Orlik zaszokował PrefBud! Trudne początki Retro.


Cóż by znaczył futbol, gdyby od czasu do czasu kopciuszek nie wygrał z gigantem. W tamtym sezonie mieliśmy podobne przypadki, ale chyba nie na taką skalę jak w dniu wczorajszym.

Zanim jednak przejdziemy do gwoździa programu, zaczynamy od pierwszego niedzielnego pojedynku. Rozpędzony Show Team mierzył się z Retro Squad. Mieliśmy nadzieję, że ekipa z Radzymina, która znana jest z dobrej defensywy, postawi na tyle szczelny mur, że gracze Przemka Matusiaka nie będą go mogli łatwo przeskakiwać. Ale myliliśmy się. W tym spotkaniu wszystko było już rozstrzygnięte do przerwy. Grający na dużej intensywności Show Team od razu narzucił swoje warunki gry, bardzo szybko rozpoczął strzelanie i już po 25 minutach prowadził 5:0. Retro też miało swoje okazje, ale jednak nie w takiej ilości i znów kulał brak rasowego atakującego. Takich było z kolei pod dostatkiem po drugiej stronie. Przegrywający obudzili się dopiero przy stanie 0:7 i podobnie jak tydzień wcześniej, tak i tutaj udało im się zdobyć trzy gole pod rząd. Nie miało to jednak żadnego wpływu na przebieg tej potyczki, bo chociaż faworyci mieli do siebie trochę pretensji o tak łatwo i szybko tracone gole, to żadna krzywda nie mogła im się tutaj stać. No chyba, że ten mecz jeszcze by trochę potrwał. Na wszelki wypadek Show Team w 46 minucie dobił konkurenta i wygrał ostatecznie 8:3. Nie miał ten mecz takiej historii na jaką liczyliśmy, ale nie ma w tym oczywiście żadnej winy triumfatorów. Oni zrobili swoje, zagrali na wysokim tempie, błyskawicznie pozbawili oponentów złudzeń a potem mogli między siebie dzielić strzeleckie łupy. Ten mecz tylko potwierdza ich aspiracje, a samych zawodników te zwycięstwa na pewno zbudują przed trudniejszymi wyzwaniami. Bo Retro, mimo iż na to liczyliśmy, rękawicy nie podjęło. Chęci nie zabrakło, ale przeciwko takiemu przeciwnikowi, sama ambicja to niestety za mało.

Innym zespołem, który zaliczył drugą porażkę z rzędu, jest The Naturat. Zaskoczenia nie ma, bo rywalem był zespół dużo wyżej notowany, a przy okazji na pewno lekko podrażniony stratą punktów na inaugurację – Bad Boys. Trochę się łudziliśmy, że ta potyczka będzie bardziej wyrównana, natomiast czy możemy liczyć na cud, jeśli w drugim spotkaniu z rzędu, zespół Szymona Baranowskiego traci bramkę już w pierwszej akcji? Z PrefBudem było to samo i takie rzeczy nie pomagają w zbudowaniu pewności siebie na dalszą część spotkania. To było widać w tym przypadku – nie minęło kolejne 60 sekund i już było 0:2, co praktycznie storpedowało nasze nadzieje choćby na uniknięcie pogromu z perspektywy „Fioletowych”. Kolejne gole były tylko kwestią czasu i w premierowej odsłonie Bad Boys zaaplikowali rywalom aż dziewięć trafień, a sami stracili tylko jedno. Druga połowa była już zdecydowanie bardziej wyrównana, chociaż też trzeba wziąć pod uwagę, że prowadzący nie musieli tutaj grać na 100%. Za ten fragment chcemy jednak The Naturat pochwalić i szkoda, że takiego poziomu nie udaje im się utrzymać na przestrzeni całej potyczki. W ich szeregach warto też wyróżnić Kubę Klimkowskiego, bo gdyby nie jego postawa w defensywie, to rozmiary tej klęski byłyby znacznie większe. Bad Boys wykonali więc swój obowiązek tak jak powinni i z czterema punktami na koncie usadowili się na trzecim miejscu w tabeli, bardzo dogodnym w perspektywie ataku na wyższe lokaty. Podobnie zresztą jak The Naturat, który jest nawet w lepszej sytuacji niż niedzielni rywale, bo nie ma zagrożenia że swoją lokatę pogorszy. A tak na poważnie, to wciąż czekamy na jeden cały dobry mecz w ich wykonaniu. Bo na razie to są tylko fragmenty, które przecież w tabeli nie mają żadnego znaczenia.

