Tytuł pojechał do Duczek! AbyDoPrzodu mistrzem Strefy 6!


Gdybyśmy przed sezonem przyjmowali zakłady na to, kto zostanie triumfatorem rozgrywek, szanse AbyDoPrzodu stałyby najwyżej. Ale gdy sezon zbliżał się do końca, coraz więcej osób zaczęło stawiać na Copę. Ostatecznie swoje zrobiło jednak doświadczenie.

Na miejscu Copy bardzo chętnie znalazłoby się za to kilka innych ekip. Choćby Magnatt, który podobnie jak jego niedzielny rywal, czyli Bad Boys, miał jeszcze cień szansy na zajęcie trzeciego miejsca w rozgrywkach. Podstawowym warunkiem była własna wygrana, a następnie oczekiwanie na cud w rywalizacji Beer Teamu. Konfrontacja czwartej z piątą ekipy tabeli okazała się ciekawa, mimo iż na gole przyszło nam czekać aż do 21 minuty. Do tego momentu żadnej z ekip nie udawało się pokonać bramkarza przeciwników i ogólnie sytuacji podbramkowych zbyt wiele nie było. Impas przełamał Magnatt, który w końcówce pierwszej połowy zanotował dwa trafienia pod rząd, czym zbudował podwaliny pod zwycięstwo. W drugiej odsłonie Bad Boysi nie mieli bowiem czego bronić, mocno się odkrywali, co ekipa z Wołomina regularnie wykorzystywała. Problemem Złych Chłopców była bardzo mała liczba graczy odpowiedzialnych za defensywę – nominalnym obrońcą był tam chyba tylko Piotrek Stańczak. Zabrakło Jarka Przybysza, Pawła Szczapy oraz Michała Szczapy, przy obecności których ten mecz mógł wyglądać inaczej. Ale też musimy oddać zwycięzcom, że w końcówce sezonu wreszcie zaczęli grać na miarę oczekiwań i wydaje się, że nawet w galowym garniturze, Bad Boys mieliby tutaj problem by powalczyć. Tym samym sezon skończyli w środku stawki, co w teorii nie jest wielkim zaskoczeniem, ale po zwycięstwach nad Copą i Beer Teamem nadzieje były większe. To samo możemy zresztą napisać o Magnacie – czwarte miejsce to nie jest lokata, która zadowoliłaby dawnego Stankana, ale też nie zapominajmy, że dla nich to było tylko przetarcie przed rozgrywkami w Sulejówku. I życzymy im, by tę formę z końcówki Strefy 6, utrzymali podczas całego sezonu w tamtejszej lidze ósemek.

Trzy punkty zdobyte przez Magnatt były ważnym sygnałem dla Beer Teamu. Drużyna z Radzymina w takich okolicznościach musiała przynajmniej zremisować z Joga Bonito, by pozostać na trzecim miejscu w ligowej hierarchii i sięgnąć po medal. To miała być tylko formalność, tym bardziej, że na boisku w Woli ostatecznie nie pojawił się najlepszy strzelec Jogi – Mateusz Muszyński. Chociaż popularny „Muszka” czasami przesadzał z dryblingiem i indywidualnymi rozwiązaniami niektórych akcji, to jednak potrafił zdobywać gole i brał też ciężar gry na siebie. W tych warunkach ekipa Bartka Brejnaka musiała postawić na kolektyw i nawet jeśli potwierdzimy, że to się w pewnym stopniu udało, to jednak na ferajnę Łukasza Kowalskiego okazało się zdecydowanie za mało. Faworyci sprawę rozstrzygnęli już po piętnastu minutach gry, gdy prowadzili 4:0 i mieli przy tym naprawdę sporą przewagę. W żadnym momencie tego spotkania nie zeszli już zresztą poniżej trzech goli różnicy, kontrolując tę potyczkę w sposób absolutny. Rywale tylko od czasu do czasu potrafili się odgryźć, co finalnie przyniosło im trzy trafienia – Beer Team zdobył ich trzykrotnie więcej, co przyklepało miejsce na najniższym stopniu podium w premierowym sezonie Strefy Szóstek. I była to lokata zasłużona, choć oczywiście ktoś może powiedzieć, że ten zespół zasłużył nawet na więcej. My pozostaniemy jednak przy swoim zdaniu, bo jednak porażki z Bad Boysami czy HandyMan nie wzięły się znikąd. Ale ta trzecia lokata wydaje się być dobrym miejscem do ataku jeśli chodzi o przyszły sezon. Jeśli bowiem Beer Team będzie w stanie ustabilizować swoją formę, to ma potencjał na więcej. Co do Jogi, to ona kończy rozgrywki na przedostatniej pozycji. Los tego zespołu nie oszczędzał – kontuzja Adriana Poniatowskiego, porażka w debiucie, gdzie przy innym wyniku być może byłaby też inna motywacja na kolejne spotkania, do tego dochodziły częste nieobecności zawodników z największymi piłkarskimi możliwościami. Ale mimo to mamy nadzieję, że chłopaki dobrze się u nas bawili i że w drugiej edycji również ich nie zabraknie.

