PrefBud Tulewo wygrywa Strefę 6 w wielkim stylu!


Nie pozostawili najmniejszych wątpliwości! Ekipa Rafała Kowalczyka pokonała 4:2 Al-Mar Wołomin i po raz drugi z rzędu okazała się najlepsza w Strefie Szóstek! Wielkie, wielkie gratulacje!

Zanim zabierzemy Was w ostatnią podróż po niedzielnych meczach, kilka słów o transmisji. Niestety pojawiły się pewne problemy, niektóre spotkania obejrzeliście w całości, inne w kawałkach. Nagrywanie aparatem ma jednak tę wadę, że ten sprzęt nie jest przyzwyczajony do ciągłego nagrywania. Kamera by sobie z takimi warunkami poradziła, aparat niestety nie. No ale mimo to mamy nadzieję, że chętnie wrócicie do przedwczorajszej transmisji i zostawicie przy niej łapkę, bo brakuje nam tylko dwóch, do rekordowych 50-ciu!

A teraz lecimy już do samych spotkań. Zaczęliśmy od bardzo ciekawie zapowiadającego się meczu między Szewnicą a Al-Maj Car. Wiemy, że faworyta widzieliście tutaj w zdobywcach Pucharu Ligi, natomiast nam wydawało się, że jeżeli markowianie zagrają konsekwentnie, będą dobrze blokować dostęp do własnej bramki, a przy tym wykażą się skutecznością w swoich akcjach ofensywnych, to mają szansę wywieźć z Woli Rasztowskiej całą pulę. No i chyba możemy sobie pogratulować dary przewidywania, bo ten mecz wyglądał dokładnie tak, jak go sobie kreowaliśmy w głowie. Początkowo Szewnica miała ogromną przewagę w posiadaniu piłki, dysponowała wieloma okazjami, ale wystarczyła jedna pół-sytuacja przeciwników (strzał bezpośrednio z rzutu wolnego) i to oponenci byli na prowadzeniu. Nie minęło pięć minut i Al-Maj po raz drugi zapędził się w pole karne RDK i wynik zmienił swoją postać na 2:0. Wyrachowanie drużyny Grześka Wojdy było na najwyższym poziomie i do przerwy ten zespół realizował swój plan w 100%. Ale jasnym było, że w drugiej części spotkania, napór po stronie Szewnicy wzrośnie. Tak też było – gracze w błękitnych koszulkach dwukrotnie zmniejszali straty do jednego gola – najpierw na 2:1 a potem na 3:2. Ale ilekroć wydawało się, że trafienie wyrównujące jest kwestią czasu, Al-Maj znakomicie odpowiadał. W 48 minucie Krystian Karolak podaje do Adama Stromeckiego a ten z zimną krwią pozbawia przeciwników jakichkolwiek nadziei na punkty. Ten niezły mecz zwieńczyło trafienie Adama Sabali z rzutu karnego i końcowy wynik brzmiał 4:3. Brawa dla Al-Maj Car za kolejny pokaz doświadczenia i wyrafinowania. Ta ekipa potrafi do maksimum wykorzystać swoje możliwości i praktycznie wszystkie spotkania „na styku” zapisała na swoje konto. Dlatego to czwarte miejsce na którym finalnie skończyła jest jak najbardziej zasłużone i wydaje się, że w przyszłej edycji trzeba powalczyć o ten szczebel wyżej. Ale i w stronę Szewnicy kierujemy pozytywne słowa. Wygrany Puchar, szybkie zapewnienie sobie utrzymania w pierwszym sezonie w 1.lidze – to są cenne skalpy. Być może jakiś mały niedosyt pozostał, bo była szansa wdrapać się na podium, jednak gdyby ktoś przed pierwszą kolejką zaproponował Marcinowi Białkowi wyżej wymienione sukcesy, to wydaje się, że kapitan RDK wziąłby je w ciemno. Dlatego tym bardziej trzeba docenić to, co chłopakom udało się osiągnąć.

