Wcale nie tacy zieloni! Green Team mistrzem Strefy 6!!


To, że Strefa 6 będzie miała nowego mistrza było oczywiste. Ale przecież Green Team faworytem do złota nie był nawet dzień przed ostatnią kolejką. A jednak to ta ekipa przez całą następną edycję będzie tytułowana aktualnym mistrzem ligi szóstek na Woli!

Ostatnie podsumowanie w tym sezonie zaczniemy od krótkiej refleksji. Nie wiemy jak Wam, ale nam te dziewięć niedziel (a dokładnie osiem + jedna środa) zleciały bardzo szybko. Również pod względem wzajemnej komunikacji to był naprawdę przyjemny sezon. Żadnych walkowerów, walki z terminarzem, proszenia o składkę (poza nielicznymi wyjątkami ;p). Mamy nadzieję, że te dziesięć zespołów, które przystąpiło do drugiej edycji, będzie stanowiło trzon trzeciej. I że na wiosnę uda się zbudować kolejny poziom rozgrywkowy, zwłaszcza że już dziś możemy Wam zagwarantować, że pod wieloma aspektami będzie on wyjątkowy. Ale o tym kiedy indziej. Teraz pora przyjrzeć się finałowym pięciu spotkaniom jakie rozegraliście w niedzielę, które totalnie zamieszały pod względem końcowej kolejności na ligowym podium. Do rzeczy!

Finałowe odliczanie rozpoczął mecz Orlika Zabrodzie z The Naturatem. Mimo ostatnich sukcesów Orlika, byliśmy przekonani, że ten zespół nie może tutaj liczyć na spacerek. Bo o ile w poprzednich spotkaniach chłopaki nastawili się na model gry z kontry, tak tutaj byli zmuszeni do prowadzenia gry, co nie zawsze bywa proste. Ale faworyci w pierwszej połowie radzili sobie z tym zadaniem nieźle. Może nie wybitnie, ale na tyle dobrze, by spokojnie prowadzić 3:0. Problem zaczął się w momencie, gdy rywale zdecydowali się na zmianę bramkarza. Serek Modzelewski zdjął rękawice, przekazał je Radkowi Kani i zaczął grać w polu. I to on rozruszał skostniałą do tej pory grę swoich kolegów, zaliczył dwie asysty i w 36 minucie wynik brzmiał zaledwie 4:3 dla Orlika! A więc ze spotkania, które pogromcy Bad Boys i HandyMan mieli pod kontrolą, zrobiło się nerwowo. Na szczęście Zbyszek Pawlak i spółka w porę te nerwy opanowali i w 40 minucie po trafieniu Michała Maciejczuka mieli dwa gole zapasu. A potem w sukurs przyszła im żółta kartka dla wspomnianego Serka Modzelewskiego i dosłownie kilkanaście sekund po tym, gdy ten gracz boisko opuścił, zawodnicy z Zabrodzia zadali decydujący cios, powracając do trzybramkowego prowadzenia, które w samej końcówce jeszcze podwyższyli. Ostatecznie wygrali 8:4, jednak kilka siwych głosów mogło im po tym spotkaniu przybyć. Spadek koncentracji na początku drugiej części gry o mało nie doprowadził do katastrofy, bo gdyby The Naturat doprowadził do remisu, to tutaj każdy scenariusz byłby możliwy. Skończyło się jednak tak, jak wszyscy przewidywali, a to dało Orlikowi szóste miejsce w tabeli. Pewnie na tę piątą lokatę chłopaki liczyli, bo nawet Łukasz Szymaniak pofatygował się na rywalizację Green Teamu z PrefBudem, gdyż strata punktów przez tych drugich, pozwoliłaby wskoczyć Orlikowi do górnej połowy tabeli. Ale to nie nastąpiło. Mimo wszystko ten zespół udowodnił, że w kolejnym sezonie może być groźny, a już na pewno zbudował sobie opinię ekipy, której absolutnie nie można lekceważyć. Trzeba im też podziękować za te sensacyjne zwycięstwa w ostatnim czasie, bo to również dzięki nim końcówka sezonu była tak emocjonująca. The Naturat kończy natomiast drugą edycję z jednym zwycięstwem, co i tak stanowi 300% normy, w stosunku do poprzedniej. Ale i on wreszcie zyskał trochę szacunku w oczach innych drużyn, a to chyba nawet ważniejsze niż te kilka oczek. Oby ta tendencja zwyżkowa potwierdziła się też w kolejnym sezonie, co nie będzie łatwe, choć z drugiej strony dwa zwycięstwa to chyba nie byłby wyczyn ponad Wasze siły Panowie? 😉