Ale co ciekawe – The Naturat wcale nie był zespołem, który w dniu wczorajszym stracił najwięcej goli. Niespodziewanie okazał się nim Green Team. Ferajna Adriana Wojdy przegrała z AutoSzybami aż 5:14! I chyba należałoby użyć ostrych słów w tym przypadku – coś w stylu legendarnej okładki Faktu, czyli: „Wstyd, hańba, kompromitacja, nie wracajcie do domów”. Rzecz jasna trochę koloryzujemy, no ale nie spodziewaliśmy się, że “Zieloni” mogą doznać takiego łupnia. Nie mieli tutaj przecież problemów ze składem – wręcz przeciwnie, spokojnie mogli wystawić nawet dwie szóstki. Tylko problem w tym, że ilość nie poszła w jakość. Szyby miały mniej osób, ale od samego początku wiedziały co chcą grać i można odnieść wrażenie, że tym energicznym początkiem spotkania, gdzie już po dziesięciu minutach było 5:0, odcisnęli takie piętno na przeciwnikach, że ci stracili wiarę w osiągnięcie tutaj korzystnego rezultatu. Kłopot leżał przede wszystkim w obronie – napastnicy Szyb robili co chcieli z defensorami Green Teamu i aż strach pomyśleć co by było, gdyby już na pierwszą połowę dojechał Krzysiek Zych (pojawił się na boisku dopiero w drugiej). W obozie przegranych po prostu nic nie funkcjonowało, a chyba najlepszą puentą byłaby dzisiejsza rozmowa z kapitanem Adrianem Wojdą. Na nasze pytanie, czy na stronie zgadza się skład jego zespołu z wczoraj, odparł: „Jest jeden, ale za to rażący błąd. Tak naprawdę to od nas nikt nie dojechał na to spotkanie”. Nic dodać, nic ująć. Natomiast co do AutoSzyb, to duże brawa za ich grę, bo naprawdę dobrze się to oglądało. Wszystko grane szybko, z pomysłem, na dużej fantazji, tak aby nie było najmniejszych wątpliwości, kto jest lepszy. Dlatego pierwsze miejsce po dwóch kolejkach drugiej edycji, nie jest ani trochę na wyrost.

Na fotelu lidera Strefy Szóstek po pierwszej kolejce zasiadał z kolei PrefBud. Pogrom The Naturatu stanowił swoisty pokaz mocy w wykonaniu Rafała Kowalczyka i spółki. No ale tak łatwy mecz trafia się tylko raz w sezonie, bo jednak inne zespoły prezentują wyższy poziom, aniżeli sympatyczne chłopaki z Wołomina. Do tego grona zaliczał się także Orlik Zabrodzie. Wiedzieliśmy, że mimo porażki z Show Teamem, ten zespół nie pokazał do końca na co go stać w premierowej serii, aczkolwiek nie robiliśmy sobie wielkich nadziei, że nawet jeśli uda się zebrać optymalną kadrę, to może ona wystarczyć do pokonania PrefBudu. Sugerowaliśmy jednak, że faworyci zagrają mocno osłabieni i że być może będzie to jakiś argument przemawiający za tym, iż zobaczymy tutaj w miarę wyrównany mecz. No ale tego, co wydarzyło się przy Warszawskiej 41 nie przewidziałby nikt. Już początek spotkania był wyraźnym sygnałem dla PrefBudu, że tutaj spacerku nie będzie. Orlik mimo iż zaczął do straty gola, zaraz odpowiedział dwoma i dał do zrozumienia, iż nie interesuje go jak najniższy wymiar kary. Gracze z Tulewa wzięli się w garść i szybko wyrównali, ale gołym okiem dostrzegaliśmy, że nie mają tej lekkości w grze co przed tygodniem czy na Letnim NLH CUP. W dodatku grali niefrasobliwie w defensywie i nadziewali się na groźne kontry. I gdy tak długo wynik się nie zmieniał, zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie będzie tak, że kto zdobędzie następną bramkę, ten niemal przechyli szalę sukcesu na swoją stronę. I gdy w 34 minucie Wiktor Wiśniewski zapisał się do meczowego protokołu, wyglądało na to, że PrefBud dopnie swego. Orlik pokazał jednak ogromny charakter. Nadal grał konsekwentnie i rozważnie, nie rzucał wszystkiego na jedną szalę, zdając sobie sprawę z konsekwencji. Mieliśmy nawet odczucie, jakby wiedział, że młodzi przeciwnicy będą chcieli ich dobić, a to stworzy okazję, by skuteczność cios zablokować a potem wyprowadzić własny. I tak było! W 44 minucie ładna okazja drużyny Zbyszka Pawlaka i jest remis, a lada moment Karol Malinowski przeprowadza świetny rajd, który kończy się tym, że w polu karnym piłkę ręką zagrywa jeden z rywali. Sędzia wskazuje na wapno, a Łukasz Szydłowski wytrzymuje ciśnienie, wyprowadzając Orlika na prowadzenie! I chociaż ostatnie minuty są bardzo nerwowe, jedni i drudzy mają swoje okazje, to wreszcie z gwizdka sędziego wydobywa się najbardziej wyczekiwany dźwięk z perspektywy zawodników z Zabrodzia – KONIEC MECZU! Orlik wygrywa zasłużenie tę potyczkę, a po meczu zbiera się w kółeczku i gratuluje sobie doskonałej postawy. I my się do tych gratulacji przyłączamy. To nie było dzieło przypadku, tylko efekt konsekwentnej pracy na przestrzeni 50 minut. Brawo! A PrefBud? Można powiedzieć, że przegrał bitwę, ale jeszcze nie przegrał wojny. Wręcz przeciwnie – taki zimny prysznic często ma właściwości pobudzające i jesteśmy pewni, że w kolejnych tygodniach zobaczymy tę drużynę odmienioną. Teraz każde potknięcie może być już na wagę tytułu, a na to ta drużyna nie może sobie pozwolić. Dlatego może lepiej że ta zimna woda oblała ich już teraz.

A co wydarzyło się w ostatnim meczu drugiej kolejki? Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że gdy HandyMan staje naprzeciwko Jogi, to mecze nie są szablonowe i trudno je z jakimikolwiek innymi porównać. No ale ten z niedzieli, to chyba długo nie będzie miał swojego sobowtóra. A było tak – Joga po pierwszej połowie prowadziła 4:0! Punktowała Hendymenów niemiłosiernie, którzy w obronie grali strasznie niefrasobliwie i zupełnie nie mogli sobie poradzić z Mateuszem Muszyńskim, który wbił im trzy z czterech goli. Ale ponieważ kiedyś już widzieliśmy, jak ekipa Bartka Brejnaka wygrywa z tymi samymi przeciwnikami w tym samym stosunku, a potem mecz skończył się jej porażką, to niczego nie chcieliśmy tutaj przesądzać. I faktycznie – przegrywający w drugiej połowie zaczęli grać lepiej, ale nawet gdy zdobywali bramkę, to rywale natychmiast odpowiadali i tym sposobem w 34 minucie wynik brzmiał 6:2. Jednak mniej więcej od tego momentu, prowadzący chyba zbyt głęboko cofnęli się na swoją połowę. Liczyli, że gdy tylko uda im się przerwać akcję zawodników w żółtych koszulkach, to kopną piłkę w kierunku Mateusza Muszyńskiego, a ten dokończy dzieła. Ale ta taktyka funkcjonowała coraz słabiej. Hendymeni zmniejszyli straty do dwóch goli i byli coraz bliżej, a z uderzenia nie wybiło ich nawet trafienie z własnej połowy popularnego Muszki. W samej końcówce przycisnęli jeszcze mocniej, ich strzały z dystansu regularnie dziurawiły siatkę Jogi i na 180 sekund do końca rezultat brzmiał 7:7! I co więcej – jeszcze z obydwu stron były okazje, żeby tutaj wcale nie skończyło się remisem! Ale finalnie stanęło na podziale punktów, który pewnie obydwu ekip w różnym stopniu nie pasował. Bardziej Jodze, bo aż nasuwa się pytanie – jak wysoko ten zespół musi wygrywać, by dowieźć zwycięstwo do ostatniego gwizdka? Niby ten remis to jest jakiś progres w stosunku do ostatniego wyniku między tymi drużynami, no ale tutaj należało się pokusić o trzy punkty. HandyMan też mogą mieć do siebie pretensje, że za grę wzięli się tak późno. Bo skoro w jednej połowie potrafili zdobyć siedem goli, to co ich powstrzymywało wcześniej? Naprawdę był to niezwykle specyficzny mecz, który znajdzie swoje zaszczytne miejsce w klasyfikacji najbardziej szalonych spotkań w całej historii rozgrywek.

Wszystkie statystyki z drugiej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza, zwłaszcza że warunki w niedzielę były trudne a nasze kartki z protokołami jeszcze długo się suszyły po wczorajszym. Staraliśmy się być dokładni, ale zawsze coś można przeoczyć. Zachęcamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę, bo będzie się tutaj sporo działo. Choćby BRAMKA MIESIĄCA. Zapraszamy!

Inne Artykuły

Dodaj komentarz