A o to, by pozostać na podium 2.ligi walczyli w niedzielę Bad Boys. My w tej walce nie dawaliśmy im większych szans, a gdy okazało się, że zawodnicy z Ostrówka w tych trudnych warunkach atmosferycznych będą grali bez zmian, to według nas perspektywa ich sukcesu zmniejszyła się do okolic zera. Szczególnie, że po drugiej stronie boiska stał OknoTech, który chciał wygrać siódmy mecz z rzędu, miał naprawdę dobry skład i gdy zobaczył, że rywalowi towarzyszą tak duże problemy frekwencyjne, to pewnie pomyślał sobie, że to może się skończyć tylko w jeden sposób. I dziś możemy się zastanawiać, czy takie myślenie nie doprowadziło do katastrofy. Bo długimi fragmentami OknoTech faktycznie wyglądał tak, jakby sądził, że tutaj wszystko zrobi się samo. Że konkurenci w końcu opadną z sił a wtedy strzelanie im bramek będzie stanowiło formalność. Ale już od pierwszych minut przebieg tego spotkania zaskakiwał. To Bad Boys grali lepiej, to oni tworzyli sobie konkretniejsze sytuacje i nie załamali się po tym, jak w 9 minucie zanotowali trafienie samobójcze. I to było bardzo ważne, bo gdyby stracili kolejnego gola, to domyślamy się, że byłoby im ciężko w dalszej fazie spotkania. Tymczasem oni trzymali ten wynik, a końcówkę pierwszej połowy mieli piorunującą! W odstępie zaledwie 180 sekund zdobyli trzy gole z rzędu i na drugą połowę schodzili przy prowadzeniu 3:1! Co więcej – na początku drugiej zrobiło się już 4:1, ale wiedzieliśmy, że to co najtrudniejsze dopiero przed nimi. I tak było – OknoTech wreszcie wziął się do roboty, co natychmiast zaowocowało dwoma bramkami. Bad Boys byli w tej fazie spotkania zamknięci na swojej połowie i czekali na kontry, co z racji na duży ubytek sił było oczywiście jedyną możliwą taktyką. Ona była skuteczna, aczkolwiek w 44 minucie OknoTech powinien doprowadzić do remisu, lecz dwóch dogodnych okazji nie wykorzystali Grzesiek Kąca i Tomek Bylak. To się zemściło – w 45 minucie Bartek Woźniak notuje kolejną asystę, a niezmordowany Andrzej Sulewski zdobywa swojego czwartego gola w meczu i Bad Boys prowadzili 5:3. Rywale odpowiedzieli golem Piotrka Bieleckiego, lecz ostatnie słowo należało do Daniela Woźniaka i Źli Chłopcy wygrali mecz, którego w naszej ocenie nie mieli prawa wygrać. Ale dobrze się stało, jak się stało. Bo oni na przestrzeni całego sezonu zasłużyli na to, by pozostać na podium. Może nawet można mówić o pewnym rozczarowaniu, bo ta niedzielna potyczka pokazała, że prawdopodobnie stać ich było na coś więcej niż trzecie miejsce. Ale już abstrahując od tego, trzeba im oddać, że zagrali w niedzielę doskonałe spotkanie i mimo, że gole zdobywał głównie Andrzej Sulewski, to wszyscy pozostali dołożyli nie tyle cegiełkę, co potężną cegłę do tego wyniku. Brawo! Dla OknoTech taki zimny prysznic być może będzie miał właściwości otrzeźwiające. Według nas oni przegrali ten mecz na poziomie nastawienia, ale nie zapominajmy, że o nic wielkiego tutaj nie walczyli, więc chyba można im to wybaczyć. I mimo tej porażki zacieramy ręce na ich udział w 1.lidze, bo to nie będzie drużyna która zadowoli się samą obecnością w elicie. I chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości.