Po meczu, gdzie emocji było mimo wszystko stosunkowo niewiele, na więcej liczyliśmy w batalii między AutoSzybami a Retro. No ale nadzieja dość szybko prysła, bo ci drudzy musieli całe spotkanie grać bez zmian i bez wielu swoich podstawowych zawodników. To, w połączeniu z mocną kadrą AutoSzyb układało się w jedną całość – czyli w efektowne zwycięstwo ekipy Kamila Wiśniewskiego, gdzie jednocześnie Bartek Bajkowski i Krzysiek Zych mieli wyrobić sobie bezpieczną przewagę nad swoimi rywalami w klasyfikacjach indywidualnych. I początkowo obydwa te cele były realizowane bardzo skutecznie. AutoSzyby błyskawicznie zbudowały sobie przewagę, na boisku szalał Krzysiek Zych, który już po trzynastu minutach miał na swoim koncie klasycznego hat-tricka i nic nie wskazywało na to, że Retro może się tutaj odrodzić. Mogło to nastąpić tylko w jednym przypadku – gdyby Szyby podały rywalowi pomocną dłoń. No i w drugiej połowie taki moment nadszedł. Ze stanu 8:3, w dosłownie kilku minut zrobiło się 8:6! Nonszalancja faworytów połączona z determinacją graczy z Radzymina spowodowała, że tutaj nic nie było jeszcze przesądzone. Retro grało na maxa, niektórzy zawodnicy ledwo łapali oddech, ale nie chcieli się poddać. Jednak mimo tego heroizmu, większego krzywdy rywalom już nie wyrządzili. Gol w 42 minucie Bartka Bajkowskiego rozwiązał wątpliwości co do trzech punktów, chociaż Retro nie chciało się z tym pogodzić i walczyło do samego końca. Chłopakom należą się duże brawa za ten mecz i szkoda, że nie mieli wsparcia z ławki, bo kto wie, czy wówczas nie pokusiliby się tutaj o coś więcej. A jak ocenić cały sezon w ich wykonaniu? Można go chyba potraktować jako przetarcie, które może stanowić podwaliny pod lepszy wynik wiosną. Potencjał na duże rzeczy na pewno tutaj jest. Podobnie jak w AutoSzybach, gdzie chłopaki liczyli, że komplet punktów jaki tutaj zainkasowali wystarczy do brązu. Potwierdziło się jednak znane powiedzenie, że jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie. Bad Boys nie pomogli drużynie Kamila Wiśniewskiego i skończyło się na czwartej lokacie. Rozczarowującej, ale wina leży wyłącznie po stronie samych zainteresowanych. Bo mieć w swoich szeregach króla strzelców, asyst i punktacji kanadyjskiej, a nie znaleźć się nawet na podium – to coś tutaj jest nie halo…

Gdyby zapytać ankietowanych, kogo przed ostatnią kolejką widzą na najwyższym stopniu podium, to najwyżej punktowaną odpowiedzią byliby zdecydowanie Bad Boys. Po pokonaniu AutoSzyb, Źli Chłopcy mieli w kwestii tytułu wszystko w swoich nogach. Wystarczyło wygrać z HandyMan, a przy odrobinie szczęścia, nawet remis mógł tutaj wystarczyć do złota. Ale ponieważ wiadomo, jak się kończy gra na remis, to zawodnicy z Ostrówka przyjechali do Woli Rasztowskiej po trzy punkty. Hendymeni nie zamierzali im jednak ułatwiać zadania, zwłaszcza że i oni mieli tutaj swoje cele – wygrana dawała im bowiem srebro. Kciuki za ten scenariusz trzymali też przedstawiciele Green Team, bo przegrana Bad Boys dawała im tytuł bez gry, z kolei w razie remisu, do złota potrzebowaliby trzech punktów z PrefBudem. I jak się okazało, gracze HandyMan byli na tyle uprzejmi, że oszczędzili stresów ekipie Adriana Wojdy i w niedzielę wygrali hit dziewiątej kolejki 5:1! Domyślamy się, iż dla wielu z Was to był szok, gdy zobaczyliście końcowy wynik, ale oddajmy triumfatorom, że przypadku nie było tam żadnego. O ile w pierwszych minutach wynik długo nie zmieniał swojej początkowej postaci, to gdy gracze w żółtych koszulkach wyszli na prowadzenie, ich przewaga z każdą minutą rosła. Podobnie jak konto bramkowe – w 19 minucie ładny strzał z lewej nogi Darka Banaszka i mamy już 2:0, a tuż po przerwie prowadzący idealnie wykańczają kontratak i rezultat 3:0 nie pozostawiał już tutaj żadnych złudzeń. Tym bardziej, że Źli Chłopcy zupełnie nie wiedzieli, jak złamać defensywę konkurentów. Każda ich ofensywna próba była dość łatwo rozbijana, a w pomeczowych opiniach dominowała opinia, że w dużej mierze młodym zawodnikom z Ostrówka zabrakło po prostu fizyczności. Faktycznie – w starciach z dobrze zbudowanymi obrońcami HandyMan wyglądali blado. Ale o ile z tym trudno było wygrać, wszak to nie bajka, że można wypić sok z gumijagód i nagle stajesz się kimś innym, to możemy mieć do przegranych pretensje, że niczego w swojej grze nie próbowali zmienić. Może przesunąć do ataku Piotrka Stańczaka i Jarka Przybysza? Albo poszukać jeszcze innego wariantu? Wiadomo, łatwo się dziś mówi. Po końcowym gwizdku, który oznajmił porażkę Bad Boys widać było duże rozczarowanie w obozie Michała Szczapy. Widocznie to jeszcze nie jest ich czas. Natomiast w HandyMan mogą sobie pogratulować dobrego spotkania. A to wcale nie było oczywiste, bo presja była duża, porażka oznaczała brak medalu, a mimo to Krzysiek Smolik i spółka wytrzymali ciśnienie. I chociaż drugie miejsce może stanowić delikatny niedosyt, to jednak mając w świadomość, że można było zostać z niczym, narzekać raczej nie mają prawa.

W równie minorowych strojach co Bad Boys, drugi sezon zakończyli także reprezentanci Joga Bonito. Pozbawieni Mateusza Muszyńskiego dostali bowiem solidną lekcję futbolu od Show Teamu, przegrywając aż 2:11! Owszem, mogliśmy się spodziewać, że pod nieobecność swojego super-snajpera czekają ich tutaj „ciężary”, ale żeby dać się aż tak zbić? Joga praktycznie w tym spotkaniu nie istniała, co ma oczywiście związek z dobrą formą jaką zaprezentowali przeciwnicy. Ich siła tkwiła w tercecie: Adrian Bielecki – Przemek Matusiak – Radek Wiśniewski, który na jedenaście goli zespołu zdobył wszystkie i również wyłącznie w swoim gronie podzielił się asystami. Można tylko zapytać – Panowie, ale czemu tak późno? No właśnie. Show Team uwolnił swoją ofensywną energię o kilka kolejek spóźniony, jednak dobrze że chociaż w tym ostatnim ligowym akcencie dał sobie i swoim kibicom trochę frajdy. Bo naprawdę przyjemnie się oglądało jego grę, nawet jeśli zwłaszcza w drugiej połowie, pojęcie „defensywa” w obozie rywali po prostu nie istniało. Ekipa Bartka Brejnaka już po 30 minutach spotkania najchętniej wsiadłaby do samochodów i rozjechała się po domach. Zdecydowanie najsłabszy mecz w jej wykonaniu, który nieco przysłonił wcale nie taki kiepski sezon. 10 punktów to solidny dorobek, tym bardziej że kilkukrotnie udało się skutecznie nastraszyć ekipy dużo wyżej notowane. Pytanie tylko co będzie dalej, bo jeśli Mateusz Muszyński zostanie na stałe włączony do składu czwartoligowej Marcovii, to trzeba sobie będzie radzić bez niego. No ale może wtedy wróci już do gry Adrian Poniatowski. W każdym razie będzie sporo czasu, by jakoś to poukładać. Spożytkować go muszą również gracze Show Teamu. Pewnie i oni sami inaczej rozpatrywaliby tę edycję, gdyby nie sensacyjna wpadka z The Naturatem, która na wiele tygodni rozłożyła ich na łopatki. Ale ta ostatnia wiktoria na pewno wlała w ich serca trochę optymizmu. I oby udało się go utrzymać, aż do startu kolejnego sezonu.

A w glorii mistrzów do trzeciej edycji rozgrywek przystąpi Green Team! Zieloni wiedzieli to już zanim rozpoczął się ich mecz z PrefBudem, co na pewno w jakimś stopniu wpłynęło na ich podejście do tejże potyczki. Pytanie tylko w jakim – czy spowodowało, że czuli się bardziej rozluźnieni i mniej skoncentrowani, czy też wręcz przeciwnie – dodatkowo ich to zmobilizowało i w swoim pierwszym meczu jako nowi mistrzowie chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. Jak było faktycznie należałoby zapytać ich samych. Co do PrefBudu, to akurat tutaj byliśmy pewni, że obóz Rafała Kowalczyka zagra na 100% możliwości i to mimo wąskiego składu, bo chętnych do gry było tylko siedmiu graczy. No ale jak się okazało – była to szczęśliwa siódemka. PrefBud zagrał bowiem dobry mecz i w naszej opinii wygrał tutaj zasłużenie. Przede wszystkim był w stanie dobrą dyspozycję utrzymać na dłuższym odcinku czasu, podczas gdy świeżo upieczeni zwycięzcy Strefy 6 grali zrywami. Widać to było po pierwszej połowie, gdzie PrefBud prowadził grę, miał sporo okazji, zdobył dwa gole, po czym wystarczyło ledwie 120 sekund, by Green Team wyrównał losy spotkania. Gracze z Tulewa mieli trochę pecha, bo pierwszego gola stracili po głupim rzucie karnym, a drugiego po samobójczym trafieniu bramkarza, którego piłka trafiła w plecy, po uprzednim zaliczeniu słupka. Ale to nie zbiło z tropu zwycięzców Letniego NLH Cup. Co prawda musieli nabrać trochę powietrza w płuca, zwłaszcza że ich zdaniem skuteczny pościg rywali był po części zasługą sędziego (dwie kontrowersje z tego meczu znajdziecie na video poniżej), ale gdy już o tym zapomnieli i wzięli się z powrotem do gry, to w drugiej połowie udokumentowali swoją przewagę. Bardzo dobrze współpracował duet Damian Matuszewski – Wiktor Wiśniewski, a spokój w tyłach starał się zapewniać Przemek Lewandowski. W samej końcówce, gdy przybysze z Tulewa prowadzili 4:3, Zieloni musieli się już odsłonić a to z kolei stworzyło okoliczności by PrefBud to spotkanie „zabił” i tak też się stało. Tym samym już w pierwszym meczu po nieoficjalnej koronacji, Green Team musiał skapitulować. Ale pewnie nikt się w ich obozie tym nie przejmuje. Oni co mieli zrobić w tym sezonie, to wykonali już z nawiązką, a żeby tradycji stało się zadość, ogłośmy to jeszcze raz – GREEN TEAM NOWYM MISTRZEM STREFY 6! Wielkie gratulacje dla całego zespołu, który udowodnił, że ligi nie wygrywa się jednym spotkaniem, ale serią meczów. Ktoś być może powie, że było w tym trochę szczęścia, ale nie przypuszczamy by ktokolwiek z tej drużyny mógł się na takie słowa obrazić. Znamy tych graczy i wiemy, że nie uważają siebie za piłkarskich bogów. Na pewno zdają sobie sprawę, że wciąż przed nimi wiele pracy i nie jest tak, że na hasło Green Team nagle wszyscy będą padali na kolana. Ale jeżeli już na takim etapie wspólnej gry osiągają taki sukces, to pomyślmy sobie co będzie za kilka lat. Jeszcze raz duże gratulacje, zwłaszcza że jest zespół który nie tylko dobrze gra, ale też potrafi się zachować, co doceniamy szczególnie. A PrefBud? Jakby nie patrzeć, może sobie wpisać w CV, że jako pierwszy ograł nowego króla Strefy Szóstek. Ale mimo wszystko cały sezon w jego wykonaniu był rwany. Bo jeśli pokonujesz mistrza, a kończysz na piątym miejscu, to w sumie sam nie wiesz, czy się z tego powodu cieszyć czy płakać.

Wszystkie statystyki z dziewiątej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza i w razie błędów – dali nam znać. Zachęcamy Was także, by jeszcze przed ponad tydzień regularnie do nas zaglądać – czeka na Was bowiem sporo podsumowań i nie tylko.

Inne Artykuły

Dodaj komentarz