PrefBud zmuszony do wysiłku. Joga wreszcie lepsza od Retro.


Jeśli 6 na 8 meczów rozegranych w kolejce, kończy się różnicą dwóch bramek, to nie można być niezadowolonym. Tym bardziej, że przed dwoma tygodniami takie spotkanie było tylko jedno.

Retrospekcję zdarzeń z wczoraj rozpoczynamy od informacji wprost z naszego wozu transmisyjnego. Znowu pokazaliśmy Wam wszystkie mecze, problemów z kablem nie było, ale niestety w trakcie pierwszej połowy spotkania Al-Mar – AutoSzyby kamera się przegrzała, wyłączyła i nie można było zobaczyć finałowych 10 minut premierowej odsłony. A skoro przegrzała się przy 20 stopniach, to kto wie co będzie pod koniec maja 😉 Ale może coś uda się w tym temacie zaradzić. A kto nas wczoraj nie oglądał, może sobie całość odtworzyć poniżej. Oczywiście najlepiej zrobić to bezpośrednio na YT, gdzie można zostawić nam łapkę w górę i subskrypcję (koniecznie z dzwoneczkiem). Za wczorajszą aktywność serdecznie dziękujemy!

Pierwszy mecz z 8 maja rozpoczął się już o godzinie 8:45. Gdzieś tliła się nadzieja, że tak wczesna pora spowoduje, że drugoligowy hegemon czyli OknoTech może będzie trochę niewyspany, co w konsekwencji spowoduje, że Wola Rasztowska powalczy tutaj o coś więcej niż honorowa porażka. Ale nasze nadzieje okazały się płonne. Jesteśmy przekonani, że Mateusz Kowalczyk i spółka wyszli na boisko z przekonaniem, że to wcale nie musi się skończyć tak, jak wszyscy zakładają. I początek był optymistyczny, bo udało się kilkukrotnie przedrzeć na połowę rywala, postraszyć go, ale problem w tym, iż nie poszły za tym konkrety. To się bardzo szybko zemściło, a katem Woli okazali się gracze o nazwisku Lewandowski. Najpierw gola zdobył Krzysiek, potem dwa dołożył debiutujący w naszych rozgrywkach (ale świetnie znany szerszej publice) Mateusz i stało się jasne, że na żadną niespodziankę nie mamy co liczyć. OknoTech od tego momentu przejął kontrolę nad wydarzeniami i nawet jeśli zdarzało się, że nie był w stanie ustrzec się jakiegoś błędu, to wiedział, że stratą punktów na pewno to nie grozi. Faworyci grali cierpliwie, nie forsowali tempa, dali pograć wszystkim którzy przyjechali, a fakt, że na siedem goli zespołu ani jednego nie zdobył Rafał Kudrzycki, pokazuje skalę możliwości Adriana Wojdy i spółki. Wolę było stać jedynie na dwa gole, obydwa autorstwa Adama Wypyskiego, a to co boli bardziej niż porażka, to że aż trzech zawodników miało w tym spotkaniu problemy z urazami. Pozostaje mieć nadzieję, że Mateusz Kowalczyk, Adam Wypyski i Łukasz Baran szybko się wyliżą i na mecze z zespołami ze swojej półki będą gotowi na maxa. Bo OknoTech był przynajmniej o klasę lepszy i nie wydaje się, że grał na więcej niż 60-70% swojego potencjału. A nam pozostało mieć wówczas nadzieję, że to nie był początek serii jednostronnych potyczek tego dnia…

Ale na szczęście nie był! Bo drugie spotkanie jakie rozegraliśmy wczoraj należało do takich, gdzie jedni i drudzy mieli swoje argumenty i wszystko mogło się zdarzyć. Tę parę stworzyły Retro oraz Joga Bonito. Kto był czujny i dobrze przeanalizował nasze zapowiedzi, ten dysponował wiedzą, którą mógł odpowiednio wykorzystać. Kurs na Jogę brzmiał 2,70 i wg nas stanowił fajne pole do pewnego ryzyka, z dużą szansą na skuteczne zakończenie. A wszystko wzięło się z tego, że Retro tego dnia nie grało niestety w optymalnym zestawieniu. Brakowało przede wszystkim najlepszej strzelby drużyny Kamila Ryńskiego, a nieobecny był też Darek Rosłon. Z kolei po drugiej stronie boiska chętnych do gry było tylu, że trzy legendy Jogi, czyli Bartek Brejnak, Michał Sawicki i Michał Jędrzejczyk, nawet nie weszły na boisko. Jak ten mecz wyglądał? Tak jak się spodziewaliśmy. Nikt tutaj nie uzyskał przewagi zarówno pod względem bramek, jak i w posiadaniu piłki, aczkolwiek pierwszy cios zadało Retro i to już w 2 minucie. I Jodze trochę zajęło, by się z tym faktem oswoić, ale gdy ten zespół doszedł do głosu, to na przestrzeni kilku minut nie tylko wyrównał, ale za sprawą debiutującego w drużynie Czarka Kubowicza objął prowadzenie. Start drugiej połowy to z kolei powtórka z rozrywki. Znowu gola zdobywa Retro i mamy remis. Ten wynik nikogo jednak nie satysfakcjonował, dlatego wiedzieliśmy, że tutaj obydwa zespoły będą dążyć do zmiany rezultatu. Ale nie sądziliśmy, że gol który w dużym stopniu ustawi spotkanie padnie po tak prostym błędzie. Złe zagranie bramkarza Artura Szczotki wykorzystał Tomek Sieczkowski i to Joga była bliżej sukcesu. Zwłaszcza, że Retro musiało się odsłonić i często widzieliśmy obrazek, w którym Bonito wychodzili z kontrą 3 na 1, tyle że w sobie tylko znany sposób marnowali te okazje. I gdyby to się na nich zemściło, to mogliby mieć pretensje tylko do siebie. Ale tak się nie stało – w 46 minucie Czarek Kubowicz zanotował drugą bramkę w meczu a ona przypieczętowała triumf ekipy Bartka Brejnaka. Impas został więc przełamany, bo Joga grała ze Squadem już cztery razy i dopiero pierwszy schodziła z boiska w glorii triumfatora. Ale sukces był zasłużony. Bonito mieli więcej okazji, zostawili więcej sił na decydujące fragmenty i tym samym zanotowali cenny skalp. Co do Retro, to w dużej mierze ten wynik jest pokłosiem dość wąskiej kadry, która po raz kolejny nie pozwoliła rozwinąć im skrzydeł. Tylko że to powoduje, że dla nich ten sezon jest już stracony i aż trudno uwierzyć, że stało się to po zaledwie czterech kolejkach.

A żeby nie podzielić losu Retro, swój mecz musiały wygrać Tygłysy. Ale one miały jeszcze trudniejszego przeciwnika aniżeli poprzednicy, bo rywalizowali z będącym w dobrej formie Show Teamem. Mimo to wiedzieliśmy, że ekipa popularnego „Jaszyna” nie będzie tutaj mięsem armatnim i nawet pozbawiona Konrada Kanona, postara się napędzić stracha przeciwnikowi. Tyle że wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że Kamil Portacha nie będzie mógł skorzystać także z Mariusza Rutkowskiego. A w nim upatrywaliśmy tutaj lidera Tygłysów, który będzie w stanie poukładać grę tej drużyny. I choćby premierowy kwadrans pokazał, jak bardzo ktoś taki przydałby się temu zespołowi. Bo tutaj bardzo szybko zrobiło się 0:3, co sugerowało, że możemy doświadczyć pogromu. I kto wie, czy fakt, że wszystko tak łatwo przyszło Show Teamowi nie spowodował, że ten zespół trochę spuścił z tonu, co natychmiast wykorzystał oponent. Sygnał do odrabiania strat dał Rafał Zygartowicz, a potem swoje zrobił Krzysiek Zych, który w 15 minucie zdobył swoją 50 bramkę w Strefie Szóstek. I Tygłysy nagle zrozumiały, że to nie jest mecz, który trzeba wyrzucać do kosza. Co więcej – na początku drugiej połowa te ekipa ma kolejne dobre okazje i perspektywa remisu staje się coraz bardziej realna. Aż przychodzi 38 minuta i Kuba Balcerak pakuje piłkę do pustej bramki i z meczu, który zmierzał w jedną stronę, nagle zrobiło się widowisko! Show Team miał pewnie przed oczami demony z wielu spotkań, które wypuścił w sposób trudny do wyjaśnienia, ale tym razem ferajna Przemka Matusiaka zareagowała tak jak trzeba. W 39 minucie Piotrek Bober ponownie przywrócił zespół na prowadzenie, co jednak nie oznaczało, że sprawa jest załatwiona. Tygłysy dążyły do kolejnego remisu i od 42 minuty, przez 120 sekund grały w przewadze jednego zawodnika. Ale ten kluczowy dla losów spotkania fragment rozegrały katastrofalnie. Piotrek Bober oszukał ich defensywę i dał Show Teamowi kolejny oddech świeżego powietrza. Tygłysy walczyły do końca, w 47 minucie na listę strzelców ponownie wpisał się Kuba Balcerak, ale to był ostatni cios, jaki ten zespół zdołał wyprowadzić. Podsumowując to co zobaczyliśmy, to możemy napisać, iż otrzymaliśmy lepszy mecz, niż mogliśmy sobie wyobrazić. Bo już przed samym spotkaniem szala mocno się przechyliła na stronę Show Teamu, a pierwsze minuty ugruntowały w nas przekonanie, że faworyci wygrają tutaj w cuglach. Dlatego brawa dla Tygłysów, które się nie poddały i które pewnie żałują, że do roboty wzięły się tak późno. Ale jest pewien pozytyw – ten zespół udowodnił, że bez Konrada Kanona i Mariusza Rutkowskiego też potrafi grać. I Show Team o mało się na tym nie przejechał, bo był blisko wypuszczenia trzy-bramkowej przewagi. Lecz jeśli ktoś myśli, że traktujemy to jako zarzut, ten się myli. Niewykluczone, że jeszcze sezon czy dwa sezonu temu, ta ekipa wypuściłaby ten mecz z rąk. Ale ta teraźniejsza opanowała nerwy i udowodniła, że jest dużo dojrzalszym teamem niż jeszcze przed kilkoma miesiącami. Dlatego dziś jest bliżej upragnionego medalu niż kiedykolwiek wcześniej.

Pojedynki Piotrka Bobera (z lewej) i Mateusza Wojdy oglądało się z przyjemnością.

A skoro tak chwalimy, to sporo ciepłych słów kierujemy w stronę Black Dragons Team. I robimy to po raz drugi z rzędu, bo przypomnijmy, że dwa tygodnie temu Czarne Smoki rozegrały dobry, lecz przegrany mecz z AutoSzybami. Teraz w konfrontacji z PrefBudem również skończyło się porażką i to dużo wyższą niż w trzeciej kolejce, a mimo to nasze słowa uznania są jeszcze większe niż wówczas. Bo w tej edycji jeszcze nikt nie był w stanie zmusić obrońców tytułu do takiego wysiłku. Dość powiedzieć, że tutaj sprawa zwycięstwa obozu Rafała Kowalczyka rozstrzygnęła się dopiero w 49 minucie, bo to właśnie wtedy Serek Modzelewski ratując piłkę po strzale Patryka Czajki, wpakował ją do własnej bramki, co dało obrońcom tytułu bezpieczne, dwubramkowe prowadzenie. Dlatego nie wyciągajcie wniosków po końcowym wyniku, bo według nas rezultat ustalony właśnie na chwilę przed zakończeniem spotkania, czyli 5:3 uczciwie oddawał to, co obejrzeliśmy w tym starciu. Późniejsze gole dla PrefBudu to była wyłącznie konsekwencja postawienia przez Black Dragons wszystkiego na jedną kartę. Ale czy zatem moglibyśmy napisać, że zespół Serka Modzelewskiego miał tutaj szansę na coś więcej? Aż tak to chyba nie. Chłopaki dali naprawdę dobry mecz, w wielu fragmentach byli równorzędnymi przeciwnikami, jednak było niemal pewne, że przy tylko jednym zmienniku, trudno im będzie na przestrzeni całego meczu wytrzymać tempo narzucone przez faworyta. I tak było. Bo w pierwszej połowie, póki były siły, to ten mecz wcale nie wyglądał na starcie pierwszej drużyny w tabeli, z ekipą która musi oglądać się za siebie. Ale w drugiej PrefBud był lepszy i nawet jeżeli nie zdobywał goli, to często zatrudniał dobrze spisującego się Mateusza Przybińskiego. O wszystkim zdecydowała więc wspomniana wcześniej siła. A raczej jej brak. Black Dragons dali z siebie 100%, lecz nie mieli z czego zaatakować w końcówce. Szkoda, że zespół który czasami miał dwa składy na mecz, teraz przyjeżdża w tak okrojonym zestawieniu. I w tym aspekcie Czarne Smoki mogłyby się uczyć od PrefBudu. Bo chociaż nie był to wielki mecz w wykonaniu mistrzów, to rozsądne żonglowanie energią spowodowało, że ten zespół nie musiał się obawiać decydujących fragmentów. I akurat je rozegrał jak na mistrza przystało.

PrefBud po swoim meczu mógł ze spokojem oczekiwać walki bezpośrednio za swoimi plecami. A o to, żeby powalczyć z drużyną z Tulewa w wielkim finale skonfrontowały się Al-Mar i AutoSzyby. Byliśmy przekonani, że ta potyczka dostarczy dużo emocji, chociaż w pewnej chwili to starcie stanęło tak naprawdę pod znakiem zapytania. Okazało się bowiem, że Szyby mają spore problemy personalne i wykorzystując na to ostatni moment, dopisały do swojego składu Daniela Kowalskiego i Mateusza Hopcię. Ale mimo że kojarzymy tych graczy i wiemy, że swoje potrafią, to nie był dobry znak. Takie kombinacje na chwilę przed spotkaniem o taką stawkę – byliśmy niemal pewni, że to będzie miało swoje konsekwencje. Al-Mar takich problemów nie miał, a dodatkowo mecz zaczął od bramki w pierwszej akcji! Mylił się jednak ten kto sądził, że to ustawi to spotkanie. Szyby szybko wzięły się do roboty i po dwóch golach Bartka Bajkowskiego wyszły na prowadzenie. Wydawało się, że jednym z warunków odniesienia sukcesu będzie utrzymanie tej skromnej, jednobramkowej przewagi do przerwy. Ale wtedy nastąpiła katastrofa. W krótkim odstępie czasu ekipa nieobecnego Kamila Wiśniewskiego została poczęstowana dwoma trafieniami i na odpoczynek schodziła przegrywając. A to nie był koniec kłopotów – na początku drugiej odsłony zagapienie w defensywie spowodowało, że niepilnowany Łukasz Godlewski wpakował piłkę głową do siatki, obok bezradnego Mateusza Bajkowskiego. Sytuacja z perspektywy Szyb była bardzo zła. Dwoił się i troił Bartek Bajkowski, któremu szalenie zależało na tym, żeby coś jeszcze tutaj wykombinować. I to on był autorem kluczowego podania, które w 38 minucie na bramkę zamienił Dawid Banaszek. I zaczął nam się mecz. Jednym się spieszyło, drugim niekoniecznie. Al-Marowi trzeba oddać, że bardzo umiejętnie się bronił, praktycznie nie popełniał błędów własnych, a gdy trzeba było to po prostu faulował. Jednak w 47 minucie obrona zespołu z Wołomina była spóźniona, co spowodowało, że pozostawiony sam sobie Maciek Lęgas musiał faulować swojego przeciwnika. Sędzia słusznie wycenił to na dwie minuty i tym samym AutoSzyby miały 120 sekund nadziei, że uda się wyszarpać przynajmniej remis. I naprawdę zrobiły wiele, by tego czasu nie zmarnować. W 49 minucie ta ekipa ma na nodze piłkę wartą jeden punkt, ale Maciek Sobota w kapitalny sposób broni strzał z najbliższej odległości Łukasza Flaka! Gracze w białych koszulkach mają jeszcze rzut rożny, a za chwilę w okolicach narożnika pola karnego faulowany jest Bartek Bajkowski. To ostatnia szansa dla przegrywających, a odpowiedzialność bierze na siebie sam poszkodowany. Z perspektywy stolika organizatorskiego widać wąską przestrzeń, która może stanowić tunel dla piłki. Bartek Bajkowski również to dostrzega, posyła piłkę obok muru, ale ku jego rozpaczy ta trafia jedynie w słupek! Sędzia na więcej już nie pozwala i to emocjonujące widowisko kończy się minimalnym sukcesem Al-Maru. Czy zasłużonym? To nie było super spotkanie w wykonaniu triumfatorów, ale co by nie mówić – ten zespół wykonał mnóstwo pracy, by zabrać ze sobą komplet punktów. Gdyby skończyło się remisem, pewnie też nikt by nie protestował, ale spryt i doświadczenie ekipy Marcina Rychty, połączone z odrobiną szczęścia pozwoliło na happy end. AutoSzybom na pewno nie przyszło łatwo to zaakceptować, ale ten zespół jest trochę sam sobie winny. I nie mówimy o ostatnich minutach, ale o tym co spowodowało, że w tak ważnym meczu kadrę trzeba było lepić na ostatnią chwilę. Poważnemu kandydatowi na mistrza coś takiego po prostu nie przystoi.

