Zmarnowana szansa PrefBudu. W Markach rządzi Al-Maj!


W czwartej kolejce rzuciliśmy drużynom z czołówki obydwu lig kłody pod nogi. I nie wszystkie ekipy umiały nad nimi przeskoczyć.

Wstęp do relacji jak zwykle zaczniemy od sprawy pozaboiskowej, czyli transmisji. Po tygodniowej przerwie ponownie zdecydowaliśmy się puścić na żywo cztery spotkania i dziękujemy wszystkim, którzy zdecydowali się do nas wpaść, zostawić polubienie czy napisać komentarz. Niestety w ostatniej chwili wypadł nam problem z operatorem, dlatego podczas transmisji zdarzały się małe potknięcia, ale najważniejsze, że całość doszła do skutku. W ogóle to mamy pewien pomysł, by urozmaicić relacje LIVE i niedługo poddamy go pod dyskusję na grupie kapitanów. Z kolei kto nie widział wczorajszej emisji, to może to teraz nadrobić.

No dobrze, to teraz wracamy na boisko. Niedzielne granie zainaugurowały drużyny Beer Team i Bad Boys. Faworyt był oczywisty, chociaż gdy okazało się, że zespół z Radzymina ma bardzo wąski skład, gdzie brakowało wielu solidnych graczy, to jakaś iskierka nadziei dla Złych Chłopców zaczęła się tlić. I nawet nie braliśmy poprawki na to, że oni również mieli problemy kadrowe, bo do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jedynym poważnym kłopotem był brak nominalnego bramkarza – nieobecnego Darka Żaboklickiego zastępował Michał Wojda. No ale mimo starań tego gracza, ekipa z Ostrówka pierwszą połowę przegrała 0:3 i wydawało się, że tutaj już emocji nie będzie. Beer Team nie był może dużo lepszy, ale konkretniejszy i zasłużenie prowadził. Drugą odsłonę świetnie zaczęli jednak przegrywający. Sprawę w swoje nogi wzięli bracia Woźniak i najpierw pięknym golem popisał się Paweł Woźniak, a następnie do meczowego protokołu wpisał się Daniel. Widać było, że Źli Chłopcy złapali wiatr w żagle, z kolei przeciwnikom zaczęły się plątać nogi. I w 44 minucie powinien być remis! Radek Stańczak doszedł do sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale zamiast w końcowej fazie akcji odgrywać do Alberta Woźniaka – zdecydował się na strzał, a ten obronił Kacper Rafalski. Bad Boysom nie pomogła też 2-minutowa gra w przewadze po żółtej kartce dla Pawła Rolki, a gdy nie wykorzystuje się takich szans, to wiadomo jak to się kończy. W 48 minucie gola dla Beer Teamu zdobywa Konrad Kanon i wszystko robi się jasne. Zwycięzcy zgarnęli punkty, które są naprawdę cenne, bo w pewnym momencie stracili kontrolę nad meczem i mogło to się skończyć różnie. Z kolei Bad Boys powinni bardzo tego meczu żałować, bo chociaż długo się on nie układał, to istniała realna szansa, by otworzyć tutaj dorobek punktowy. I pal licho, gdyby to się nie udało, bo rywal na to nie pozwolił. Ale w tym przypadku konkurent niemal sam się prosił o karę i należało tę egzekucję wykonać. Wyszło jednak tak, jak wszyscy widzieliśmy.

Niespodzianki w pierwszym meczu nie zobaczyliśmy. A jak było w drugim? Oczywiście potencjalna wygrana Show Teamu nad Lema Logistic nie byłaby sensacją, bo jednak te zespoły dzieliło zaledwie jedno miejsce w ligowej tabeli, ale chyba zdecydowana większość obserwatorów drugiego poziomu, stawiała tutaj na Logistycznych. Przed meczem okazało się jednak, że skład tej drużyny będzie się trochę różnił od tego z poprzednich tygodni, natomiast przestało to mieć większe znacznie, gdy zobaczyliśmy, że po drugiej stronie boiska też kilku ważnych graczy nie ma. Tym samym sprawę w swoje nogi musieli wziąć ci, którzy pojawili się przy Warszawskiej 41. I zdecydowanie lepiej wypadli w tej kwestii podopieczni Przemka Matusiaka. Nie będzie chyba przekłamaniem stwierdzenie, że od pierwszych minut to oni mieli tutaj inicjatywę, to oni mieli pomysł na ten mecz i konsekwentnie go realizowali. Jak zwykle dobrze prezentował się Radek Wiśniewski, z kolei mocno rozbłysła gwiazda Janka Malinowskiego, który w poprzednich meczach wymieniał się minutami z Piotrkiem Burzą, a tutaj mógł grać tyle ile chciał i pokazał na co go stać. To on miał udział w pierwszych trzech golach dla Show Teamu, po których stało się jasne, że Lema dozna pierwszej porażki w tej edycji. Drużynie Kacpra Piątkowskiego niewiele zresztą wychodziło. Dobrze pilnowany był Damian Kossakowski, reszta zespołu również nie potrafiła rozwinąć skrzydeł i w wielu fragmentach meczu Czarek Murawski był bezrobotny. A sprawę trzech punktów podstemplował Patryk Sulewski, dobijając uderzenie Radka Wiśniewskiego i gol Kamila Żmijewskiego z ostatniej akcji spotkania, był jedynie na otarcie łez dla Lemy. Przegrani nie byli jednak totalnie załamani, bo zdawali sobie sprawę, że na tę jedną wpadkę w sezonie mogą sobie pozwolić. Kwestia awansu czy pierwszego miejsca wciąż jest w ich nogach. Z kolei Show Team tym zwycięstwem również sprawił, że nie musi oglądać się na innych, a zwycięstwa w pozostałych spotkaniach dadzą mu promocję. I jeśli nie straci nic ze swojej konsekwencji i solidności, jaką prezentuje w ostatnim czasie, to nie wierzymy, by w drodze do swojego celu, noga mogła mu się powinąć.

A po tym jak zawodnicy w bordowych koszulkach zgarnęli trzy punkty, tego samego życzyli graczom Joga Bonito. Wiadomo dlaczego – strata punktów przez Black Dragons byłaby im bardzo na rękę, ale czy ktoś w ogóle brał pod uwagę scenariusz, w którym Bartek Brejnak i spółka ogrywają lidera tabeli? Pewnie poza nimi samymi byłoby takich osób bardzo niewiele. Ale kto oglądał transmisję, ten wie, że po premierowych 25 minutach to Joga była bliżej zwycięstwa! Dwie doskonałe akcje doprowadziły do tego, iż chyba wszyscy którzy oglądali to spotkanie zaczęli się zastanawiać, czy aby faktycznie nie jesteśmy świadkami potencjalnej turbo-sensacji. Co prawda było w tym wszystkim trochę szczęścia, bo Smoki regularnie obijały obramowanie bramki Łukasza Trąbińskiego, ale w takich meczach fortuna musi ci sprzyjać. Tyle że nie mogła ona trwać wiecznie. Tuż przed przerwą sygnał do ataku dał Mateusz Adamski, który po ładnym solowym rajdzie, precyzyjnym strzałem oszukał Łukasza Trąbińskiego. Ci panowie spotkali się jeszcze raz w 29 minucie i o ile przy pierwszej okazji, golkiper Bonito nie miał nic do powiedzenia, to przy drugiej zaliczył pomyłkę przy strzale i z dość prostego uderzenia, które nie mogło skończyć się golem, zrobiło 2:2. Ale to jeszcze nie był koniec Jogi. Wynik 2:2 wytrwał aż do 38 minuty i dopiero wtedy Black Dragons wyszli na prowadzenie, które w kolejnych minutach regularnie powiększali. Ligowi outsiderzy zdawali sobie wtedy sprawę, że nadzieja na punkty umarła, a jeśli któryś z nich miał co do tego wątpliwości, to rozwiała je czerwona kartka dla bramkarza, po zagraniu piłki ręką poza polem karnym. Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. Czy Joga może żałować niewykorzystanej szansy? Trochę na pewno, bo bramki na 2:2 czy 2:3 mogła uniknąć. Nie ma jednak żadnej pewności, że gdyby wówczas ich nie straciła, nie nastąpiłoby to później. Widać było upływające siły i gdy rywale dopiero się rozkręcali, gracze w czerwonych koszulkach nie mieli już pary. W drugiej połowie oddali chyba zresztą tylko jeden, maksymalnie dwa strzały na bramkę rywala, więc tak to się musiało skończyć. Ale dobra i ta jedna połowa, przecież spodziewaliśmy się, że już po niej wszystko tutaj będzie jasne, tymczasem spotkało nas małe zaskoczenie. Niewykluczone, że i faworyci czuli się trochę zdezorientowani, natomiast oddajmy im, że mimo raczej niewielkiego stażu piłkarskiego, nie podpalają się w trudnych chwilach. Konsekwentnie grają swoje i podobnie jak z AKSem, tak i tutaj byli w stanie odwrócić losy spotkania. Tak gra lider, który na ten moment pewnie zmierza do pierwszoligowej przystani.

A skoro o elicie mowa, to wracamy do niej za sprawą spotkania PrefBud – Green Team. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy, nawet jeśli już w zapowiedziach pisaliśmy, że prawdopodobnie nie padnie tutaj wiele goli, a drużyny skupią się przede wszystkim na tym, by wpierw gola nie stracić, a potem go zdobyć. Ale przecież nie raz oglądaliśmy spotkania, które kończyły się np. 0:0, a były dużo ciekawsze niż te, gdzie padło mnóstwo goli. I tak też było w tym przypadku. Mimo że po jednej i drugiej stronie widać było lekkie wycofanie, to ten mecz oglądaliśmy i komentowaliśmy z przyjemnością. I chyba można zaryzykować teorię, iż wcale nie musiał się on skończyć tak, jak się skończył. Zacznijmy jednak od początku. Na pierwszego gola czekaliśmy do 17 minuty. Wtedy to Kryspin Kisiel był faulowany przed polem karnym i sam wymierzył sprawiedliwość z rzutu wolnego. Green Team odpowiedział chwilę przed przerwą, po bramce którą wykreował niezawodny duet Rafał Kudrzycki – Piotr Bielecki. Z kolei kulminacyjny moment spotkania wydawał się mieć miejsce w 29 minucie. Wtedy to z boiska za dwie żółte kartki został usunięty Patryk Stankowski. Bezmyślna kara, która osłabiła drużynę i mogła mieć poważne konsekwencje. Ale PrefBud nie tylko nie wykorzystał gry w 5-minutowej przewadze, ale w 31 minucie pozwolił zdobyć gola Rafałowi Kudrzyckiemu. A to spowodowało, że obrońcy tytułu jeszcze bardziej zacieśnili szyki i nie sposób było się do nich dobrać. To była dla nich idealna sytuacja, bo mieli wynik, mogli się bronić i wyprowadzać kontry, a jedną z nich w 42 minucie na gola zamienił Łukasz Kokosza. PrefBud po tym ciosie już się nie podniósł. Mimo, że walczył jak mógł i znów zagrał dobry mecz, to znowu musiał uznać wyższość rywala. W ostatniej minucie został zresztą pozbawiony resztek złudzeń po trafieniu Grześka Malczyńskiego, ale 1:3 czy 1:4 – nie było różnicy. Ale nie sposób nie wrócić do momentu z początku drugiej połowy. Gdyby wtedy udało się zdobyć gola na 2:1, to kto wie. Wówczas „Zieloni” musieliby się odsłonić a rezultat mógłby przyjąć odwrotną postać. Teraz to jednak tylko gdybanie. Green Team wyszedł tutaj z niemałych opresji, choć z drugiej strony – po kim mieliśmy się czegoś takiego spodziewać, jak nie po obrońcy tytułu? Nie był to jednak łatwy mecz dla obozu Adrian Wojdy, ale ponieważ przed nimi jeszcze kilka podobnych, to sami sobie udowodnili, że gdy i wtedy przyjdzie jakiś kryzys lub trudny moment, to każdy pożar są w stanie ugasić.

We wstępie do poprzedniego meczu zawarliśmy tezę, że czasami lepsze 0:0 niż jakiś kosmiczny wynik, gdzie pojęcie obrony albo nie funkcjonuje wcale, albo w małym stopniu. No a trochę taki mecz obejrzeliśmy od godziny 13:00. AutoSzyby starły się w nim z HandyManem i tak jak chwilę wcześniej oglądaliśmy walkę bokserów, którzy najpierw pamiętali o trzymaniu gardy, a potem o atakowaniu, tak tutaj było odwrotnie. Już w pierwszej połowie padło tu aż dziewięć goli i sami nie wiedzieliśmy, kiedy to się wszystko skończy. Byliśmy z kolei raczej przekonani, że jeśli już dochodzi do obustronnej wymiany ciosów, to nie ma możliwości, by to AutoSzyby zeszły z pola bitwy pokonane. Ten zespół znakomicie czuje się w takiej roli, gdzie zostawia mu się mnóstwo miejsca i pozwala rozpędzić. Trochę nas dziwiło, że ich rywale nie zdecydowali się zamknąć na swojej połowie, tylko grali otwartą piłkę, która może i była przyjemna z perspektywy kibica, ale nie zawodnika. Było jasne, że taki tercet jak Bartek Bajkowski – Krzysiek Zych – Tomek Mikusek będzie siał popłoch w defensywie Handy i to się potwierdziło. Chłopaki wchodzili w obronę oponentów jak w masło i z wyniku 5:4, który kończył pierwszą połowę, błyskawicznie zrobiło się 8:4. Tego ekipa Kamila Wiśniewskiego nie mogła już wypuścić, chociaż w końcówce spotkania zrobiło się trochę nerwowo, gdy Łukasz Mietlicki i Krzysiek Smolik pokusili się o dwa gole pod rząd. Na nic to się jednak zdało, a decydujący cios zadał Krzysiek Zych i Szyby mogły wreszcie sprawdzić, jak smakuje zwycięstwo w trzeciej edycji. To jednak musiało się tak skończyć. Hendymeni zdecydowali się grać na warunkach przeciwnika, a jesteśmy pewni, że gdyby zamknęli drzwi do własnego pola karnego, to nawet jeśli by przegrali, to mieliby większą satysfakcję z takiego spotkania niż z takiej obopólnej „naparzanki”. Trudno powiedzieć skąd taka decyzja, może uznają, że i tak nie mają nic do stracenia, więc bardziej niż na wynik, grają dla frajdy. Jeśli tak, to ok. Ale nie można było liczyć, że to pozwoli zgarnąć całą pulę nad Szybami. Zwłaszcza, że te były dobrze dysponowane, głodne bramek i gdy dostały okazję by wreszcie odbić sobie wcześniejsze niepowodzenia, to misję wykonały z nawiązką.

Z kolei o tym jak spaść z nieba do piekła o mało nie przekonali się przedstawiciele AKS Elektro. Po wygranej z Box Gardą i dobrym meczu przeciwko Black Dragons, wszyscy dopisywaliśmy tej ekipie trzy punkty za spotkanie z Retro. Te przewidywania przybrały jeszcze na sile przed pierwszym gwizdkiem, bo podczas gdy Elektryczni mieli niemal pełny skład, tak w obozie przeciwnym nie było nominalnego bramkarza, a liczba rezerwowych wynosiła jeden. Jakież więc zdziwienie musiał wzbudzić fakt, że po czterech minutach gry Retro prowadziło 2:0! Najpierw dobry strzał z rzutu wolnego, potem gol z akcji i sytuacja AKSu zrobiła się nieciekawa. Niby chłopaki szybko wzięli się za odrabianie strat, bo w 6 minucie na listę strzelców wpisał się Łukasz Więch, ale im dalej, tym wyglądało to gorzej. Zawodnicy Elektro popełniali wiele prostych błędów w rozegraniu i gdyby mieli tego dnia skuteczniejszego rywala, to happy end mógł tutaj nie nastąpić. Problemem była też własna nieskuteczność, bo choćby w 17 minucie Kamil Ciak nie wykorzystał rzutu karnego. Ostatecznie ten gracz szybko się zrehabilitował, ale w 29 minucie to Retro znów było o bramkę z przodu. AKS walił z kolei głową w mur. Nie dość, że nie wyeliminował błędów, które napędzały akcje konkurenta, to nadal nie potrafił dobrze nastawić celownika. W sukurs przyszła mu jednak sytuacja z 39 minuty. Daleko od własnej bramki wyszedł wtedy Artur Augustyniak i za zagranie ręką został wyrzucony z boiska. Retro mogło bardzo żałować, bo tutaj należało po prostu dać zdobyć gola rywalowi, ale nadal móc grać w pełnym składzie. Inna sprawa, że AKSowi zajęło dużo czasu, by wreszcie dopiąć swego. Swoje zrobiła większa świeżość, bo gdy przeciwnicy ledwo biegali, Elektro zdołało podkręcić tempo i zaczęło regularnie dziurawić siatkę przeciwników. Do remisu doprowadził Kamil Ciak, a potem dwa gole zdobył Rafał Malinowski i było po sprawie. I taka nachodzi nas myśl po tym meczu, że czasami człowiek lepiej się czuje po dobrym, ale przegranym spotkaniu, niż po wygranym, ale gdzie zagrał średnio. Bo tak jak pisaliśmy – z lepszym rywalem taka liczba błędów własnych jaką popełnili triumfatorzy, skończyłaby się porażką. Co do Retro, to chwała tej ekipie, że mimo problemów kadrowych skutecznie walczyła i była bliska sukcesu. Dziś możemy gdybać, czy brak czerwonej kartki coś by tutaj zmienił, natomiast uderzyć w pierś muszą się również napastnicy, bo nie wykorzystali wielu okazji, choćby przy stanie 3:2. I w tym miejscy należy odnotować kolejny dobry występ bramkarza AKSu – Adama Pietkiewicza. A skoro on był jednym z bohaterów spotkania, to wiele to o tym meczu mówi.

Czy również bramkarze odegrali kluczową rolę w rywalizacji Copa FC – Al-Mar Wołomin? Czekaliśmy na tę potyczkę, bo wiedzieliśmy że będzie się tutaj działo. Mimo wzajemnej sympatii, walka szła o bardzo cenny komplet punktów, zwłaszcza z perspektywy Al-Maru. Podopieczni Marcina Rychty chcąc być traktowanym jako kandydat do złota, musiał tutaj wygrać. Tylko że w historii Strefy 6 ta sztuka przeciwko Copie udała się tylko jednej ekipie. Wszystkie pozostałe mecze gracze z Klembowa zapisali na swoje konto i nie zamierzali nic w tej statystyce zmieniać. I gdy w 29 minucie, swoje drugie trafienie dla Kopaczy zanotował Mateusz Kowalczyk, a wynik na wirtualnej tablicy brzmiał 3:1, nie widzieliśmy już dla Al-Maru perspektyw. Temu zespołowi i tak z dużym trudem przychodziło zatrudnianie do pracy Darka Wasia, a teraz potrzeba było dwóch goli, by doprowadzić do remisu. Ale od czego w tym zespole jest Marcin Rychta. To właśnie ten zawodnik, jak na kapitana przystało, dał sygnał swoim podopiecznym, że nie wszystko stracone. A o tym, że on umie znaleźć się w polu karnym przeciwnika wie chyba każdy. Co prawda pierwsze jego trafienie to precyzyjny strzał z rzutu wolnego, ale drugie to „klasyczny Marcin” – czyli perfekcyjny timing, dołożeniu nogi na wślizgu i robi się 3:3! A na zegarze 6 minut do końca i nikt nie wiedział, jak to się wszystko skończy. Copa mogła być trochę sparaliżowana, bo zawsze gdy coś pewnego ucieka ci z rąk, to ma to wpływ na twoją psychikę. I gdy tak trochę przyzwyczajaliśmy się do myśli, że albo skończy się remisem, albo górę weźmie doświadczenie Al-Maru, sprawę załatwił duet Michał Łapiński – Mateusz Marcinkiewicz. Ten pierwszy wrzucił piłkę z autu, tego drugiego nikt nie przykrył i głową skierował piłkę obok Maćka Soboty – 4:3! Przegrywający postawili wtedy wszystko na jedną kartę, ale skończyło się to dla nich bardzo źle, bo dobił ich Bartek Kielak, a wynik 5:3 poszedł w świat. W pomeczowym wywiadzie Marcin Rychta powiedział dwie mądre rzeczy – pierwsza, że to i tak był najlepszy mecz w wykonaniu jego ekipy w Woli Rasztowskiej. A druga – że rezultat 4:3 byłby tutaj sprawiedliwy, bo o tę jedną bramkę konkurent był lepszy. Podpisujemy się pod tym. Copa przeważała, Copa miała inicjatywę i mimo nerwówki w końcówce, wygrała zasłużenie. I jest na najlepszej drodze, by znowu doprowadzić do meczu o wszystko, ale do tego jeszcze kawałek drogi. Al-Marowi pozostaje natomiast skupić się na walce o brąz i grając w ten sposób z drużynami trochę słabszymi od Kopaczy, niewykluczone że uda mu się coś w tym temacie zdziałać.

A ostatni akapit przeznaczamy na derby Marek! Po jednej stronie Box Garda, a po drugiej Al-Maj Car, a więc teoretycznie dwie drużyny, a tak naprawdę to do niedawna jedna, która pod wspólnym szyldem występowała w naszej lidze ósemek. Ale wszystko ma swój kres. Rafał Saks chciał mieć coś swojego i trzeba mu przyznać, że pod kątem organizacji wygląda to naprawdę profesjonalnie. Pojawiły się od razu stroje, na każdym meczu jest solidna reprezentacja drużyny (i kibiców), tylko wyniki nie zawsze bywają optymalne. Ale ponieważ tydzień wcześniej Bokserzy pokonali Retro, to była nadzieja na to, że trzy punkty uda się również zgarnąć z byłymi kolegami z drużyny. Dziś już jednak wiemy, że nic z tego nie wyszło. Czemu? Przede wszystkim dlatego, że w pierwszej połowie Box Garda było totalnie nieskuteczna. Okazji nie brakowało, lecz świetnie bronił Maciek Łysiak, z kolei Al-Maj oddał JEDEN celny strzał na bramkę Borysa Kackiewicza i wpadło. Po drugie – skład Al-Maju wyglądał tego dnia naprawdę solidnie i każdy wiedział co ma robić. Jak zwykle prym wiódł Łukasz Grochowski, świetnie grał niezmordowany Krystian Karolak, nie sposób było odebrać piłkę Radkowi Nowaczyńskiemu i można by tak wymienić. Słowem – ta drużyna była po prostu konkretna. A Box Garda starała się, próbowała, lecz brakowało jej siły przebicia. I z minuty na minutę wynik wyglądał coraz gorzej – w pewnym momencie było już 0:4 i wiedzieliśmy, że to jest przewaga której roztrwonić nie można. Szkoda też, że po stronie Gardy kontuzji nabawił się Piotrek Pietrucha, bo bez niego defensywa przegranych radziła sobie kiepsko. Na domiar złego w końcówce drugiej połowy przypomniał o sobie Czarek Wojda, który skompletował hat-tricka i ustalił wynik w stosunku 7:1. To na pewno duża lekcja pokory dla ekipy Rafała Saksa. Są tutaj chęci, jest organizacja, ale potrzeba czasu, żeby z tak doświadczonym rywalem jak Al-Maj wygrywać. Z kolei Grześkowi Wojdzie można sporo zarzucić. Niemal co tydzień inny skład, każdy w innej koszulce i do pełnego profesjonalizmu daleko. Ale piłkarsko to naprawdę mocna kapela, dlatego niech nikt jej nie skreśla w walce o podium. A już zwłaszcza ci, którym przyjdzie jeszcze z markowianiami zagrać.

Wszystkie statystyki z czwartej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Staraliśmy się być dokładni, ale zawsze coś można przeoczyć. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Terminarz na piątą serię pojawi się z kolei we wtorkowe popołudnie.

Dodaj komentarz