwoma golami i trzema asystami jest wielce wymowny. W 46 minucie Show Team prowadził 7:3 i dopiero gdy już był pewny, że nic mu się tutaj złego nie stanie, to wtedy do głosu doszła Joga i nieco zapudrowała swój średni występ w tej potyczce. Coś w grze tej drużyny trzeba zmienić, bo aż strach pomyśleć jaki byłby tutaj wynik, gdyby nie było Łukasza Pokrzywnickiego. Ale jeden zawodnik to za mało – w Show Teamie było takich kilku, reszta zagrała na swoim poziomie i to spokojnie wystarczyło, by zgarnąć całą pulę. I chociaż zwycięzcy pewnie taki scenariusz zakładali, to z racji okoliczności, wcielenie go w życie powinni docenić podwójnie. Zrobili swoje w naprawdę dobrym stylu.

A na koniec przechodzimy od ostatniego meczu pierwszej kolejki, w którym starli się dwaj absolutni debiutanci – Rekiny Ząbki i FC Spectare. Jeśli mamy być szczerzy, to sami byliśmy ciekawi, jaki mecz tutaj zobaczymy. Opinia o tych drużynach była bowiem taka, że to fajne, spokojne zespoły, natomiast wyniki w ligach jakich startowały, sugerowały że z tym poziomem piłkarskim może być różnie. Ale piszemy to z ręką na sercu – tu naprawdę było na czym zawiesić oko. Jasne – zdarzały się banalne błędy, niedokładności i pewnie kilka sytuacji, pod które idealnie wpasowałby się podkład z Benny Hilla. Na szczęście dużo więcej było ciekawych akcji, a wszystkiemu towarzyszyła ogromna chęć zwycięstwa po jednej i drugiej stronie. To był zresztą mecz-rollercoaster, bo prowadzenie zmieniało się tutaj wielokrotnie i na każdą ze stron. Początkowo lepiej wyglądali podopieczni Wołodii Lewickiego. Po piętnastu minutach prowadzili 3:1, ale za często zdarzały im się momenty przestoju, co Rekiny wykorzystywały i za chwilę mieliśmy remis 3:3. W ekipie Spectare świetnie grał Andgej Radyc, który w pierwszej połowie zanotował klasycznego hat-tricka i miał ochotę na kolejne trafienia. Ale druga odsłona to dużo lepsza postawa przeciwników. U Rekinów puściła trema i zawodnicy w żółtych koszulkach wreszcie zaczęli grać fajną, kombinacyjną piłkę. To pozwoliło im ze stanu 3:4 wyjść na 6:4, a to wszystko uczynili na przestrzeni zaledwie trzech minut. Ale gdy już myśleliśmy, że coś o tym meczu wiemy, to Spectare zrobiło dwie akcje z rzędu i znowu mieliśmy remis! Ten jeden punkt nikogo nie urządzał i w końcówce spotkania jedni i drudzy dążyli do tego, by zapisać na swoje konto całą pulę. Akcje przyjemniejsze dla oko tworzyły Rekiny, ale zdecydowanie bardziej konkretni byli ich rywale z Ukrainy. W 47 minucie Andrej Radyc trafił w słupek, z kolei w ostatniej akcji meczu Spectare dysponowało piłką meczową! Jeden z zawodników minął już nawet bramkarza i posłał piłkę w kierunku pustej bramki, lecz Mateusz Pużuk w ostatniej chwili wystawił stopę i nie pozwolił, by futbolówka zatrzepotała w siatce. Stanęło więc na remisie i naszym zdaniem dobrze się stało. Jedni i drudzy mieli swoje momenty, ale nikt nie potrafił narzucić swoich warunków na dłużej, niż kilka minut. Dlatego podział punktów nikogo tutaj nie krzywdzi i można z umiarkowanym optymizmem spoglądać na następne spotkania. Zwłaszcza, że pierwsze mecze zawsze są trudne i to doświadczenie zdobyte w premierowej serii na pewno zaprocentuje w kolejnych.

Wszystkie statystyki z pierwszej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Będą wywiady, będą zdjęcia i nie tylko. Z kolei terminarz na drugą serię pojawi się we wtorkowe popołudnie.

Dodaj komentarz