Profesorska gra HandyMan. Lambada otwiera dorobek.

W lidze została już tylko jedna drużyna, która nie doświadczyła jeszcze porażki w czwartej edycji. Wczoraj z tego grona odpadło kilka kolejnych zespołów.

Niedziela 3 października upłynęła nam niesamowicie szybko. Zwłaszcza sesja poranna przebiegła błyskawicznie, może za sprawą transmisji, którą przeprowadziliśmy od godziny 9:00. Dziękujemy wszystkim za obecność na czacie i za wszystkie subskrypcje oraz polubienia. Wyświetlenia też się zgadzały jak na fakt, że pokazaliśmy Wam trzy mecze zamiast czterech. A kogo z nami wczoraj nie było i nie mógł obejrzeć relacji, to może to nadrobić poniżej.

Wczorajsze granie rozpoczęło się od meczu, który miał nam dać odpowiedzi na wiele pytań, dotyczących jego uczestników. Chcieliśmy wiedzieć jaka jest prawdziwa twarz Show Teamu i czy ten zespół stać w tym sezonie na duże rzeczy i jednocześnie tego samego zamierzaliśmy się dowiedzieć o Lemie. No i gdyby na podstawie tego jednego spotkania wyciągać jakieś wnioski, to nie byłyby one pozytywne dla Logistycznych. Wciąż się zastanawiamy, jak można przegrać 3:8, dysponując w składzie tyloma zawodnikami o bogatej przeszłości w piłce 11-osobowej, ale nie tylko. Najłatwiej byłoby zwalić wszystko na kiepski początek meczu, bo już po 5 minutach było tutaj 3:0 dla Show Teamu. A już kwintesencją bezradności Lemy było trzecie trafienie, które nastąpiło bezpośrednio po drugim, gdzie Przemek Matusiak wyminął ich obronę jak chciał a takie rzeczy nie mają się prawa przytrafić nawet na amatorskim poziomie. Potem to spotkanie trochę nam się wyrównało i gdy dosłownie w ostatniej akcji pierwszej połowy Maciek Lewandowski zdobył gola dla „pomarańczowych” i zmniejszył straty do dwóch goli, wydawało się że losy tej potyczki można jeszcze odwrócić. Teoria zupełnie jednak nie pokryła się z praktyką a Lema nie wyciągnęła żadnych wniosków na starcie drugiej odsłony. Tutaj także przeciwnicy potrzebowali 5 minut by znacznie powiększyć swój dorobek bramkowy i było jasne, że Show Teamowi krzywda się nie stanie. Dziwnie było patrzeć jak zawodnicy, których znamy nie od dziś, zupełnie nie przypominają samych siebie i bezwzględnie przegrywają mecz, który zapowiadał się przecież jako wyrównana bitwa. Wynik 8:3 mówi tutaj wszystko. Lema ma nad czym myśleć w kontekście kolejnych potyczek, bo niby zniknął problem dotyczący frekwencji, ale pod względem gry wyglądało to wczoraj wyjątkowo słabo. Z kolei Show Team na tym tle wypadł bardzo korzystnie, mając to spotkanie pod kontrolą od pierwszej do ostatniej minuty. Swoje zrobił powrót do drużyny Janka Malinowskiego, bardzo efektownie wypadł debiut Piotra Bobera, a warto także odnotować trafienie Arka Wiśniewskiego, który w siedemnastym meczu w Strefie 6 w końcu mógł uczcić zdobycie bramki. Tym samym Show Team znów melduje się w czołówce tabeli, ale nie będziemy nic już więcej pisać, żeby nie narzucać na nich jakiejkolwiek presji. Niech po prostu robią swoje, a będzie dobrze.

O godzinie 10:00 swoją uwerturę miały za to derby Gminy Klembów czyli Copa FC kontra Bad Boys Ostrówek. I od razu przejdziemy do sedna, bo jak wiadomo derby potrafią się rządzić swoimi prawami i nieważne co działo się wcześniej, gdyż takie mecze pomagają wyzwolić dodatkową adrenalinę. Ale na boisku wcale nie kipiało od emocji. Być może dlatego, że Copa bardzo szybko ustawiła sobie to spotkanie i po dwóch łatwych trafieniach Przemka Gronka prowadziła 2:0. Chyba wielu z nas tak to sobie wyobrażało, zwłaszcza że Bad Boys byli tego dnia pozbawieni chociażby Michała Szczapy oraz Pawła Woźniaka (nie wspominając już o Piotrku Stańczaku) i mieli mniej atutów niż zwykle. Co prawda tuż przed przerwą ich straty zmniejszył Andrzej Sulewski, ale tuż po wznowieniu gry Kopacze ponownie zapakowali przeciwnikom dwa trafienia i to miał być początek końca tego spotkania. Tym bardziej, że ich oponenci nie za bardzo byli ich w stanie postraszyć. Bad Boys grali do tego momentu słabo i nie było żadnych symptomów, że mogliby tutaj powalczyć jeszcze o punkty. Być może zawodnicy Copy również nie brali takiego scenariusza pod uwagę i właśnie to uśpiło ich czujność. Ich dramat zaczął się w 38 minucie, gdy błąd w wyprowadzeniu piłki popełnił Rafał Roguski (zastępował w bramce Darka Wasia), na czym skrzętnie skorzystał Daniel Woźniak i ten gol podłączył Złym Chłopcom tlen. Nagle uwierzyli, że nie wszystko jeszcze stracone i lada moment autor poprzedniej bramki znowu wpisał się na listę strzelców a wynik brzmiał już tylko 4:3! Po Copie widać było nerwowość. Oni już spali spokojnym snem, tymczasem zostali gwałtownie wybudzeni w środku nocy i zupełnie nie mogli się odnaleźć w sytuacji. I w 45 minucie spotkał ich kolejny cios – uderzenie bezpośrednio z rzutu wolnego Mateusza Woźniaka i mieliśmy remis! Dopiero wtedy Kopacze się obudzili i uzmysłowili, że jeśli szybko nie wezmą się w garść, to stracą arcyważne dwa punkty. Udało im się podkręcić tempo, mieli swoje okazje, a po jednej z nich Michał Łapiński trafił w słupek! Czas jednak upływał nieubłaganie, aż w końcu sędzia oznajmił, że więcej goli już tutaj nie zobaczymy. Copa zremisowała wygrany mecz i trzeba użyć tutaj mocnych słów – to był frajerski remis. 12 minut do końca, trzy gole przewagi – tej końcówki nie dało się rozegrać gorzej. Możemy oczywiście gdybać, że gdyby na boisku był taki ktoś jak Sebastian Sasin, który umie uspokoić grę, to do takich scen by tutaj nie doszło, ale prawda jest taka, że było absolutnym obowiązkiem Copy, dowieźć trzy punkty do ostatniego gwizdka. Nie będziemy się jednak nad chłopakami znęcać, bo domyślamy się, że dobrze wiedzą, iż zawiedli na całej linii. Brawa natomiast dla Bad Boysów! Powiedzmy sobie uczciwie – nie jesteśmy pewni, czy swoją postawą na przestrzeni całego meczu zasłużyli na to jedno oczko. Przez długi czas byli bezzębni, anemiczni i to wszystko zmierzało w kierunku zasłużonej porażki. Ale gdy tylko pojawił się cień szansy, że coś można jeszcze z tego spotkania wycisnąć – zrobili to w sposób perfekcyjny. Oni po prostu sprowokowali szczęście, dzięki czemu o tym meczu będą jeszcze opowiadali nie raz. W przeciwieństwie do rywali, którzy woleliby pewnie aby już nigdy nie musieć do niego wracać.

Można zremisować i chcieć ukryć głowę w piasku, ale można też przegrać, a wcale się swojej gry nie wstydzić. Nawiązujemy tutaj do postawy Joga Bonito, zespołu który w niedzielę przegrał co prawda z RDK Szewnicą, ale wspólnie z przeciwnikami stworzył naprawdę emocjonujące widowisko. I wcale nie było powiedziane, że skończy się tutaj tak, jak się ostatecznie skończyło. Jeszcze do 38 minuty spotkania wynik był remisowy i równie dobrze szala mogła się przechylić na korzyść ekipy Bartka Brejnaka. Czemu więc tak się nie stało? Oczywiście najłatwiej byłoby to sprowadzić do osoby Adama Michalika. Drugi kolejny mecz tego gracza i drugi, gdzie na wszystkie gole swojego zespołu ten napastnik albo je zdobywał albo przy nich asystował. Coś niewiarygodnego. Po drugiej stronie boiska starał mu się wtórować Łukasza Pokrzywnicki. Co prawda przyjechał on na mecz spóźniony, ale praktycznie w pierwszym kontakcie z piłką zdobył bramkę na 1:0, lecz było to jednocześnie pierwsze i ostatnie prowadzenie Jogi w tym meczu. Potem do gry doszła Szewnica i w odróżnieniu do meczu z Lambadą, tym razem podział obowiązków rozłożył się na większą liczbę zawodników niż wtedy. Wówczas wszystko było zdeterminowane od postawy Adama Michalika, a wczoraj z fajnej strony pokazali się choćby Adam Pietkiewicz czy Kacper Mróz. I to wsparcie okazało się kluczowe dla losów spotkania. Należy zresztą spojrzeć na statystyki – RDK oddała ponad 30 strzałów, z czego ponad połowa była celnych, z kolei Joga była w tej statystyce znacznie słabsza i po prostu wygrał tutaj zespół, który zrobił więcej aby zgarnąć całą pulę. No i warto wspomnieć o tym, o czym pisaliśmy w plusach i minusach – ekipa z Szewnicy była w tym meczu krystalicznie czysta pod względem gry fair play. Ani jednego faulu, ani jednego niepotrzebnego decybela – super sprawa. I wiadomo – to nie jest tak, że teraz ekipa Marcina Białka będzie już ligowym ministrantem, który już nigdy nie powie czegoś za dużo lub nie pokusi się o jakieś ostrzejsze wejście, bo wiemy że to leży trochę w ich boiskowym DNA. Ale jak widać można skupić się tylko na grze a energię zaoszczędzoną na niepotrzebnych rzeczach, skumulować na sprawach czysto piłkarskich. I to się opłaciło, bo mimo przewagi w strzałach, mecz był na styku i wystarczył jeden błąd, jakaś głupia kara a mogło się skończyć chociażby remisem. I chociaż Joga z takiego scenariusza byłaby zadowolona, to jednak i ona zdawała sobie sprawę, że choć zrobiła dużo by zapunktować, to trzy punkty pojechały finalnie z ich zasłużonym właścicielem.

To samo co wyżej możemy również napisać o ekipie Lambady. Zespół stworzony praktycznie na ostatnią chwilę wczoraj mierzył się z FC Spectare i chociaż wielu z Was myślało pewnie, że wygrał to spotkanie walkowerem, to uspokajamy – do żadnego poddania meczu nie doszło (nie sugerujcie się też raportem meczowym, gdzie jest tylko czterech zawodników Spectare! Czekamy na info od kapitana, kto wczoraj zagrał, żeby nikogo nie pominąć). Wynik 5:0 był rezultatem z boiska, chociaż być może jak na to, co działo się na placu gry, jest on troszeczkę za wysoki. A już kategorycznie możemy stwierdzić, że dzielna ekipa rodem z Ukrainy zasłużyła, by zdobyć tutaj przynajmniej jedną bramkę, ale tego dnia była wyjątkowo nieskuteczna. Zwłaszcza na początku spotkania zawodnicy w białych koszulkach stworzyli sobie kilka dogodnych okazji do pokonania Łukasza Trąbińskiego, jednak ogarniała ich niemoc, gdy byli już o włos od sukcesu. Zresztą – nie zawsze chodziło tutaj o dobre i precyzyjne uderzenie. Były też sytuacje, w których Spectare miało trzech zawodników a rywal tylko jednego, ale i tutaj brakowało dobrego podania, które otworzyłoby drogę do bramki. Lambada była dużo bardziej konkretna w swoich poczynaniach i chociaż ona również wpierw kilka okazji zmarnowała, to impas strzelecki przełamał Mateusz Trąbiński, chwilę potem na listę strzelców wpisał się Rafał Bulik i to wszystko znacznie ułatwiło grę podopiecznym Roberta Biskupskiego. W końcówce pierwszej połowy żółtą kartkę zobaczył Max Yanchenko i to była kolejna okazja dla Spectare, by wreszcie otworzyć swój dorobek. Ale znów, mimo kilku szans, nic nie chciało wpaść. I chyba już wtedy wszystkim graczom uczestniczącym w tej potyczce zaświtała myśl, że zespół Wołodji Lewickiego będzie miał problem, by w końcu celebrować zdobycie gola. To wszystko spotęgowało się, gdy w 35 minucie Wasyl Kudyba nie wykorzystał sytuacji sam na sam z bramkarzem. Lepszą okazję trudno sobie wyobrazić, a nawet jej nie udało się skończyć tak jak trzeba. Lambada robiła z kolei swoje. Rozkręcił się Dmytro Shuliak (na zdjęciu), który najpierw zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego, a potem jeszcze dwukrotnie zrobił użytek ze swojej lewej nogi i Spectare musiało się pogodzić z porażką do zera. Wynik gorszy niż gra, lecz zawodnicy pretensje mogą mieć tylko do siebie. Mnóstwo okazji, momentami naprawdę fajnie to wyglądało, ale co z tego jak nie było efektu końcowego. Słowa uznania trzeba też skierować w stronę bramkarza triumfatorów Łukasza Trąbińskiego, bo niektóre z jego obron to z kategorii tych, gdzie tylko on wie w jaki sposób nie puścił konkretnego strzału. I ciekawe ile ta jego seria minut bez puszczonej bramki potrwa, ale ponieważ w ekipie Lambady coś dobrego zaczyna się tworzyć, to niewykluczone, że ten licznik szybko się nie zatrzyma.

Dmytro Shuliak z klasycznym hat-trickiem przeciwko FC Spectare.