No i wreszcie pora zatrzymać się na dłużej na hicie sezonu. Spotkaniu, które albo miało dać drugi tytuł z rzędu PrefBudowi, albo pierwszy Al-Marowi. Szanse jednych i drugich ocenialiśmy bardzo podobnie – tutaj nie było faworyta i jasnym było, że zdecyduje po prostu dyspozycja dnia i lepsza forma. Na szczęście obydwaj kapitanowie nie mieli żadnych problemów kadrowych – wręcz przeciwnie. Zarówno Rafał Kowalczyk jak i Marcin Rychta mieli do dyspozycji tych, których chcieli mieć, więc żadne wymówki nie wchodziły w grę. Przypomnijmy, że obrońcom tytułu do sukcesu potrzebny był remis, z kolei Al-Mar musiał wygrać. Ale sytuacja z perspektywy pretendentów skomplikowała się praktycznie na starcie. Już w 4 minucie Michał Łapiński oddał kapitalny strzał z ostrego kąta i Błażej Kaim nie miał szans – 1:0! Ale prowadzący wcale nie zamierzali się na tym jednym golu zatrzymywać, oni chcieli więcej. I gdyby nie bramkarz Al-Maru to bardzo szybko osiągnęliby kilkubramkową przewagę, jednak strażnik świątyni przeciwników bronił znakomicie. I gdy wydawało się, że ten najtrudniejszy moment jest już za Al-Marem fatalny błąd popełnił Marcin Błoński. Z jego złego podania skorzystał Patryk Czajka, który genialną podcinką oszukał Błażeja Kaima i było już 2:0! Przegrywający do tego momentu praktycznie nie istnieli. Niewiele im się udawało a najgorsze było to, że symptomy poprawy nie nadchodziły. Ale wtedy przypomniał o sobie Łukasz Godlewski. W 18 minucie skorzystał on z centrostrzału Maćka Lęgasa i w ekwilibrystyczny sposób pokonał Alberta Piechocińskiego. Goniący dostali na chwilę wiatr w żagle, lecz mimo tego że udało im się przenieść ciężar gry na połowę przeciwnika, to na przerwę schodzili przegrywając. A zaraz po niej otrzymali cios. Kryspin Kisiel znalazł lukę między bramkarzem a słupkiem i po chwili utonął w objęciach asystującego mu Marcina Szymańskiego. Al-Mar po raz kolejny musiał odrabiać dwa gole i chyba każdy kto oglądał to spotkanie i widząc męki tej ekipy, nie wierzył, że ta misja może się udać. Tym bardziej, że tutaj owszem – gol wisiał w powietrzu, tyle że dla PrefBudu. I w 35 minucie powinno być po wszystkim. Strzelał Patryk Czajka, lecz Błażej Kaim w sobie tylko znany sposób odbił piłkę nogami. I ta niewykorzystana okazja miała swoje konsekwencje. Dosłownie w kolejnej akcji Łukasz Godlewski po raz drugi pokonał golkipera ekipy z Tulewa i znów mecz nabrał temperatury. I po raz kolejny ferajna Marcina Rychty złapała trochę tlenu w płuca, lecz dobrze spisujący się tego dnia Albert Piechociński nie pozwolił, by zawodnicy z Wołomina mogli się cieszyć z remisu. Aż wreszcie przyszła 43 minuta. Al-Mar popełnia kolejny błąd w defensywie, Patryk Czajka staje oko w oko z bramkarzem, nie daje mu w tej rywalizacji większych szans i wtedy staje się jasne, że urzędującym mistrzem krzywda już się tutaj nie stanie. PrefBud doskonale kontrolował wynik, nie dopuścił do nerwowej końcówki i wraz z końcowym gwizdkiem sędziego można już było ogłosić na całego – DRUŻYNA RAFAŁA KOWALCZYKA PO RAZ DRUGI Z RZĘDU NAJLEPSZA W STREFIE 6!! I być może wynik 4:2 na to nie wskazuje, ale to był pokaz mocy nowych-starych mistrzów naszych rozgrywek. Chłopaki zagrali dojrzale, mądrze i widać było, że wiedzą co mają robić na boisku. Takiego przekonania nie mieliśmy z kolei patrząc na to, co prezentuje zespół z Wołomina. Na pewno jakiś plan na ten mecz był, ale na boisku wyglądało to chaotycznie. Te dwa kilkuminutowe zrywy to było za mało, żeby zagrozić przeciwnikowi i nie wdając się w szczegóły trzeba to podsumować jasno – wygrał zdecydowanie lepszy. PrefBud zapisał tym samym kolejną piękną kartę w historii swojego udziału w Strefie 6, wygrywając ligę bez żadnych strat. Al-Mar musi się z kolei zadowolić srebrem, ale zdradzimy Wam, że gdy ten mecz się kończył, to pomyśleliśmy sobie, że to może być początek fantastycznej batalii jednych i drugich o kolejne tytuły mistrzowskie. To jednak melodia przyszłości, bo teraźniejszość należy do PrefBudu. Jeszcze raz wielkie brawa dla mistrzów, gratulacje dla wicemistrzów i oby każdy kolejny „mecz o wszystko” nawiązywał jakością i wzajemnym szacunkiem do tego z niedzieli. Bo to był naprawdę WIELKI finał pod każdym możliwym względem.