Idziemy dalej! W szóstym spotkaniu z wczoraj Bad Boys mierzyli się z czerwoną latarnią 2.ligi – Old Stars. Znając życie, pewnie wielu z Was dziwiło się naszym zapowiedziom, w których pisaliśmy, że to nie będzie mecz do jednej bramki. Że zwycięstwo Złych Chłopców, które było dla nas pewno, nie zostanie przyklepane pogromem, po którym przeciwnikom odechce się grać w piłkę. Ale i my byliśmy mocno zaskoczeni, że tutaj jeszcze na kilka minut przed zakończeniem spotkania był remis! Nasze zdziwienie było spotęgowane również z tego względu, że Old Stars dysponowali tylko dwoma zawodnikami na zmianę, co przy wysokiej temperaturze i kondycji, nad którą ten zespół ciągle pracuje 😉 sugerowało, że zwłaszcza w drugiej części spotkania debiutantom rozłączy prąd i Bad Boys będą mieli używanie. Ale ci wcale nie zamierzali się poddać. Do przerwy przegrywali tylko 0:1, a w 30 minucie za sprawą dalekiego podania Marcina Marciniaka i skutecznej główki Marcina Żywca doprowadzili do remisu. Lada moment mieli też fenomenalną acz niewykorzystaną okazję by prowadzić, co szybko się zemściło i po trafieniu Pawła Woźniaka znowu trzeba było odrabiać straty. W 42 minucie Old Stars wyprowadzają jednak wzorową kontrę. Michał Kur zagrywa do Marcina Żywca, a ten precyzyjnym płaskim strzałem pokonuje Bartka Woźniaka i ci którzy mieli Bad Boys na kuponie, prawdopodobnie byli na granicy zawału serca. I być może wiele ekip by tutaj spanikowało. Ale przybysze z Ostrówka starali się zachować spokój i wzorem słynnego powiedzenia – to właśnie spokój ich uratował. Lada moment na listę strzelców wpisał się bowiem Andrzej Sulewski, a potem brzemienny w skutkach błąd popełnił Marcin Marciniak, który podał piłkę wspomnianemu Andrzejowi, a ten strzałem na pustą bramkę dopełnił formalności. Wynik 4:2 pozostałym końcowym i co prawda nie słyszeliśmy głośnego odgłosu ciężaru, jaki spadł z serca zawodnikom w żółtych koszulkach, ale potrafimy sobie wyobrazić, że na pewno głęboko odetchnęli. Poprzednie wyniki ich rywala sugerowały, że nawet jeśli nie będzie to spacerek, to jednak do przerwy sprawa będzie już klepnięta. Tymczasem Old Stars ani myśleli odklepać, a osobna sprawa to postawa ich bramkarza, który mimo iż zaliczył fatalną pomyłkę w końcówce, to gdyby nie jego interwencje (rywale oddali ponad 20 strzałów celnych!), to tutaj byłoby pozamiatane już po kwadransie. Dlatego nawet jeśli jest pewne poczucie niedosytu (zwłaszcza, że między golem na 2:3 a 2:4 Anatolij Vorobel trafił jeszcze w słupek), to i tak chłopakom należą się słowa uznania. Liczyliśmy, że ten solidny mecz z Wolą Rasztowską to nie był przypadek i teraz mamy tego potwierdzenie. Byle tylko się nie podpalić i nie założyć, że skoro było tak blisko z liderem, to nikt nam niestraszny. Tutaj wciąż trzeba pracować, bo perspektywa pierwszych punktów nawet jeśli zrobiła się bliższa, to jeszcze nie oznacza, że jest blisko. A Bad Boys pewnie się cieszą, że to spotkanie mają już za sobą. Nie od dziś wiadomo, że oni wolą rywalizować z lepszymi. A teraz będzie już tylko trudniej.

A gdyby ktoś poprosił nas, byśmy wskazali najbardziej szalone spotkanie z wczoraj, to bez wahania krzyknęlibyśmy – Magnatt kontra Al-Maj Car! Naprawdę dawno nie doświadczyliśmy tak dziwnego meczu, który zupełnie minął się z naszymi wyobrażeniami i gdzie sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Ale zacznijmy od początku. Magnatt przyjechał w sile ledwie ośmiu graczy i bez podstawowego bramkarza, lecz mimo to na papierze kadra była bardzo solidna. Po drugiej stronie boiska też nie było nominalnego golkipera, w dodatku nie przyjechał MVP poprzedniej serii Piotrek Jaros. A zatem jedni i drudzy, do meczu który mógł im dać komfort ucieczki z zagrożonych rejonów, przygotowali się średnio. No i na boisku też wielkiej jakości piłkarskiej nie doświadczyliśmy, bo znakomita większość z szesnastu bramek jakie tutaj padły, to był efekt prostych błędów, które po prostu nie powinny się przytrafić. Ale do rzeczy. Początek nie wskazywał na to, że dojdzie do festiwalu strzeleckiego, bo po 25 minutach gry było 2:2. Al-Maj prowadził już 2:0, jednak podopieczni Radka Turowskiego złapali swój rytm pod koniec pierwszej połowy, wyrównali, a na początku drugiej, gdzie nie minęła nawet pełna minuta gry, dołożyli kolejne dwa trafienia i było 4:2! Markowianie odpowiedzieli golem Łukasza Grochowskiego, ale Magnatt nic sobie z tego nie zrobił i w 34 minucie miał już trzy gole zapasu! I wyglądał na zespół, który nie da sobie zrobić krzywdy. Tyle że ten mecz zaczął wymykać mu się spod kontroli. Gol Alana Wojdy i jest 4:6, potem Adam Stromecki i mamy tylko gola różnicy! Magnatt widzi co się dzieje, znowu podkręca tempo i po golu Marcina Błędowskiego chwilowo znów jest bezpieczny. Co więcej – lada moment zawodnicy w niebieskich koszulkach marnują wybitną okazję na 8:5, gdzie chcą wejść z piłką do bramki, zamiast dokonać egzekucji. Ale wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że to będzie miało tak tragiczne skutki. Magnatt po prostu stanął, jakby zabrakło mu paliwa. I ze stanu 7:5, w nieco ponad trzy minuty zrobiło się 9:7 dla Al-Maj Car!! Coś nieprawdopodobnego. Ekipa z Wołomina jakby zapomniała jak się gra w piłkę, co rywal bezlitośnie wykorzystywał, głównie za sprawą Adama Stromeckiego, który zdobył w tym okresie aż trzy gole. Do tej pory nie potrafimy sobie tego wytłumaczyć. I moglibyśmy to zrozumieć, gdyby w koszulce Magnatta biegały żółtodzioby. Ale nie. Tam byli niemal sami doświadczeni gracze, którzy mieli obowiązek ten mecz dowieźć do szczęśliwego końca. Nawet teraz kręcimy głową i nie wierzymy w sposób, w jaki dawny Stankan rozegrał te finałowe fragmenty. A Al-Majowi trzeba oddać, że świetnie wykorzystał tę niezrozumiałą niemoc konkurenta. I chociaż o okolicznościach tego zwycięstwa będzie się mówiło jeszcze długo, to najważniejsze że markowianie wykonali zadanie. I to z nawiązką – bo przecież walczyli o to, by uciec od strefy spadkowej, a inne wyniki spowodowały, że są o jeden punkt od trzeciego miejsca w tabeli. A skoro tak, to głupio byłoby chociaż nie spróbować, by o ten brąz nie powalczyć.