A skoro poznaliśmy już brązowego medalistę sezonu lato 2020, to o godzinie 11:00 rozpoczął się mecz, który zdecydował o tym, komu przypadnie tytuł mistrzowski oraz wicemistrzowski w Strefie 6. Wśród osób oglądających tę potyczkę pojawił się nawet wójt gminy Klembów, p. Rafał Mathiak, który trzymał kciuki za zespół Copy, ale było też sporo takich obserwatorów, którzy nie widzieli innego scenariusza niż zwycięstwo AbyDoPrzodu. Przypomnijmy – ekipa z Duczek potrzebowała zwycięstwa, natomiast Kopacze mogli sobie pozwolić na remis. No właśnie – a tym podziałem punktów pachniało tutaj całkiem długo. Dość powiedzieć, że do 36 minuty tego spotkania, ani jeden ani drugi zespół nie potrafił otworzyć swojego dorobku bramkowego. Wzięło się to oczywiście z okoliczności o których pisaliśmy wyżej – Copie nie musiało się spieszyć z atakowaniem, z kolei AbyDoPrzodu również nie chciało wszystkiego na jedną kartę rzucać zbyt wcześnie. Mimo wszystko delikatnie większą inicjatywę wykazywali Kamil Melcher i spółka. Gdy już bowiem któryś z bramkarzy miał coś do roboty, to był to Darek Waś. Copa była przyczajona, aczkolwiek w każdej chwili groziła szybkimi kontrami, dlatego bardziej doświadczeni konkurenci musieli być czujni. Dogodną sytuację miał choćby Mateusz Marcinkiewicz, ale w decydującym momencie zawiodła go precyzja. Przełom nastąpił w 36 minucie – Przemek Wycech zagrał z autu do wbiegającego w pole karne Daniela Kani, ten uderzył z pierwszej piłki a futbolówka po palcach Darka Wasia wpadła do siatki. Ten gol spowodował, że teraz to graczom w zielonych koszulkach zaczęło się spieszyć. Tyle że defensywa prowadzących praktycznie nie popełniała błędów. Z kolei w 43 minucie było już 2:0! Wzorowy kontratak AbyDoPrzodu, Rafał Radomski zagrywa do Kamila Melchera, ten podaje na dalszy słupek do Konrada Kupca, który z bliskiej odległości dokonuje formalności i wydaje się, że jest po wszystkim! Przegrywający nie zwieszają jednak głów. Walczą do końca, zdając sobie sprawę, iż kluczem może być trafienie kontaktowe. I w 46 minucie Bartek Przyszewski wreszcie odczarowuje bramkę Piotrka Kozy i emocje odżywają! Kopaczom brakuje tylko jednego trafienia do pełni szczęścia, ale mimo ogromnych chęci, ich ambicje spełzają na niczym. AbyDoPrzodu zachowuje koncentrację do samego końca i utrzymuje do finałowego gwizdka korzystny dla siebie rezultat, zostając tym samym pierwszym mistrzem Strefy Szóstek w Woli Rasztowskiej! WIELKIE BRAWA! Nie było to dzieło przypadku, bo w wielkim finale triumfatorzy okazali się ciut lepsi. Copa zawiesiła wysoko poprzeczkę, ale jednak dwa celne strzały na 50 minut spotkania, to trochę za mało. Chyba nie pomylimy się więc pisząc, że wygrał nie tyle zespół, który bardziej chciał, ale który w sposób bardziej konkretny do tego zwycięstwa dążył. Przegranym należą się jednak gratulacje, zwłaszcza że wszyscy wiemy, że przed tymi wciąż bardzo młodymi graczami świetlana przyszłość. A doświadczenie z takich meczów jak ten może im w tym tylko pomóc.

Po sporych emocjach jakie przeżyliśmy w rywalizacji „o wszystko”, zupełnie innego meczu doświadczyliśmy w starciu HandyMan z The Naturatem. Zresztą – każdy już zna wynik, więc chyba nie musimy nic dodawać. Ligowy outsider niestety znowu zjawił się na placu boju bez zmian, a ponieważ tak jak pisaliśmy w zapowiedziach – ich rywale chcieli na kimś wyładować swoją sportową złość po ostatniej pauzie, no to skończyło się totalnym pogromem. The Naturat stać było wyłącznie na honorowe trafienie z ostatniej akcji pierwszej połowy, przyjęte zresztą z dużym entuzjazmem zarówno przez samych zawodników, jak i kibiców, którzy zostali „pod sceną” po wielkim finale. Na pocieszenie dla przegranych możemy tylko napisać, że dobrze iż tego dnia nie było Jacka Markowskiego, bo tylko w tym jednym meczu mógł on sobie wywalczyć koronę króla strzelców. Teraz przed Szymonem Baranowskim i spółką ważne pytanie – co dalej. Mamy nadzieję, że w tej miesięcznej przerwie chłopaki się trochę wzmocnią i podejmą jeszcze raz rękawicę. Na pewno chwała im za to, że mimo kolejnych klęsk i problemów kadrowych, nie oddali ani jednego walkowera. Za to duży szacunek. A HandyMan? Czekamy aż chłopaki ustabilizują swoją formę. Jeśli bowiem mają swój dzień, mogą powalczyć z każdym, ale jeżeli coś idzie nie po ich myśli, to bywają totalnie zagubieni. Ale problem byłby większy, gdyby nie było odpowiednich wykonawców. A tutaj nie brakuje graczy z pojęciem, co daje ciekawe perspektywy przed kolejną ligową kampanią.

Nie będziemy ukrywać, że ostatni mecz ostatniej kolejki traktowaliśmy trochę jak zło konieczne. Było to bowiem spotkanie o pietruszkę, pogoda też nie sprzyjała graniu w piłkę i najchętniej pozbieralibyśmy manatki i pojechali do domów. ALE! Gdybyśmy faktycznie tak uczynili, to mielibyśmy czego żałować, bo okazało się, iż potyczka Lemy Logistic ze Studio-Car była naprawdę bardzo ciekawym spotkaniem, które fajnie spuentowało całe rozgrywki. Tak jak sugerowaliśmy w zapowiedziach, ci drudzy do tego meczu przystąpili bardzo osłabieni. Nie było podstawowego bramkarza, najlepszego napastnika i ogólnie chętnych do gry było zaledwie sześciu. Lema w tym temacie wyglądała dużo lepiej – aż trzech zawodników na zmianę i duża chęć zmazania plamy po walkowerze z HandyMan. Ale początek meczu nie wskazywał na to, że Logistyczni wrócą do Radzymina w dobrych nastrojach. Wystarczyło, że ich poziom koncentracji nie był taki jak być powinien, a już po kwadransie przyszło im odrabiać aż trzy gole różnicy. Ale wiedzieliśmy, że spokojnie ich na to stać, bo konkurenci musieli w końcu „spuchnąć”, co też obserwowaliśmy z każdą upływającą minutą. Sygnał do ataku dał przede wszystkim bardzo aktywny Marek Niedzieski. To on był motorem napędowym większości akcji Lemy, która w zaledwie cztery minuty doprowadziła do remisu! Ostatnie słowo w tej połowie należało jednak do Studio Car, które ponownie objęło prowadzenie, lecz był to jednocześnie ostatni taki moment w spotkaniu. Druga połowa to już całkowite przejęcie kontroli przez „Pomarańczowych”, którzy punktowali swoich oponentów i trochę odpuścili dopiero w momencie, gdy wynik brzmiał 9:4 dla nich. To co działo się w końcówce, to już radosny futbol z obydwu stron, który ostatecznie zamknął wynik w stosunku 10:7. Przegrani na pewno żałują, że nie udało się zebrać dobrego składu na ten ostatni ligowy akcent, ale mimo porażki i tak chyba mogą sobie ten sezon zapisać na mały plus. Przynajmniej naszych oczu ich gra nie bolała i liczymy, że w kolejnej edycji poniżej tego poziomu nie zejdą. W kwestii Lemy odczucia mamy skrajne – początek niezły, potem równia pochyła. Przede wszystkim brakowało stabilizacji kadrowej, bo gdyby zawsze był skład zbliżony do optymalnego, Logistyczni walczyliby o wyższe cele. Wierzymy więc, że ta edycja była dla nich tylko przetarciem i prawdziwą Lemę poznamy dopiero w kolejnym podejściu.

W raportach meczowych pojawiły się już statystyki. Bardzo prosimy by jak zwykle dobrze wszystko sprawdzić a o ewentualnych błędach poinformować. Jutro zapraszamy z kolei na dwa ciekawe wywiady – z przedstawicielami meczu o złoto. A komu jest mało piłkarskich emocji, to 30 sierpnia zapraszamy na turniej! Więcej o nim znajdziecie w facebookowym wydarzeniu – TUTAJ.

Inne Artykuły

Dodaj komentarz