Zasłużona radość nowych-starych mistrzów Strefy Szóstek.

A gdy już rozstrzygnęło się, kto zdobędzie złoto, nadeszła pora by rozstrzygnąć, to zgarnie brązowy medal 1.ligi. Do meczu Black Dragons – Magnatt w wirtualnej tabeli na trzecim miejscu był Al-Maj Car, ale szanse, że tak zostanie były raczej niewielkie. Czarne Smoki zdawały sobie sprawę z sytuacji i wiedziały, że jeżeli pokonają ekipę Radka Turowskiego, to do nich trafi brąz i kolejny puchar do kolekcji. Sprawa wydawała się formalnością, bo Magnatt grał tutaj już tylko dla własnej satysfakcji, a poza tym jak co tydzień musiał sobie radzić z problemami kadrowymi. Tym razem brakowało choćby Jacka Markowskiego, ale był za to Michał Krajewski i to właśnie ten zawodnik był początkowo bohaterem spotkania. Ogólnie te premierowe minuty w wykonaniu przyszłych drugoligowców były optymistyczne, bo Magnatt dwukrotnie wychodził na prowadzenie, ale problem polegał na tym, że cieszył się z niego dosłownie kilkadziesiąt sekund, bo to co sobie wywalczył, błyskawicznie oddawał. Ten stan trwał praktycznie przez całą pierwszą połowę. W 17 minucie Magnatt był znowu na prowadzeniu, lecz końcówka premierowej części meczu należała już do faworytów, którzy po dwóch golach dobrze dysponowanego Tomka Freyberga byli o gola z przodu. Ale wiedzieli, że to jest za mało. Że tutaj absolutnie nie można doprowadzić do sytuacji, w której losy ich medalu będą się rozstrzygać w ostatnich minutach. No i trzeba im oddać, że wiedzieli co z tym zrobić. Druga połowa to ich spora dominacja, szybko okraszona bramkami Mateusza Adamskiego i ponownie Tomka Freyberga i wtedy byliśmy już pewni, że Magnatt takich strat nie odrobi a to spotkanie zmierza w jednym kierunku. Ostatecznie wołomińska młodzież ostatnie 25 minut wygrała w stosunku 6:0, a całe spotkanie 11:4 i po raz drugi z rzędu zgarnęła brąz ligi w Woli Rasztowskiej. Faktem jest, że skorzystała przy tym na nieudolności AutoSzyb, ale na takie sytuacje trzeba być gotowym i trzeba je umieć wykorzystywać, co Black Dragons zrobili i to nawet w niezłym stylu, za co im chwała. Magnatt musi z kolei przełknąć gorycz dość bolesnej klęski jaką był obecny sezon. Nie tak to miało wyglądać, na pewno nie takie były ambicje i sami jesteśmy ciekawi co będzie z nimi dalej. Czy całkowicie odpuszczą? A może będą próbowali odbudować się w 2.lidze? Mamy nadzieję, że wygra ta druga opcja, zwłaszcza że oni mają po prostu coś do udowodnienia nie tylko nam, ale przede wszystkim sobie. I mamy nadzieję, że sami widzą to podobnie.