Adam Stromecki był bohaterem końcówki meczu Magnatt – Al-Maj Car.

Długie dziś te relacje, ale nawet ostatniego meczu jaki został rozegrany, również nie da się streścić w zaledwie kilku zdaniach. I to mimo tego, że nie walczyły ze sobą ekstraklasowe tuzy, tylko drużyny które chcą wszelkimi możliwymi sposobami oddalić się od miejsc 7-8 w tabeli pierwszej ligi. Mowa oczywiście o Szewnicy i Lemie. Tak naprawdę, to gdy zobaczyliśmy skład Logistycznych , to nie dawaliśmy im praktycznie żadnych szans na to, by po ostatnim gwizdku mieli dobre humory. A już na pewno nie z powodu wyniku. Emil Dobrygowski miał tylko siedmiu ludzi i żadnego z tych, którego określa się mianem „kluczowych” dla ekipy z Radzymina. Ale Lema miała szczęście. Okazało się bowiem, że rywale również mają kłopot – nie do gry był bowiem Adam Michalik, który dzień wcześniej doznał kontuzji i nie chciał ryzykować pogłębienia. Gdyby ten zawodnik ubrał strój i był w pełni sił, to z całym szacunkiem dla Lemy – do przerwy byłoby po wszystkim. Ale widocznie los chciał inaczej. A my nie narzekaliśmy, bo dzięki temu kolekcja wyrównanych starć powiększyła się o kolejne. Chociaż wynik który widzicie już w serwisie może trochę przekłamywać. Nie będziemy bowiem zaklinać rzeczywistości – Lemie mimo wszystko było dość daleko do zgarnięcia tutaj jakichkolwiek punktów. Byłoby inaczej, gdyby było tutaj komu zdobywać gole. Tymczasem odpowiedzialność za to spadła na nowego zawodnika, Mariusza Okrasę, który bardzo nam się podobał, ale nie był w stanie w pojedynkę pociągnąć tego wózka. Tym bardziej, że mnóstwo sił tracił na walkę o górne piłki z rosłymi obrońcami. Ta „szkocka piłka”, jak fajnie określił to Emil Dobrygowski w prywatnej rozmowie, była z jednej strony głównym planem Logistycznych na ten mecz, tyle że nie mogła przynieść powodzenia, szczególnie że wszystkie walki na drugim piętrze wygrywał Łukasz Pokrzywnicki. Szczęście „Pomarańczowych” polegało na tym, iż Szewnica nawet jeśli prowadziła we wszystkich statystykach, to nie potrafiła tego spotkania zabić. Gracze w błękitnych koszulkach potrafili maksymalnie osiągnąć dwubramkowe prowadzenie, co nie jest bezpiecznym buforem. A okazji by to zmienić było bez liku. Szczególnie Marcin Prusak, który w tym sezonie zagrał w Szewnicy pierwszy raz, miał tyle sytuacji, że spokojnie mógł skompletować hat-tricka. A zamiast tego, na kilkadziesiąt sekund przed końcem Lema zmniejszyła straty na 3:2 i jeszcze mogło być różnie. No ale wynik zmianie już nie uległ. Logistyczni polegli więc z honorem, ten wynik jest lepszy niż ich gra, aczkolwiek oddaje trochę ich ambicje, bo tego odmówić im nie wolno. Tyle że sama determinacja to za mało, a czwarta porażka z rzędu to jak przygotowanie gwoździa do przysłowiowej trumny. Kolejna będzie oznaczała wzięcie młotka do rąk. Duże lepsze są perspektywy Szewnicy. Co prawda cztery punkty niczego nie gwarantują, ale stanowią solidny fundament pod pozostanie w elicie. A może pod coś więcej? O tym przekonamy się wkrótce.

Wszystkie statystyki z czwartej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Co do terminarza na 5.kolejkę, to ten pojawi się jutro w okolicach południa.

PS: Czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz