Szewnica postawiła się Szybom! Show Team o włos od cudu.


W tej serii wiele meczów zapowiadało się na takie, gdzie wynik może pójść w obydwie strony. Ale jak przyszło co do czego, to poza jednym spotkaniem, zwycięstwa zgarnęli ci, którzy mieli ku temu większe predyspozycje.

Relację z 2.kolejki zaczynamy oczywiście od transmisji. Wszystko się udało, pokazaliśmy komplet spotkań, czasami pojawiał się czarny ekran (problem z kablem), a pod koniec obiektyw aparatu przyjął trochę deszczu i obraz się zamazał, ale i tak oceniamy wszystko pozytywnie. Kto jeszcze nie oglądał retransmisji, to link macie poniżej. Oczywiście zachęcamy by zostawić nam łapkę i suba z dzwoneczkiem.

Szybciutko przechodzimy do relacji. Pierwszy akapit poświęcamy starciu z godziny 9:00, w którym to Bad Boys podejmowali Wolę Rasztowską. Liczyliśmy na wyrównany mecz, chociaż informacja o nieobecności u Złych Chłopców Michała Szczapy, czy też brak dwóch braci Woźniak, sugerował, że dla Woli otwiera się pewna furtka. Tyle że i ten zespół mierzył się z problemami kadrowymi – brakowało podstawowego bramkarza Andrzeja Grudzińskiego czy też Mateusza Malinowskiego i Łukasza Barana. Mimo to zespół Mateusza Kowalczyka był naprawdę bardzo blisko, by do przerwy, po prezencie od bramkarza rywali prowadzić. Ale tego skromnego prowadzenia nie udało się dowieźć do drugiej połowy, bo dosłownie w chwilę po tym, jak Wola cieszyła się z gola, sama bramkę straciła i po 25 minutach mieliśmy remis. I spodziewaliśmy się, że w drugiej połowie obraz gry za bardzo się nie zmieni. Tymczasem Bad Boys już na wstępie finałowej osłony przechylili to spotkanie na swoją korzyść. Drużyna z Ostrówka potrzebowała niecałych 9 minut, by zdobyć trzy bramki z rzędu i wysforować się na prowadzenie 4:1. Wola przespała ten okres całkowicie, a ponieważ w całym spotkaniu oddała tylko pięć celnych strzałów, trudno było spodziewać się, że uda się tutaj wrócić do meczu. I tak naprawdę dopiero w końcówce, gdy wszystko było już rozstrzygnięte, ten zespół przypudrował trochę wynik, przegrywając ostatecznie 3:5. Jak się okazało – chłopaki nie znaleźli recepty na to, by być bardziej kreatywnym w ataku. Stwarzanie dogodnych okazji wciąż sprawia im duże problemy i wydaje się, że nie będzie łatwo nad tym przeskoczyć. Bad Boys dość łatwo rozbijali ich ataki, a prym w obozie triumfatorów wiodła „stara gwardia”, a więc najbardziej doświadczeni gracze w zespole. Wygląda więc na to, że jest życie po Michale Szczapie i jeśli tej drużynie przyjdzie zagrać jeszcze kilka kolejek bez swojego lidera środka pola, to powinni sobie poradzić. Chociaż wiadomo że z Michałem byłoby na pewno łatwiej.