A skoro była mowa o trzecim miejscu, to wydawało się, że na zapleczu elity padnie ono łupem Retro. Tyle że zanim ekipa Patryka Kukwy przystąpiła do starcia z Tygłysami, było już jasne, że te marzenia o najniższym stopniu podium trzeba niestety odłożyć. Sensacyjna wygrana Bad Boys nad OknoTech spowodowała, że Retro grało tutaj tylko i aż o czwarte miejsce. Ale mimo tego, że stawka tego starcia znacznie zmalała, to podejście drużyny z Radzymina się nie zmieniło. Oni tutaj chcieli wygrać, bo to zawsze fajne uczucie zakończyć sezon pozytywnym akcentem. Czy Tygłysy mogły im w tym przeszkodzić? A i owszem. Potencjał tego zespołu wskazywał na to, że nie będzie to spotkanie do jednej bramki, a raczej takie, gdzie jedni i drudzy będą mieli swoje okazje. Tyle że Tygłysy miały problem z zawodnikami. Ławka rezerwowych była króciutka, a dodatkowo z kontuzją grał Kuba Balcerak. I to było widać na boisku. Retro w tym spotkaniu było lepsze i uprzedzając wypadki – jak najbardziej zasłużyło na pełną pulę. Ale to wcale nie znaczy, że to wszystko nie mogło się skończyć inaczej. Zacznijmy jednak od początku. Faworyci od pierwszego gwizdka zyskują przewagę, często goszczą w polu karnym Kamila Portachy, ale mija sporu czasu, zanim dokumentują boiskowe realia zdobyciem gola. Dzieje się to dopiero w 17 minucie, na co Tygłysy dość szybko jednak odpowiadają. I gdy wydaje się, że pierwsza połowa skończy się remisem, do protokołu wpisuje się Kamil Ryński. Druga połowa wygląda podobnie. Więcej z gry mają zawodnicy w białych koszulkach, jakkolwiek Tygłysy są znacznie aktywniejsze niż w premierowych 25 minutach. Mają nawet doskonałą okazję, by znowu doprowadzić do remisu, ale Artur Szczotka jest czujny i nie pozwala rywalom na radość. Z kolei w 45 minucie Retro zdobywa gola na 3:1 – mocny strzał Patryka Kukwy i wszystko wskazuje na to, że prowadzący spokojnie dowiozą komplet punktów do finałowego gwizdka. Ale sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. W 46 minucie sędzia odgwizduje rzut karny, który na bramkę zamienia Kamil Portacha. Do końca pozostaje jeszcze trochę czasu i Tygłysy usilnie próbują wywalczyć tutaj jeden punkt. I wtedy przychodzi ostatnia akcja spotkania. Wrzut piłki z autu, do główki wyskakuje Rafał Zygartowicz i gdy oczyma wyobraźni widzimy już futbolówkę w siatce, fenomenalną robinsonadą popisuje się Artur Szczotka. To była interwencja na wagę dwóch punktów, bo gdyby nie ona, to Retro musiałoby zadowolić się remisem. Ale podział „oczek” nie byłby tutaj sprawiedliwy. Według nas zwycięzcy zrobili więcej by wygrać, chociaż wiadomo, że to nie zawsze musi oznaczać osiągnięcie celu. W tym przypadku można mówić o małym szczęściu, jednak jeśli wierzyć, że ono sprzyja lepszym, to widocznie tak miało być. Retro kończy więc sezon na czwartej lokacie i na nasze oko – ona uczciwie oddaje to, co ten zespół zaprezentował nam w piątej edycji. Ale to nie może tej ekipy satysfakcjonować. Trzeba pomyśleć co zrobić, by wskoczyć na wyższy poziom, bo przydałby się tutaj jeszcze jeden dobry gracz, który mógłby pomóc w starciach z tymi najsilniejszymi. I jest trochę czasu by go poszukać. Co do Tygłysów, to o nich wszystko napisaliśmy w poprzednich relacjach. Według nas tutaj również potrzeba mądrych wzmocnień i nie chodzi nawet o jakieś wybitne jednostki, ale o solidnych graczy, którzy będą regularni. Bo jeżeli założymy, że dobrą ekipę buduje się od obrony, to tutaj o Tygłysy jesteśmy spokojni. Ale jeśli o strzelaniu bramek mieli decydować zawodnicy, którzy przyjeżdżali raz na miesiąc, to nic dziwnego że ten zespół był w tej klasyfikacji najsłabszy w całej 2.lidze. Jeśli to się zmieni – a wierzymy, że tak będzie – to Tygłysy szybko wrócą do gry o miejsca, do których są predestynowani.

Na pocieszenie dla Retro Sebastian Ryński został najlepszym asystentem 2.ligi.

