Studio Car ogrywa Magnatta! Genialny come-back Bad Boys.


Przed tą kolejką było aż pięć zespołów, które miały szanse, by wczoraj po południu cieszyć się z kompletu sześciu punktów. Wiedzieliśmy, że ich liczba na pewno zmaleje, ale nie przypuszczaliśmy, że nastąpi to w tak drastyczny sposób.

Pierwszym zespołem, który chciał dopisać do swojego konta drugie zwycięstwo z rzędu był Beer Team. Ekipa Łukasza Kowalskiego zdawała sobie jednak sprawę z nieporównywalnie wyższej klasy przeciwnika aniżeli ostatnio, bo po drugiej stronie boiska stanął HandyMan. Kamil Dybek i spółka dobrą dyspozycję pokazali już przeciwko Magnattowi, ale tym razem do niezłego stylu zamierzali również dołożyć punkty. Jednak ten mecz długo nie chciał zdradzić, kto będzie jego zwycięzcą. Pierwsza połowa skończyła się remisem i o ile początek był lepszy w wykonaniu Handymenów, to potem do głosu doszli rywale. To sugerowało, że na starcie drugiej połowy, ta delikatna przewaga ekipy z Radzymina może się przekuć w coś większego. Ale finałowe 25 minut zaczęło się dla Beer Team najgorzej jak mogło. Najpierw strata gola, który był efektem błyskawicznej kontry wykończonej przez Jacka Markowskiego, potem kilka niewykorzystanych okazji (gdzie klasę znowu potwierdził Mariusz Trojanek), a apogeum nastąpiło w 36 minucie – Łukasz Kowalski zwlekał z podaniem piłki, zabrał mu ją Jacek Markowski, który został złapany w pół przez ratującego sprawę kapitana Beer Team i sędzia nie miał wyjścia – czerwona kartka i praktycznie koniec złudzeń zespołu w białych koszulkach. I faktycznie – HandyMan wykorzystał grę w przewadze, zbudował sobie odpowiedni bufor bezpieczeństwa i dowiózł zwycięstwo do samego końca. Tak już na chłodno analizując co się tutaj stało, to chyba możemy stwierdzić, że Beer Team – w przeciwieństwie do niedzielnych konkurentów – nie wykorzystał swojego potencjału. Chłopaki zagrali znacznie poniżej oczekiwań a dziwił też fakt, że tak krótko na boisku przebywał Paweł Cackowski, który mógł zrobić trochę zamieszania w polu karnym HandyMan. Co do triumfatorów, to ich trzeba pochwalić za konsekwentne realizowanie założeń. Ponadto tutaj każdy zagrał na równym, dobrym poziomie, chociaż warto wystawić indywidualne laurki dla Mariusza Trojanka i Jacka Markowskiego. Jeden świetnie bronił, drugi wziął na siebie ciężar kreowania gry i to „zrobiło różnicę”. HandyMan potwierdził tym samym, że w tym sezonie nie będzie jedynie patrzył, jak inni biją się o najwyższe cele. On w tej walce zamierza realnie uczestniczyć.

A kolejną drużyną, która w ostatni dzień weekendu zmarnowała okazję do skompletowania sześciu punktów był Magnatt. Szczerze? Chyba nikt nie przypuszczał, że tak to się może skończyć, bo nawet jeżeli przypomnimy, że ekipa Mariusza Wdowińskiego słabo zagrała przeciwko Handymenom (ale wygrała), to w swoim debiucie jeszcze przeciętniej zaprezentowało się Studio Car. Ekipa Adriana Wojdy gładko uległa Copie FC i nie wierzymy, że – może poza samymi zawodnikami tego zespołu – ktoś przewidywał tutaj inne rozstrzygnięcie niż pełna pula dla Magnatta. Ale ta ekipa znowu zawiodła. Podobnie jak przed tygodniem, tak i teraz bardzo kiepsko rozpoczęła spotkanie, jednak o ile siedem dni wcześniej zdołała odwrócić losy spotkania, tak tutaj ta sztuka się nie udała. I było to pokłosie dwóch kwestii – po pierwsze: niesamowitej indolencji strzeleckiej faworytów, którzy wielokrotnie marnowali dogodne sytuacje. Część zasług należy się tutaj golkiperowi Studio Car Kamilowi Portasze, aczkolwiek napastnicy w biało-czarnych koszulkach w większości przypadków wybierali najgorsze rozwiązania z możliwych. Natomiast druga kwestia o której trzeba wspomnieć, to ogromna determinacja graczy w zielonych trykotach. To była zupełnie inna ekipa od tej, którą zobaczyliśmy przeciwko Copie. I to przyniosło fantastyczny efekt. Swoje zrobiły też transfery – świetnie zaprezentowali się Rafał Kudrzycki oraz Dawid Kuciński. To w dużej mierze ich zasługa, że Studio Car po 25 minutach prowadziło 2:0, ale chyba wszyscy pod skórą czuliśmy, że Magnatt jeśli w miarę szybko odrobi połowę strat, to może tutaj powalczyć. I faktycznie – w 32 minucie sędzia dyktuje rzut karny dla dawnego Stankana i chociaż Kamil Portacha genialnie broni strzał Marcina Błędowskiego, to przy dobitce Łukasza Godlewskiego jest bezradny. Za chwilę na prowadzących spada kolejna zła wiadomość – żółta kartka dla Piotrka Krzemińskego. Magnatt nie wykorzystuje jednak przewagi, a w 41 minucie Michał Krajewski przegrywa pojedynek sam na sam z bramkarzem rywali. I to się zemściło – Dawid Kuciński przywrócił prowadzenie dla ferajny Adriana Wojdy i mimo desperackich ataków ze strony konkurentów, Magnatt zdołał zdobyć jeszcze tylko jedno trafienie i przegrał mecz 2:3. O pechu może mówić Mariusz Rutkowski, który w jednej z ostatnich akcji trafił w słupek, ale naszym zdaniem dobrze się stało, że ta piłka nie trafiła do siatki. Niech to będzie zimny prysznic dla ekipy z Wołomina, bo na razie ich forma jest taka jak liga – czyli wakacyjna. Brawa natomiast dla triumfatorów. Ten mecz pokazał bowiem, że nie liczą się nazwiska, ale wola walki, determinacja i dobry plan. To wszystko wypaliło i tak jak przed tygodniem Studio Car było jednym z największych przegranych kolejki, tak dziś jest chyba jednym z największych wygranych.

Teraz przyszedł z kolei czas, by uderzyć się w piersi. W meczu Joga Bonito – AbyDoPrzodu oczyma wyobraźni widzieliśmy zacięty bój, w którym ekipa Bartka Brejnaka walczy jak równy z równym z Kamilem Melcherem i spółką. Jakże się pomyliliśmy… Jasne – nasze prognozy były bardziej myśleniem życzeniowym i jednocześnie chęcią podniesienia na duchu graczy Bonito, po bolesnej porażce z Lema Logistic. No ale czegoś takiej się nie spodziewaliśmy – ten mecz skończył się bowiem pogromem 14:0!! Nie ma się co tutaj rozwodzić – to spotkanie znakomicie uwidoczniło różnicę w zgraniu między jednym zespołem a drugim i tak pomyśleliśmy sobie po wszystkim, że Bartek Brejnak pewnie życzyłby sobie za kilka lat, by jego ekipa osiągnęła taki poziom wspólnej gry co ostatni rywale. Przed nimi długa i kręta droga, bo wczoraj wyglądało to, jakby zawodnicy tego zespołu grali ze sobą po raz pierwszy w życiu. Wiadomo – szkoda, że nie było Łukasza Kwiatkowskiego, który jest chyba naturalnym liderem środka pola tego zespołu, no ale tego wątku nie ma chyba co ciągnąć. AbyDoPrzodu zrobiło sobie po prostu trening strzelecki, a królem polowania okazał się Konrad Kupiec, któremu w osiągnięciu imponującego dorobku pomagali nawet rywale (co widać na filmiku). No nic – wygrani nawet się tutaj specjalnie nie zmęczyli, natomiast przegrani muszą o tym meczu szybko zapomnieć. Chociaż nie będzie łatwo, bo takiej klęski w swojej krótkiej przygodzie z amatorskimi rozgrywkami, chyba jeszcze nie zanotowali…