Gdy spotyka się druga z trzecią drużyną poprzedniego sezonu 1.ligi, to chyba można z góry założyć dobre widowisko. Al-Mar i Black Dragons stworzyli je w minionej edycji, gdzie po naprawdę fajnej walce lepsi okazali się podopieczni Marcina Rychty. Tamten mecz miał większy ciężar gatunkowy niż wczorajszy, bo odbywał się pod sam koniec sezonu, gdy decydowały się losy jednych i drugich w kontekście podium. Ale mimo, że teraz ta para spotkała się dość wcześnie, to tej potyczki nie można było zlekceważyć. I kto wie, czy według wielu czytających te słowa, jej faworytem nie byli Black Dragons. Po tym jak zbili Al-Maj Car wielu sądziło, że także Al-Mar znajdzie się na ich rozkładzie, chociaż gdy zorientowaliśmy się, że w ich składzie zabraknie Mateusza Adamskiego, Mikołaja Brzeskiego czy Michała Góreckiego, to wiedzieliśmy, że będzie o to bardzo ciężko. No i ten mecz sprowadził Czarne Smoki na ziemię. To było słabe 50 minut w ich wykonaniu i chyba w żadnym momencie tej rywalizacji nie mieliśmy wrażenia, że Serek Modzelewski i spółka mają nad swoim rywalem przewagę. To co rzucało się w oczy, to brak jakiegokolwiek pomysłu na rozmontowanie defensywy Al-Maru. Brązowi medaliści poprzedniego sezonu walili głową w mur a bramkę z 13 minuty, która długo pozostawała dla nich jedyną, zdobyli po stałym fragmencie gry. Ich konkurenci byli dużo bardziej konkretni. Dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że Al-Mar grał tutaj wielkie zawody, natomiast to co zaprezentował, spokojnie wystarczyło na tak dysponowanego konkurenta. Chociaż w 40 minucie tętno graczy Marcina Rychty pewnie się trochę podniosło, bo przy stanie 4:2 rywale mieli rzut karny, lecz Serek Modzelewski nie potrafił go zamienić na gola, a gdyby to zrobił, to mielibyśmy pewnie nerwową końcówkę. Ale to tylko gdybanie. Z przebiegu spotkania Black Dragons nie zasłużyli na to, by otrzeć się tutaj o jakieś punkty i jest to bolesna, lecz szczera konstatacja. Al-Mar był z kolei solidny, skuteczny, a jeśli ktoś pomyśli, że skorzystał po prostu na nieobecności kilku ważnych graczy dla przeciwnika, to dodajmy, że sam nie mógł skorzystać choćby z Patryka Dybowskiego czy Karola Sochockiego. Z nimi na 5:2 raczej by się tutaj nie skończyło.

Rodzaje porażek są różne, ale ta której w niedzielę doświadczyli zawodnicy Show Team, to jedna z tych, której wstydzić się nie należy. Przypomnijmy, że rywalem ferajny Przemka Matusiaka był naszpikowany lokalnymi gwiazdami Oknotech, którego chyba wszyscy widzimy już oczyma wyobraźni w 1.lidze. I taki zresztą zespół zobaczyliśmy tutaj w pierwszej połowie, bo drużyna Adriana Wojdy bardzo skutecznie punktowała bezradny Show Team i gdy wyszła na prowadzenie 3:0, chyba wszyscy domyślaliśmy się, jak to się wszystko skończy. A gdy tuż po krótkim odpoczynku, przypomniał o sobie Adam Matejak i różnica bramek wynosiła cztery, to gdybyśmy byli postawieni przed wyborem, czy prędzej dojdzie tutaj do pogromu niż do nerwowej końcówki, to zdecydowanie wybralibyśmy ten pierwszy wariant. Ale Show Team pokazał charakter. Wrócił niczym feniks z popiołów i nie mając nic do stracenia, wreszcie zaczął grać na miarę swoich możliwości. Może trochę wykorzystał fakt, że rywale byli już chyba myślami przy stole wielkanocnym, ale to nie miało znaczenia. Dystans między zespołami zaczął się dość drastycznie zmniejszać, a gorąco w obozie faworytów robiło się wtedy, gdy przy piłce był Radek Wiśniewski. Oknotech złapał delikatny oddech w 39 minucie, gdy pechowa interwencja Przemka Matusiaka spowodowała, że faworyci odjechali na trzy gole, ale to nie był koniec emocji. Lada moment Radek Wiśniewski popisuje się pięknym strzałem z dystansu i jest 5:3, a pięć minut przed końcem Adrian Bielecki z najbliższej odległości pakuje futbolówkę do siatki i wynik jest już na styku! Co więcej – goniący mieli w finałowych minutach jeszcze kilka stałych fragmentów gry, lecz ku własnemu rozczarowaniu, żadnego nie zamienili na bramkę. A szkoda, bo to byłby naprawdę niesamowity come back. Ale mimo porażki i tak należą się im brawa. Mocno postraszyli zespół, któremu wydawało się, że wszystko jest już rozstrzygnięte, co tylko potwierdziło tezę, że Show Team potrafi grać z lepszymi. I paradoksalnie, to chyba on po tym meczu powinien być bardziej zadowolony. Owszem, punktów nie zdobył, jednak z dwójki uczestników tego spotkania, to on swoją postawą wygrał więcej. Oknotech za szybko zadowolił się prowadzeniem i o mało co nie przypłacił tego remisem. I to jest być może nadzieja dla pozostałych uczestników 2.ligi, że z tym zespołem jednak da się powalczyć, tylko trzeba w to po prostu uwierzyć.