Hokejowym wynikiem skończył się natomiast mecz między Joga Bonito a Old Stars Team. W zapowiedziach pisaliśmy, że to ostatnia szansa dla drużyny z Kobyłki, aby otworzyć swój dorobek w tej edycji i jak widać po rezultacie, to naprawdę niewiele zabrakło, by doszło do happy endu. Inna sprawa, że to był dziwny mecz, bo „Stare Gwiazdy” przyjechały do Woli w bardzo okrojonym zestawieniu. Chłopaki nie mieli ani jednego zmiennika, brakowało też nominalnego bramkarza i spodziewaliśmy się, że Joga bezwzględnie to wykorzysta. No i właśnie na tym polegała specyfika tej potyczki – niby podopieczni Bartka Brejnaka mieli nad wszystkim kontrolę i aż dwukrotnie (4:1 i 8:4) prowadzili tutaj bardzo wysoko, a mimo to musieli na samym końcu drżeć o to, czy przypadkiem nie zanotują zawstydzającej straty punktów. Dlaczego tak się stało? Powodów było kilka. Główny to chyba taki, że Joga za szybko sobie zakodowała, że rywal nie jest tutaj w stanie zrobić jej krzywdy. I gdy faworyci zbudowali sobie przewagę, to potem jakość ich gry spadała, co natychmiast wykorzystywali oponenci. Ale jest też druga sprawa – mimo, że Old Stars nie mieli zmian i ten skład był daleki od optymalnego, to na grę „Pomarańczowych” naprawdę przyjemnie się patrzyło. Wiele bramek jakie tutaj zdobyli padło po fajnych akcjach, gdzie piłka krążyła od jednego do drugiego zawodnika, co zaskakiwało statycznie ustawioną defensywę Jogi. Słowem – gdy Joga podkręcała tempo, to była wyraźnie lepsza, ale gdy tylko spuszczała nogę z gazu, to rywal od razu to wykorzystywał. Ale gdy w 34 minucie Bartek Brejnak (tak, tak – ten sam) zdobył gola na 8:4, myśleliśmy że to już jest koniec. Że Bonito nie pozwoli sobie na to, by przeciwnik znów ich doszedł. Tymczasem ostatnie 10 minut to kapitalna pogoń przegrywających, którzy po trafieniach Artura Guza x2 i Michała Kura doszli do stanu 8:7! A na zegarze było jeszcze trochę czasu. Joga zdołała jednak opanować sytuację i chociaż nie była w stanie zdobyć gola, który definitywnie wybiłby z głowy oponentom marzenia o remisie, to dość skutecznie dowiozła to skromne prowadzenie do ostatniego gwizdka. Nie spodziewaliśmy się, że zobaczymy tutaj tak fajny mecz. I owszem – moglibyśmy ganić obydwie defensywy, ale wolimy pochwalić ofensywy. To był trochę radosny futbol, wpisujący się w specyfikę ostatniej kolejki, jednak nam przypadł on do gustu. Brawa dla Old Stars, że mimo arcytrudnych okoliczności walczyli do upadłego, ale nie chcemy posunąć się za daleko pisząc, iż za swoją heroiczną postawę zasłużyli na punkt. Mimo wszystko przeciwnik był lepszy. Jeżeli jednak ten zespół będzie robił takie postępy jak w tym sezonie, to w kolejnym na pewno nie będzie musiał czekać do ostatniej kolejki, by móc się pochwalić pierwszym skalpem w Strefie 6. Będziemy za to trzymać kciuki. Co zaś tyczy się Jogi, to ta ich zabawa o mało źle się nie skończyła. Najważniejsze jednak że został zrealizowany cel – zwycięstwo oraz efektowny gol kapitana. A jak ocenić cały sezon? Szóste miejsce nie jest powodem do wielkiej euforii, natomiast bez cienia wątpliwości stwierdzamy, że to była najlepsza wersja Jogi ze wszystkich dotychczasowych sezonów. Nie licząc może jednego, w którym grał z nimi Mateusz Muszyński, ale wówczas wszystko było uzależnione od jednego zawodnika. Tutaj odpowiedzialność rozłożyła się na więcej graczy i w wielu meczach to się naprawdę dobrze oglądało. Dlatego jeśli sami zawodnicy tej ekipy zastanawiali się, czy będą w tej edycji konkurencyjni dla reszty drużyn, to z ręką na sercu stwierdzamy, że byli. Ale czy to im wystarczy, by za kilka miesięcy podjąć kolejną próbę powalczenia o coś więcej? – tego nie wiemy. Chociaż mamy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Dobrnęliśmy do końca. A na tym końcu nie było światełka 😉 Ale był za to kolejny dobry mecz. Show Team, który był już pewny swojego miejsca na koniec sezonu mierzył się z Wolą Rasztowską. Analizując tę potyczkę