Przechodzimy do meczów z sesji popołudniowej! A zaczęliśmy z wysokiego C, bo niepokonani jak dotąd Black Dragons zamierzali udowodnić swoją wyższość nad HandyMan Elewacje. Kto czytał nasze zapowiedzi, ten wie, że mimo iż piłkarski potencjał przemawiał za Czarnymi Smokami, to w naszej opinii Hendymeni nie stali tutaj na straconej pozycji. Wiedzieliśmy, że jeśli będą grali „swoje”, to szybko sfrustrują przeciwnika, a wtedy stworzy się okazja, by zdobyć kilka bramek i mecz zapisać na swoje konto. W tej całej układance był jeden problem – w składzie ekipy Krzyśka Smolika brakowało Rafała Kudrzyckiego. Byliśmy więc ciekawi, czy pod nieobecność swojego najlepszego napastnika, faktycznie uda się regularnie stwarzać bramkowe okazje. Jak więc ten mecz wyglądał w rzeczywistości? Otóż wszystko zaczęło się po myśli Black Dragons. Praktycznie pierwsza dogodna sytuacja i Sebastian Fransowski z najbliższej odległości pokonuje popularnego Jaszyna. Wydaje się, że lepiej być nie może, że teraz z perspektywy wołomińskiej młodzieży wszystko pójdzie z górki. Ale nic z tego. HandyMan nie przejęli się utratą goli, robili swoje a w 16 minucie skorzystali na prostym błędzie Maćka Markwarta. Złe podanie, Łukasz Pasik przejmuje piłkę i z najbliższej odległości pokonuje Czarka Nowakowskiego. I to nie jest koniec kiepskiej serii beniaminka pierwszej ligi. Tuż przed przerwą chłopaki mają bowiem 200% okazję, by znowu być o gola z przodu, ale Tomek Freyberg z najbliższej odległości nie potrafi pokonać bramkarza HandyMan, który praktycznie leżał już na ziemi. Dziś już wiemy, że to była jedna z kluczowych sytuacji w tym spotkaniu. Prowadzenie 2:1 dałoby Black Dragons dużo komfortu w grze, a tak losy wyniku nadal były otwarte. I co gorsze dla Serka Modzelewskiego i spółki – ich rywale zaczęli sobie stwarzać coraz lepsze okazje. Jednej nie wykorzystał Krzysiek Smolik, drugiej Bartek Czerwiński, ale trzecia została już skutecznie zamieniona na bramkę a z trafienia cieszył się Adrian Wojda. Na zegarze była wtedy 44 minuta i chociaż przegrywający robili wszystko co mogli, by uratować choćby jeden punkt – walili głową w mur. I ku uciesze swoich oponentów – nie dali rady. Wiemy, że byli rozczarowani, bo trudno jest przełknąć taki mecz, gdzie rywal skupia się głównie na rozbijaniu twoich ataków. Ktoś może nawet powiedzieć, że „ten HandyMan to nic wielkiego nie gra” – przerywa co się da i liczy na cud z przodu. Ale nawet jeśli, to nie dość, że im samym zupełnie to nie przeszkadza, to tak naprawdę bardziej świadczy to o rywalach. Jeśli oni nie grają nic wielkiego, to jak to świadczy o ich przeciwnikach, którzy przegrywają z nimi mecz? 😉 Ale żeby była jasność – my zastosowaliśmy tutaj tylko duże uproszczenie. Bo wiemy ile trzeba włożyć pracy, żeby wyrobić sobie tak skuteczny styl. Dlatego tu nie ma przypadku i dla nas ten wynik nie jest żadnym zaskoczeniem. I jeśli założymy, że wygrani zagrali już prawie ze wszystkimi zespołami ze ścisłej czołówki, to gdzieś przypominają nam się okoliczności pierwszego, historycznego tytułu dla Green Teamu. Myślicie o tym samym co my? 😉

We wstępie napisaliśmy, że już tylko jedna drużyna jest w tym sezonie niepokonana – to Al-Mar. Pewnie fajnie jest coś tak miłego na swój temat przeczytać, ale to wcale nie musiało się tak przyjemnie skończyć dla zespołu Marcina Rychty. Wiemy, że zespół z Wołomina przystępował do potyczki z Al-Maj Car z duszą na ramieniu, bo pojawiły się problemy frekwencyjne, ale na szczęście udało się zebrać ośmiu chętnych. Po drugiej stronie boiska było ich zresztą tyle samo, a wśród nich Tomek Terpiłowski. Ten gracz był już w składzie Box Gardy Marki, lecz ostatecznie nie zadebiutował w barwach ekipy Rafała Saksa i po raz pierwszy w Strefie 6 zobaczyliśmy go właśnie wczoraj. I od razu powiedzmy, że ten chłopak ma dużo jakości, dał swojej ekipie sporo spokoju i również dzięki jego grze markowianie długo byli w grze o punkty. Ale w ich przypadku to od jakiegoś czasu zawsze wygląda tak samo – grają dobrze do pewnego momentu, wydaje się, że jest szansa, by wreszcie zdobyli jakieś punkty, aż wreszcie przychodzi kryzys i zostają z niczym. W rywalizacji z Al-Marem są jednak sami sobie winni, bo liczba sytuacji którą mieli była wystarczająca, aby pokusić się tutaj o niespodziankę. Przy stanie 2:1 doskonałą okazję zmarnował Tomek Terpiłowski. Potem ten sam zawodnik uderzył w słupek, z kolei tuż przed przerwą Alan Wojda miał „setkę” i też nie zdołał pokonać Maćka Soboty. A jak nie chcesz prowadzić 3:1, to wiadomo jak to się kończy. Al-Mar w drugą połowę wszedł z odpowiednim animuszem i bardzo szybko nie tylko odrobił straty, ale doprowadził do wyniku 4:2. A potem zaczęła się „bijatyka” na zasadzie cios za cios. Al-Maj zdobywał bramkę i natychmiast odpowiadał na to konkurent i ta zabawa trwała do wyniku 6:5. Wtedy na listę strzelców wpisał się Maciek Makarow i chociaż ekipa Grześka Wojdy i w tym przypadku mogła odpowiedzieć, to po strzale Alana Wojdy piłka trafiła jedynie w słupek a Al-Mar kolejnej szansy już nie dał i po następnym golu Maćka Makarowa przypieczętował swój sukces. Mecz dla zwycięzców nie był jednak łatwy. Gdyby w jakimś momencie mieli do odrobienia dwa gole, to dziś ten opis moglibyśmy pisać w zupełnie innym kontekście. Na szczęście to, co czasami uciekało im w obronie nadrabiali w ataku. I raczej szybko o tym meczu zapomną, ale może docenią ten sukces, gdy Al-Maj wreszcie odbierze komuś punkty. Bo naprawdę to był dobry mecz ze strony markowian, lecz w rywalizacji z takim zespołem jak Al-Mar MUSISZ wykorzystać te okazje, które sobie wykreujesz. Ale skoro Bad Boysi byli w podobnej sytuacji i w końcu się doczekali przełamania, to i na obóz Grześka Wojdy na pewno przyjdzie pora. Pytanie tylko czy prędzej czy później 😉

A jak potoczyło się starcie dwóch ekip, które dużo bardziej niż bronić lubią atakować? Można powiedzieć, że potyczkę AutoSzyb z PrefBudem „przeczytaliśmy” zanim się rozpoczęła, bo pisaliśmy że wcale nie musi tutaj wygrać zespół lepszy w ofensywie, ale ten, który pokaże większą jakość w obronie. I to się potwierdziło. AutoSzyby zaprezentowały w niedzielę naprawdę solidną jakość w szykach obronnych, co nie było przypadkiem. W nowych barwach zadebiutowali bowiem bracia Banaszek, znani nam z występów w Beer Teamie. I chłopaki zrobili robotę – dobrze trzymali „tyły”, grali odpowiedzialnie, a nawet gdy oni nie dawali rady, to był jeszcze za nimi Artur Jaguszewski. To co ten zawodnik wyprawiał w niedzielę przechodziło ludzkie pojęcie. Czasami bronił nieprawdopodobne piłki, z najbliższych odległości, gdzie każdy widział już futbolówkę w siatce. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że tak zaczarował własną świątynię, że przeciwnicy mogli w pewnym momencie stracić wiarę, że tego golkipera uda się w ogóle pokonać. Łącznie udało im się to tylko raz – w 33 minucie sposób na popularnego „Siwego” znalazł Łukasz Kowalski. Ale jeden gol to była kropla w morzu potrzeb PrefBudu. Chociaż to wcale nie musiało tak się ułożyć, bo początek spotkania był w wykonaniu zespołu Rafała Kowalczyka niezły, no ale już wtedy zaciął się karabinek z nabojami i niestety bramka wpaść nie chciała. Z kolei w AutoSzybach tego problemu nie było, bo bardzo skutecznie prezentował się Bartek Bajkowski. To on zdobył pierwsze dwie bramki, a żeby tradycji rodzinnych stało się za dość, to trzeciego gola zaliczył Oskar Bajkowski i PrefBudowi ciężko było wrócić do tego spotkania. Nie odmawiamy im chęci – starali się, mieli do siebie wzajemne pretensje i nie oceniamy tego krytycznie. Wręcz przeciwnie – to był dowód na to, że zależało im by powalczyć o punkty, no ale to po prostu nie był ich dzień. U rywali ta skuteczność też nie była wysoka, bo oddajmy również Albertowi Piechocińskiemu że bronił bardzo dobrze, no ale to było za mało. Nawet Marcin Szymański, który we wszystkich dotychczasowych spotkaniach wpisywał się na listę strzelców, także nie potrafił oszukać Artura Jaguszewskiego. Czasami tak po prostu bywa, ale nie chcemy by wydźwięk był taki, że gdyby PrefBud wykorzystał wszystko co miał, to by wygrał. Bo gdyby Szyby również zamieniły na gola wszystkie okazje, jakimi dysponowały, to i tak by zwyciężyły. Tym samym ten zespół umocnił się w ligowej czołówce i wrócił na właściwe tory po porażce z HandyMan. PrefBud okopał się niestety w dolnej połowie tabeli. I o celach nie ma chyba sensu mówić – trzeba się po prostu skupić na każdym kolejnym meczu. A może nawet na każdym, kolejnym strzale 😉

No i jesteśmy już na finiszu naszych, trochę dziś przydługich relacji 😉 W ostatniej parze spotkały się dwa zespoły drugoligowe, których gra w premierowych seriach bardzo nam się podobała, czyli Rekiny  i Retro. Walka szła o ligowe podium, a w przypadku drużyny z Ząbek każde, nawet najskromniejsze zwycięstwo, pozwalało utrzymać się w fotelu lidera. No i zespół Mateusza Pużuka początkowo robił wszystko, by pozostać na pierwszym miejscu w ligowej hierarchii. W 14 minucie sam kapitan wpisał się na listę strzelców i każdy kto stawiał tutaj na Retro, mógł się poczuć trochę zagrożony. Tym bardziej, że kolejne gole dla przybyszów z Ząbek wisiały w powietrzu – okazji nie brakowało, ale być może Rekiny zapatrzyły się niepotrzebnie na poprzedni mecz z udziałem PrefBudu, bo ich celownik również się zaciął. Retro to wykorzystało. Trafienie na 1:1 padło w idealnym momencie dla tego zespołu, czyli tuż przed końcem pierwszej połowy, a zanotował je Kamil Ryński. Ten sam gracz maczał również palce przy trafieniu na 2:1, gdzie znakomicie wyłożył piłkę Patrykowi Kukwie, a ten dołożył stopę i Marcin Stolarski musiał skapitulować. Przegrywającym zaczęło się spieszyć, ale jak dobrze wiemy – pośpiech nie zawsze jest dobrym doradcą. Chęci były, lecz nie dość, że defensywa Retro była dobrze skonsolidowana, to i Rekiny nie miały sprecyzowanego pomysłu jak dobrać się do skóry oponentom. Brakowało kogoś, kto minie jednego lub dwóch zawodników i w ten sposób stworzy przewagę liczebną na połowie rywala. Bo na akcje organizowane w wolnym i przewidywalnym tempie Retro dobrze się ustawiało i zagrożenie gasiło w zarodku. A im bliżej było końca spotkania, tym trzeba było bardziej zaryzykować. To stanowiło wodę na płyn dla ekipy Mateusza Meirowskiego i po jednej z kontr udało się przypieczętować sukces, a autorem gola ponownie był Kamil Ryński. Czy Rekiny powinny mieć do siebie duże pretensje o tę porażkę? Na pewno mogą żałować pierwszej połowy, gdzie ich gra była niezła i w związku z tym było więcej podbramkowych szans. Druga odsłona to już lepsza gra Retro, również spowodowana tym, że ten zespół mógł zagrać z kontry, a wtedy dużo łatwiej o potencjalne trafienia. Ale ta pierwsza porażka i tak w końcu musiała dopaść naszych ligowych debiutantów, więc nie ma co tego przeżywać. Na plus trzeba zapisać debiut Łukasza Strączka, który może być cennym graczem w drugiej części sezonu. Po stronie zwycięzców także mieliśmy do czynienia z fajnym debiutem a zanotował go Przemek Augustyniak. Reasumując – to był niezły i czysty mecz, i wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby na koniec sezonu się okazało, że wzięły w nim udział drużyny z górnej połowy tabeli. Ale do tego jeszcze dłuuuga droga.

Wszystkie statystyki z trzeciej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Jutro koło południa oczekujcie z kolei terminarza na następną niedzielę.

Dodaj komentarz