Dużo, dużo szybciej aniżeli poprzednia potyczka, zleciała nam następna. A grane były derby między reprezentantami Klembowa i Ostrówka, czyli Copa FC vs Bad Boys. Mówi się, że derby rządzą się swoimi prawami i o ile często traktuje się to jako wyświechtany slogan, tak w tym konkretnym przypadku, to piłkarskie powiedzenie sprawdziło się co do joty. Otrzymaliśmy bowiem mega emocjonujący pojedynek, w którym po pierwszej połowie już byliśmy skłonni przypisać całą pulę ekipie Michała Łapińskiego, ale gdybyśmy tak zrobili, to spotkałaby nas surowa lekcja. Ale zacznijmy od początku – ten mecz długo toczył się pod dyktando zawodników w zielonych koszulkach. Copa szybko objęła dwubramkowe prowadzenie i chociaż w 16 minucie sędzia ukarał za faul czerwoną kartką Przemka Gronka (sytuacja do obejrzenia poniżej), to wydawało się, że ta kwestia nie będzie miała żadnego wpływu na przebieg spotkania. Pod koniec pierwszej połowy Copa zwiększyła bowiem swój stan posiadania i nawet zakładając, że została tylko z jednym rezerwowych, to scenariusz w którym przegrywa był nieprawdopodobny. Tym bardziej, że Bad Boys grali słabiutko, lecz na drugą połowę wyszli – na szczęście! – z nowymi siłami. I też z nowym pomysłem, gdzie wreszcie zawodnicy dokonywali częstych rotacji, co miało spowodować „zabieganie” rywala zza miedzy. I ta taktyka zaczęła przynosić efekty – w 34 minucie było już tylko 2:3! Złych Chłopców z rytmu nie wybiła też bramka na 2:4, bo lada moment mieliśmy remis! A Bad Boysom było mało. Widać było, że ich interesuje tutaj tylko zwycięstwo, chociaż w tej euforii należało zachować umiar, bo Copa wciąż żyła. To wszystko powodowało, że akcja przenosiła się z jednego pola karnego w drugie i w tym rollercoasterze nie sposób było stwierdzić, kto wyjdzie z tego meczu zwycięsko. W 45 minucie Bad Boys prowadzą 5:4, ale za chwilę strzał z dystansu Michała Łapińskiego i znowu jest remis! Końcówka należy już jednak do graczy w żółtych trykotach. W 48 minucie Marcin Szczapa podaje do Pawła Woźniaka, piłki nie sięga Konrad Bulik a napastnik Bad Boys wygrywa sytuację sam na sam z bramkarzem i ten gol daje ostatecznie trzy punkty zawodnikom z Ostrówka! Ich radość była ogromna, czemu nie należy się dziwić. Po pierwszej połowie byli już piłkarsko „martwi”, a jednak potrafili zmartwychwstać. I pewnie jeszcze długo będą do tego spotkania wracali we wzajemnych rozmowach. Z kolei gracze Copy tego tematu będą raczej unikali jak ognia. Przegrali wygrany mecz i według nas, nawet gdy na początku drugiej połowy stracili dwa gole, to nie wierzyli, że może im się tutaj stać krzywda. To właśnie wtedy sytuacja wymsknęła im się spod kontroli i już do nich nie wróciła. Może gdyby mieli jednego rezerwowego więcej, a już na pewno gdyby czerwonej kartki nie zobaczył Przemek Gronek, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdybanie to jednak wszystko, co im w tym momencie pozostało.

No i na koniec jeszcze krótka retrospekcja zdarzeń z ostatniego meczu z niedzieli. Lema Logistic grała z The Naturatem i tak jak można się było tego spodziewać – było to spotkanie do jednej bramki. Mimo, że Logistyczni grali bez Marcina Jadczaka, Arka Pisarka czy MVP poprzedniej kolejki Marka Gajewskiego (dojechał na końcówkę drugiej połowy), to nie mieli żadnych kłopotów, by ograć team Szymona Baranowskiego. Trochę w nadziei, że to wreszcie będzie mecz, w którym zobaczymy chociażby premierowe trafienie ekipy w fioletowych koszulkach, nagraliśmy z tej potyczki sporo materiału. Liczyliśmy, że wstrzelimy się w moment, w którym zawodnicy The Naturatu wreszcie będą mogli zacisnąć pięść i powiedzieć „no w końcu”. Ale nie doczekaliśmy się. Ligowi outsiderzy nie tylko gola nie zdobyli, ale znów zaliczyli dwucyfrówkę. Szkoda, bo dość długo dzielnie się trzymali, do przerwy było „tylko” 0:4, lecz w finałowej odsłonie przegrywający totalnie odpuścili i gdyby nie kilka dobrych interwencji bramkarza oraz ambicja Krzyśka Piotrowskiego (w wielu sytuacjach był jedynym obrońcą swojej ekipy), to pewnie przegraliby jeszcze wyżej niż ostatnio. No trudno – czekamy dalej na ich przełamanie, wpierw dotyczące gola, a potem – może – pierwszego punktu. Lema ma za sobą z kolei typową jednostkę treningową, bo było to starcie, gdzie nie musiała z siebie dać nawet połowy możliwości. Ale skoro nadarzyła się okazja, to należało ją wykorzystać i podreperować strzeleckie zdobycze. Teraz będzie już jednak tylko trudniej i wtedy też poznamy odpowiedź na pytanie, co ta ekipa jest naprawdę warta.

Statystyki wszystkich niedzielnych spotkań zostały już wprowadzone do raportów meczowych. Prosimy o ich weryfikację, a w razie błędów – o kontakt. Mamy jednak nadzieję, że wszystko wygląda tak, jak być powinno.

Inne Artykuły

Dodaj komentarz