A nawiązując do wiary, to mówi się, że potrafi ona przenosić góry. Ale choćby zawodnicy Lemy żarliwie modlili się cały sobotni wieczór, to przyjeżdżając na mecz z Magnattem bez tylu ważnych dla siebie zawodników, nie mieli żadnych szans na podjęcie równorzędnej rywalizacji. Hubert Sochacki, Darek Piotrowicz, Arek Pisarek, Bartek Balcer czy Damian Kossakowski – żaden z nich z różnych względów nie mógł się pojawić w Woli Rasztowskiej, co sugerowało, że Logistycznych czeka arcytrudny pojedynek, gdzie wynik może być tylko jeden. No i to się  – niestety – potwierdziło. Zespół z Radzymina był po prostu bezradny w rywalizacji z zespołem Radka Turowskiego, który przecież chciał odbić się od dna po przegranej z AutoSzybami i jak się okazało – w łatwy sposób poprawił sobie humory po ostatniej porażce. Był to niestety mecz do jednej bramki, gdzie w pierwszej połowie Lema jeszcze jako-tako się trzymała, przegrywała „tylko” 0:4, ale już wtedy było jasne, że tej drużyny nie stać na taki zryw, jak chociażby Show Team z Oknotech. Pomarańczowi pewnie już po upływie pół godziny najchętniej wybraliby się w drogę powrotną do Radzymina, no ale piłka to nie boks i tutaj nie można rzucić ręcznika czy wywiesić białej flagi, by ogłosić swoją plajtę. Mimo wszystko doceniamy, że Lema na tyle na ile mogła, to walczyła do końca i ostatecznie stać ją było na zdobycie dwóch bramek, co jednak w kontrze do dorobku przeciwników, który wyniósł aż trzynaście trafień i tak wygląda dość blado. Magnatt w tym meczu po prostu się bawił, ale w tym wszystkim pokazał też trochę finezji, gdzie choćby trafienie Jacka Markowskiego na 11:2 z własnej połowy, zasługuje na słowa pochwały. Ale pewnie i ten zespół liczył tutaj na zupełnie inny mecz. Na taki się zresztą zapowiadało, lecz personalia Lemy po prostu to uniemożliwiły. Oby to był tylko wypadek przy pracy, szczególnie że można mówić o pewnej tendencji gdy te zespoły stają po dwóch stronach barykady. Bo gdy dawno temu, jeszcze w pierwszej edycji, również grały między sobą, to Pomarańczowi także mieli problemy kadrowe i przegrali aż 1:18. Może do trzech razy sztuka?

A gdy już myśleliśmy, że poprzedni mecz stanowił zakończenie festiwalu strzeleckiego w drugiej kolejce, na boisku pojawili się gracze Old Stars Team 😊 Zawodnicy z Kobyłki preferują jak na razie radosny futbol w naszych rozgrywkach i po tym, jak w pierwszym spotkaniu z Show Team przegrali 2:9, tak teraz ulegli Retro Squad aż 6:14! Dawno nie oglądaliśmy 20 bramek w jednym meczu, ale z drugiej strony tutaj były pewne przesłanki by sądzić, że obydwaj bramkarze będą mieli co robić. Dużo częściej zatrudniany był oczywiście Paweł Wojciechowski, który dwa tygodnie wcześniej w bramce dokonywał cudów, natomiast wczoraj nie zawsze był w stanie naprawić pomyłki kolegów. Retro wykorzystywało swoje okazje bezlitośnie i dość szybko zyskało świadomość, że ten mecz zapisze na swoje konto bez potrzeby gry na 100%. Doszło do tego, że tutaj praktycznie każdy zawodnik tej ekipy dorzucił coś do swojego dorobku w klasyfikacji kanadyjskiej, a rodzynkiem w tej kwestii pozostał jedynie Mateusz Meirowski. Gdybyśmy mieli się jednak do czegoś przyczepić, to Retro po raz kolejny dało sobie wbić naprawdę dużo bramek i nie wróży to najlepiej przed spotkaniami z ekipami z czołówki. Natomiast co do Old Stars, to względem ich pierwszego meczu znajdujemy jedną pozytywną różnicę. To Marcin Żywiec. Ten zawodnik pojawił się u nas po raz pierwszy i trzeba powiedzieć, że był zdecydowanie najjaśniejszą postacią swojego zespołu. Przy nim lepiej wyglądał też Michał Kur i być może ten duet da w niedalekiej przyszłości powody do optymizmu ekipie Artura Guza i Marcina Gryza. Ale żeby do tego doszło, po raz kolejny apelujemy do Old Stars, żeby przede wszystkim poprawili grę w obronie. Styl który prezentują obecnie da im oczywiście sporo bramek, ale nie zbliży ich do pierwszych punktów w Strefie 6. Wiadomo, że fajniej jest atakować, ale czasami naprawdę lepiej przegrać 1:3 czy 1:4 niż 6:14. Może warto chociaż spróbować?

Marcin Żywiec (na pomarańczowo) wniósł sporo ożywienia w poczynania Old Stars.

W zapowiedziach 2.kolejki apelowaliśmy, by „Tygłysy pokazały kły”. No i w myśl hasła: „nie proś o coś, co możesz dostać”, doczekaliśmy się pierwszego zwycięstwa zespołu Kamila Portachy w tym sezonie! Ale żeby nie było tak słodko, to sukces nad Joga Bonito wcale nie przyszedł ekipie popularnego „Jaszyna” łatwo. Tak być może sugeruje wynik, jednak każdy kto oglądał transmisję z tego spotkania, ten wie, że Joga grała tutaj naprawdę nieźle i do pewnego momentu była równorzędnym partnerem dla Tygłysów, a czasami miała nawet więcej z gry. No ale zdawaliśmy sobie sprawę, że umiejętności indywidualne po stronie przeciwników, mogą wreszcie zrobić swoje. A tego dnia po stronie drużyny w czarnych koszulkach pojawił się chociażby Mariusz Rutkowski, a więc legenda lokalnych boisk, czy też Konrad Kanon, dopisany na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem. Zanim jednak te wszystkie tryby w maszynie zaczęły ze sobą odpowiednio współpracować, to Tygłysy się męczyły. Joga stawiała opór, czasami miała trochę szczęścia w obronie a dużo piłek odbił Adrian Kozyra, ale wszystko zmieniło się pod koniec pierwszej połowy. Właśnie wtedy bramkarz Jogi popełnił identyczny błąd co dwa tygodnie temu i dał się pokonać bezpośrednio z rzutu rożnego. Za chwilę padł kolejny gol dla Tygłysów, a druga połowa to już dominacja prowadzących, którzy regularnie powiększali swój dorobek i przeciwnikom pozwolili jedynie na trafienie honorowe, autorstwa chyba najlepszego zawodnika tego zespołu w tym meczu Łukasza Kwiatkowskiego. Czy można więc powiedzieć, że remis Jogi z Wolą Rasztowską był wynikiem ponad stan? Nie. Widzimy naprawdę duży progres w grze tej ekipy i jesteśmy przekonani, że na tym jednym punkcie jej dorobek się nie zamknie. Inna sprawa, że naprawdę ciężko jest znaleźć receptę na taki zespół jak Tygłysy. Niewykluczone, że Kamil Portacha stworzył najbardziej nieprzewidywalną drużynę w tej edycji Strefy 6. Parafrazując słynny cytat z filmu Forrest Gump – ta ekipa jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, na jaką jej odsłonę trafisz. Ale jeśli na taką, jak z wczoraj, to nikomu nie będzie z nią łatwo.

Konrad Kanon zaliczył udany powrót do Strefy 6 w nowych barwach.

1,20 – taki był z kolei kurs na zwycięstwo AutoSzyb z RDK Szewnica. Dla jednych to był pewniak, bo zespół Kamila Wiśniewskiego w niezłym stylu ograł Magnatt, co przy wysokiej porażce zespołu Marcina Białka z PrefBudem, raczej nie pozostawiało wątpliwości, kto zgarnie tutaj całą pulę. Ale czegoś takiego na pewno nie przyjmowała do wiadomości Szewnica. Oni nie zamierzali się położyć i czekać na najniższy wymiar kary. Zwłaszcza, że mogli już skorzystać z będącego w pełnym zdrowiu Adama Michalika, co było doskonałą wiadomością nie tylko dla jego zespołu, ale dla wszystkich oglądających to spotkanie, bo dawało nadzieję, że RDK faktycznie nie stoi tutaj na straconej pozycji. Tymczasem Szyby miały pewne problemy. Brakowało Artura Jaguszewskiego w bramce, nie było Rafała Muchy czy Christiana Musu, no ale skład tej drużyny jest na tyle szeroki, że bez względu na to kto danego dnia ubiera białą koszulkę tej ekipy, to prezentuje naprawdę wysoki poziom. Jednak to spotkanie od samego początku nie układało się po myśli Szyb. Szewnica bardzo skutecznie wybijała swoich rywali z uderzenia a gdy tylko nadarzała się okazja, to błyskawicznie szukała swojego najgroźniejszego zawodnika. A Adam Michalik nie próżnował – w 5 minucie świetnie obsłużył Kacpra Mroza i było 1:0. Szyby odpowiedziały golem bezpośrednio z rzutu wolnego Kuby Skotnickiego, ale tuż przed przerwą to rywale po raz kolejny byli o gola z przodu, a kto zdobył bramkę chyba nie musimy tłumaczyć. Druga połowa była z kolei bardzo nerwowa. Adrenalina dawała o sobie znać po jednej i po drugiej stronie, a kluczowy moment to 34 minuta. Adam Michalik, który miał już na swoim koncie żółtą kartkę, ze zbyt dużym impetem zaatakował swojego przeciwnika i musiał przedwcześnie opuścić boisko. To była fatalna wiadomość dla RDK, bo nie dość, że zespół stracił swojego kluczowego zawodnika, to dodatkowo musiał sobie radzić przez 5 minut w bezwzględnym osłabieniu. I chociaż robił co mógł, to w 39 minucie Oskar Bajkowski w końcu znalazł sposób na pokonanie Adama Sabali i wydawało się, że kolejna bramka dla Szyb to tylko kwestia czasu. Napór tej ekipy trwał, ale heroiczna postawa obrońców Szewnicy, połączona z kapitalnymi interwencjami bramkarza, nie pozwalała na zmianę wyniku. Zawodnicy w błękitnych koszulkach wykazywali się niesamowitą determinacją, często blokując własnym ciałem strzały przeciwnika i każdą taką sytuacją dodatkowo się motywowali. A końcówka tego meczu to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Jedni i drudzy mieli przynajmniej po dwie stuprocentowe sytuacje, które należało zamienić na bramkę, ale jak na złość – nic nie chciało wpaść. Piłkę meczową miał na nodze Łukasz Flak, który jednak w bardzo dogodnej sytuacji posłał Zinę wysoko nad bramkę. Ale co by nie mówić – Szewnica swoją postawą zasłużyła na remis. To był pokaz poświęcenia, walki o każdą piłkę i wcielenie w życie hasła, które przyświeca im od momentu założenia zespołu, czyli Razem Do Końca. Brawo. A co do AutoSzyb, to oczywiście mogą być wściekli, jednak w naszej ocenie długo robili tutaj za mało, by to spotkanie przechylić na swoją stronę. I równie dobrze, mogli ten mecz przegrać, dlatego ten punkt trzeba przyjąć z pokorą, nawet jeśli trudno im się z tym pogodzić.

No i przyszedł czas na ósmy mecz rozegrany 10 kwietnia. Dwa tygodnie temu starciu z udziałem Al-Maj Car nie poświęciliśmy za dużo miejsca, bo też nie było o czym za bardzo pisać. Markowianie nie mieli żadnych szans z Black Dragons, dostali dwucyfrówkę i liczyli pewnie, że szybko się odkują. Niestety nawet jeśli były po ich stronie jakieś nadzieje czy oczekiwania, to po raz drugi z rzędu zostały brutalnie zestawione z rzeczywistością. PrefBud, który był drugim rywalem obozu Grześka Wojdy, również okazał się zdecydowanie za silny dla Al-Maju i wygrał tutaj łatwo, lekko i przyjemnie. Można uznać za cud, że tutaj nie skończyło się dwucyfrówką, bo liczba okazji jaką dysponował urzędujący mistrz była ogromna i gdyby nie Darek Waś, który nie miała prawa narzekać na nudę, to ten wynik z perspektywy przegranych byłby znacznie gorszy. Faworyci bardzo szybko zorientowali się, że markowianie mają duże problemy by wyjść z własnej połowy i dysponując szeroką ławką rezerwowych, od razu zakładali agresywny pressing, po którym z łatwością odbierali piłki i kreowali sobie kolejne okazje. Tyle że początkowo celownik drużyny z Tulewa był kompletnie rozstrojony. Nie mógł się wstrzelić Patryk Czajka, problemy ze skutecznością miał też MVP poprzedniego sezonu Damian Matuszewski i swojego rodzaju paradoksem było, że Al-Maj tak długo utrzymywał stan 0:0, a gdy już gola stracił, to po prostym błędzie, jaki przytrafił się Łukaszowi Grochowskiemu. Od tego momentu mecz był wyjątkowo jednostronny, piłka praktycznie w ogóle nie dochodziła do napastników Al-Maju i tutaj nie było żadnych szans, by cokolwiek zdziałać. Można więc stwierdzić, że jak na liczbę okazji, to wynik 3:9 to swojego rodzaju mini-sukces przegranych. No ale zdajemy sobie sprawę, że w ten sposób nie pocieszamy zespołu z Marek. Jedyny pozytyw jaki tutaj wyciągamy, to fakt, że Grzesiek Wojda wreszcie miał kim grać i oby tylko nie było tak, że na mecz, gdzie porażka była chyba wkalkulowana frekwencja dopisała, a w spotkaniach, w których będą się ważyły losy tego zespołu, nie będzie kim grać. Ale nie bądźmy złymi prorokami. Co zaś tyczy się PrefBudu, to na razie mistrzowie gniotą wszystkich po kolei. I chyba sami już nie mogą doczekać się jakiegoś równorzędnego przeciwnika, dlatego niewykluczone, że w terminarzu na 3.kolejkę kogoś takiego znajdą. I dopiero wtedy zacznie się prawdziwa walka o obronę mistrzowskiego tytułu.

Wszystkie statystyki z drugiej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Co do terminarza na 3.kolejkę, to ten pojawi się dopiero po Świętach, ale gdyby były jakieś prośby godzinowe, to czekamy na Wasze wiadomości.

PS: Lubisz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz