Powrót Janosików z Ostrówka. PrefBud rozbił Szyby.


Kiedy już ci się wydaje, że jesteś czegoś pewny w naszych rozgrywkach, nagle dzieje się to. Bad Boys przegrywają, AutoSzyby również i w czołówce jest taki ścisk, jak za najlepszych lat w pociągach Kolei Mazowieckich.

A wszystko zaczęło się już w pierwszym meczu siódmej kolejki. Bad Boys mieli się w nim gładko rozprawić z Orlikiem Zabrodzie, tymczasem po ostatnim gwizdku to im przyszło ukryć twarz w dłoniach. Dlaczego tak się stało? Główne powody są dwa – po pierwsze Orlik wyszedł na ten mecz w nowym ustawieniu, gdzie Karol Malinowski znalazł dla siebie miejsce znacznie wyżej niż zwykle, a do defensywy zostali wycofani Mariusz Szymaniak czy Adam Anaszewski. I to przyniosło oczekiwane efekty. A po drugie – nie da się ukryć, że Bad Boys od samego początku prosili się tutaj o kłopoty. Ich gra po prostu nie przekonywała i sam fakt, iż w spotkaniu oddali zaledwie sześć celnych strzałów, wiele tutaj mówi. Ale nawet mimo to, długo utrzymywał się tu wynik korzystny dla Złych Chłopców. Do przerwy było 2:1 i być może faworyci myśleli, że tylko kwestią czasu jest, kiedy przeciwnicy postawią wszystko na jedną kartę i wtedy uda się zadać im decydujący cios. Wspomniana obrona Orlika działała jednak bez zarzutu, z kolei to defensywa Bad Boys wyglądała na mniej stabilną i w 41 minucie do wyrównania doprowadził Mariusz Szymaniak. I Orlik wcale na tym nie poprzestał, nie zamurował własnej bramki i na 120 sekund przed końcem spotkania, przechylił losy meczu na swoją stronę. I to w jaki sposób! Zbyszek Pawlak wrzucił piłkę za kołnierz Darkowi Żaboklickiemu, co zresztą można zobaczyć na video poniżej. Przegrywający w ostatnich fragmentach rzucili się jeszcze do odrabiania strat i Piotrek Stańczak niemal równo z końcowym gwizdkiem trafił w słupek! To były naprawdę centymetry! Ten jeden punkt, widząc jak wygląda górna połówka tabeli, też nie byłby zły, ale nawet jego nie udało się wywalczyć. Nie możemy jednak mówić o jakiejś niesprawiedliwości. To nie był mecz Michała Szczapy i spółki i trzeba to sobie uczciwie powiedzieć. Brakowało przyspieszenia gry, wszystko było jednostajne i być może Bad Boys za szybko uwierzyli, że to i tak wystarczy. Orlik ten minimalizm ukarał i chociaż sam już o najwyższe cele nie walczy, to tym wynikiem sprawił, że walka o medale nabrała takich kolorów, o jakich nam się nawet nie śniło. Brawo!

O straconej szansie może też mówić ekipa Joga Bonito. Po cennym triumfie nad PrefBudem, wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie, by chłopaki uporali się z Retro i po raz pierwszy w tym sezonie mogli się pochwalić dwoma zwycięstwami pod rząd. Zwłaszcza, że Retro musiało sobie radzić choćby bez Damiana Nowaczuka, a wszyscy wiemy ile znaczy ten zawodnik dla ekipy z Radzymina. Joga miała do dyspozycji prawie wszystkich najlepszych graczy, ale jak się później okazało – to nie wystarczyło, by zgarnąć tutaj nawet punkt. Co zawiodło? Ogólnie był to mecz wyrównany, gdzie ponieważ obydwie drużyny wiedziały, że nie mogą się za bardzo odkryć, to swoich szans trzeba było szukać w ataku pozycyjnym. I Retro po prostu udowodniło, że w takiej grze czuje się lepiej. Joga gdy budowała swój atak, to po wymianie kilku podań, nie miała pomysłu co robić dalej, a gdy piłka trafiała do Mateusza Muszyńskiego, to i on tego dnia nie błyszczał tak jak zwykle. Przeciwnicy grali z kolei zespołowo, mieli chyba bardziej wyrównaną kadrę i im dłużej ten mecz trwał, tym coraz silniejsze było w nas przekonanie, że to właśnie oni zgarną tutaj całą pulę. Bo trzeba dodać, iż do 45 minuty wynik brzmiał 2:2 i nie było jasne, kto będzie mógł sobie dopisać ważne trzy punkty. Kluczowa była bramka na 3:2, którą zdobył Paweł Cackowski, bo wtedy Joga musiała się już odkryć i po jednej ze skutecznych kontr oponenta, wywiesiła białą flagę. Na pewno szkoda takiego meczu, gdzie czujesz, że rywal jest w zasięgu, ale jednak brakuje tych detali, które są w stanie zdecydować o ostatecznym rozstrzygnięciu. Zwykle tę „różnicę” robił wspomniany Mateusz Muszyński, lecz być może w wyniku dwutygodniej przerwy od piłki, jego dyspozycja nie była taka jak zawsze. I tutaj dochodzimy do sedna. Podczas gdy w Retro było komu zastąpić Damiana Nowaczuka, tak w „buty” Muszki nikt wejść nie potrafił. Oczywiście dwie bramki które zdobył, to i tak niezły wynik, ale może warto było spróbować i wpuścić za niego kogoś innego? Łatwo się jednak pisze z perspektywy czasu.

A na pewno w niezłych humorach na swój mecz udawali się wczoraj zawodnicy HandyMan. Uśmiech na ich twarzy wywołał wynik spotkania Bad Boys, bo przy założeniu własnego zwycięstwa, Hendymeni mogli się zrównać punktowo z najlepszymi ekipami w rozgrywkach. I taki był ich cel, aczkolwiek po drugiej stronie boiska była ekipa, która zamierzała do tego nie dopuścić. Show Team pewnie z zazdrością przygląda się walce na górze, co nie znaczy, że gdy przychodzi mu wyjść na boisko, to nie chce wywalczyć trzech punktów. Tutaj również zespół nieobecnego Przemka Matusiaka chciał uprzykrzyć życie wyżej notowanemu oponentowi, ale jak już wiemy – z tych planów niewiele wyszło. Chociaż sam wynik nie do końca odzwierciedla to, co widzieliśmy na placu gry. Show Team wcale nie zagrał słabego spotkania i bardzo długo stanowił równorzędnego przeciwnika dla graczy w żółtych koszulkach. Krytyczna okazała się końcówka pierwszej połowy, gdzie wynik brzmiał 2:0 dla HandyMan, ale rywalom udało się zmniejszyć straty do zaledwie jednego trafienia. Widać było, że ta wiara w przegrywających jest, lecz właśnie wtedy banalny błąd przytrafił się Radkowi Wiśniewskiemu, który za bardzo zaufał swoim umiejętnościom zastawiania piłki, dał ją sobie wybić i HandyMan błyskawicznie powrócili do dwóch goli przewagi. Potem od razu dorzucili kolejną bramkę i było praktycznie po sprawie. Tym bardziej, że Show Team musiał przesunąć ciężar gry na połowę przeciwnika, przez co zaniedbywał asekurację i zaczął hurtowo tracić proste gole. Mimo to w końcówce znalazł jeszcze trochę siły, by przypudrować rezultat i skończyło się na 5:9. Widocznie na tyle było chłopaków stać i też chyba nie warto sprowadzać całego spotkania do jednej sytuacji, aczkolwiek dziś możemy sobie pogdybać, co by było, gdyby Radek Wiśniewski nie wyłożył rywalom bramki jak na tacy. Być może Show Team też by przegrał, ale niżej a wiarę stracił dużo później. Co się jednak stało, to się nie odstanie. Zwycięzcy mogli z kolei wrócić do domów w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku. Wcześniej jedynie patrzyli na stół, przy którym będą rozdawane medale, a dziś już przy nim siedzą.

A już pełnią szczęścia dla HandyMan byłoby, gdyby nogi powinęła się także Green Teamowi. Było to oczywiście realne, bo The Naturat pojawił się w dniu wczorajszym w mocnym składzie i chciał sprawić drugą sensację w sezonie. Ale przede wszystkim musiał zmazać plamę z poprzedniego występu, gdzie przegrał bardzo wysoko i ledwo uratował honor. Tym razem było już znacznie lepiej, bo ekipa Szymona Baranowskiego zagrała niezłe zawody, aczkolwiek problem polegał na tym, że faworyt zagrał jeszcze lepiej. Oczywiście dalecy jesteśmy od gloryfikowania „Zielonych”, ale oni zrobili tutaj po prostu tyle, ile było co trzeba. Zagrali mądrze taktycznie, nie „podpalali się”, skutecznie realizowali swoje postanowienia i pewnie gdyby nie Serek Modzelewski, to spokojnie przekroczyliby dwucyfrówkę. Bo chociaż skończyło się 1:6, to wystarczy spojrzeć na liczbę celnych strzałów zespołu Adriana Wojdy, by zorientować się, że Green Team niczego tutaj nie chciał zostawić przypadkowi. The Naturat starał się nie pozostawać dłużny i zwłaszcza na początku drugiej połowy, gdy przegrywał już 0:3, miał kilka okazji, ale żadnej z nich nie potrafił zamienić na gola. Udało mu się to dopiero w późniejszej fazie spotkania, ale wtedy wszystko już było rozstrzygnięte. Green Team przede wszystkim nie dał poczuć krwi konkurentom, w żadnym momencie spotkania nie zszedł poniżej pewnego poziomu i dzięki temu pewnie wygrał mecz, którego trochę się obawiał. A to oznacza, że w tym momencie to chyba najpoważniejszy kandydat do zdobycia tytułu! Jeśli chłopaki wygrają pozostałe dwa starcia, to powinno to wystarczyć do złota. Bo tak naprawdę, oni już w tym momencie są liderami rozgrywek, albowiem przy równej liczbie punktów, decydują bezpośrednie pojedynki, a oni z Bad Boys zremisowali, z kolei z HandyMan wygrali. Sytuację opiszemy dokładniej w jutrzejszych zapowiedziach. Natomiast cieszymy się, że mimo porażki, The Naturat zaprezentował się tutaj z takiej strony, którą dało się oglądać. I oby w pozostałych meczach tego sezonu tak już zostało.

Nie spodziewaliśmy się z kolei, że najmniej miejsca w opisie niedzielnych potyczek poświęcimy rywalizacji PrefBudu z AutoSzybami. A jeśli nawet, to relacja miała dotyczyć kolejnego efektownego zwycięstwa zespołu Kamila Wiśniewskiego. Tymczasem stało się zupełnie odwrotnie. Szyby, pozbawione najlepszego strzelca rozgrywek, czyli Bartka Bajkowskiego, były zupełnie bezbronne w konfrontacji z przybyszami z Tulewa. PrefBud od samego początku narzucił tutaj swoje warunki gry, był drużyną dużo lepszą i chyba tylko gdy stracił gola na 1:2, mógł mieć chwilę zawahania, ale to faktycznie była tylko chwila, bo kolejne dwie akcje przyniosły tym graczom dwa trafienia i było jasne, że AutoSzyby potrzebują cudu, by cokolwiek tutaj osiągnąć. Ale to były marzenia ściętej głowy. Obrona popełniała proste błędy, pomocy nie było w ogóle, a z przodu osamotniony Krzysiek Zych pozostawał bezradny. Jest to więc z jednej strony zimny prysznic dla drużyny, która była przecież wiceliderem rozgrywek, a spadła w tym momencie na czwarte miejsce, no ale z tego chyba nie dało się więcej wycisnąć. Być może, gdyby AutoSzyby postawiły tutaj na zabarykadowanie własnej bramki i kontry, to może jakoś udałoby się to spotkanie uratować. Jednak i to pozostaje wątpliwe, bo przy takie różnicy bramkowej, nie wydaje się, by wystarczyła zmiana jednej rzeczy, by wynik nagle był zgoła odmienny. Po prostu – PrefBud był dobrze dysponowany, wszystko funkcjonowało tak jak trzeba i jego zwycięstwo było ze wszech miar zasłużone. A przegrani muszą po prostu potraktować to jako wypadek przy pracy i skupić się na kolejnych spotkaniach. Tylko że jeśli i w nich nie będą mieli do dyspozycji swoich kluczowych reprezentantów, to niech nie oczekują, że wyniki będą inne, niż ten niedzielny. Zwłaszcza że ich terminarz jest naprawdę trudny a tutaj na kolejne straty punktów nie ma już miejsca.

Wszystkie statystyki z siódmej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza i w razie błędów – dali nam znać. Pamiętajcie też, że już w środę znowu się widzimy – pary i godziny są już rozpisane. Liczymy na Waszą dobrą frekwencję!

Inne Artykuły

Dodaj komentarz