przed jej rozpoczęciem, kreował nam się taki scenariusz, w którym oglądamy zacięte widowisko, gdzie długo wynik oscyluje wokół remisu, ale gdy przyjdą te najważniejsze fragmenty, to indywidualności po stronie Show Team zrobią swoje i kolejne trzy punkty zapiszą do swojego dorobku zawodnicy Przemka Matusiaka. No i gdyby tak popatrzeć na przebieg tej konfrontacji, to do pewnego momentu wszystko się zgadzało. Co prawda Wola w pierwszej połowie potrafiła nawet dwukrotnie prowadzić, to po 25 minutach i tak przegrywała, a gdy na początku drugiej części Janek Malinowski po raz pierwszy zwiększył w tym meczu przewagę Show Teamu do dwóch goli, to pomyśleliśmy sobie, że to koniec. Że mimo całej sympatii do graczy Woli, oni już z tego bagna nie wyjdą. Ale ekipa Mateusza Kowalczyka, zdając sobie sprawę, że nic już nie traci, zdecydowała się na ryzykowny manewr – zaczęła grać z wysoko wysuniętym bramkarzem. Jak w każdym takim przypadku wiąże się to z dużym ryzykiem, natomiast mając w tej dziedzinie takiego specjalistę jak Andrzej Grudziński, po prostu trzeba było spróbować i dać sobie szansę wrócić do tego meczu. Ale wtedy nikt chyba nie przypuszczał, że ta taktyka przyniesie tak wspaniały efekt. Że Wola wprowadzi w ten sposób tyle zamętu w szeregi rywala, że role się tutaj odwrócą. A jednak! Miejscowi grali z minuty na minutę coraz lepiej, w 35 minucie mieli już tylko gola straty i ani myśleli się zatrzymywać. W dodatku mieli też sporo szczęścia, bo przy stanie 4:3 doskonałej okazji dla oponentów nie wykorzystał Adrian Bielecki. A chwilę po tym, jak ten zawodnik pomylił się, do remisu doprowadził Konrad Bulik! I Woli było wciąż mało. Podczas gdy Show Team miał wyraźny problem, by znaleźć rytm, który zgubił gdzieś na początku finałowej odsłony, tak Wola grała konsekwentnie i zaczęła punktować przyszłego pierwszoligowca. W 46 minucie Mateusz Kowalczyk z najbliższej odległości pakuje piłkę do siatki, a 120 sekund później ten sam gracz korzysta na asyście Damiana Kyci i mecz, który Show Team miał pod kontrolą, skończył się niespodziewanym, lecz zasłużonym triumfem miejscowych w stosunku 6:4! I nie ma tutaj mowy o przypadku. Wystarczy spojrzeć na statystyki, które mówią że Wola przejawiała po prostu większą wolę walki, bardziej jej zależało i to poskutkowało naprawdę bardzo cennym sukcesem. I to jest taki fajny sygnał przed kolejnym sezonem dla tego zespołu. Że dysponują bronią, której mogą użyć w sytuacji zagrożenia i przechylić na swoją stronę mecz, który wydaje się być poza zasięgiem. Ten triumf trochę stawia też w innym świetle cały sezon w ich wykonaniu. Bo długo było tak, że dla słabych byli za silni, ale dla mocnych byli za słabi. Okazało się jednak, że mają argumenty by coś w tej kwestii zmienić i pewnie żałują, że gdy się rozkręcili, to sezon się skończył. Zadowoleni z tego faktu są chyba za to przedstawiciele Show Teamu. Oni być może byli już myślami na wakacjach, chociaż według nas zostali po prostu zaskoczeni zmianą taktyki przeciwnika i nie wiedzieli jak na nią zareagować. To jednak mądra ekipa, która na pewno wyciągnie wnioski i gdy przyjedzie jej zagrać drugi taki mecz, to będzie wiedziała co zrobić. Za całą edycję stawiamy jednak przy tym zespole duży plus. Srebrne medale, dobry występ w Pucharze i ciekawe perspektywy związane z pierwszą ligą. I chociaż w ich przypadku nie jesteśmy tak entuzjastycznie nastawieni jak w przypadku OknoTech, domyślając się jak trudny sezon ich czeka, to będziemy im kibicować. Aczkolwiek znając ich profesjonalne podejście do rozgrywek, być może nasze wsparcie nie będzie im potrzebne, bo świetnie poradzą sobie sami.

Wszystkie statystyki z ostatniej serii gier znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. I tak jak pisaliśmy we wczorajszym podsumowaniu – koniec sezonu nie oznacza końca naszej pracy, dlatego wpadajcie do nas regularnie!

PS: Czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz