Nie ma już ekip niepokonanych! Wielki dzień dla FC Spectare!

10 października okazał się dla wielu zespołów przełomowym. Zresztą – taki był dla całej ligi, bo to właśnie wczoraj padł ostatni bastion w czwartej edycji, z kolei kilka innych drużyn w końcu zasmakowało ligowego zwycięstwa.

Klasycznie wstęp do relacji poświęcimy transmisji. Ostrzegaliśmy, że może ona nie dojść do skutku, tymczasem wszystko poszło jak z płatka, w dodatku pobiliśmy rekord polubień, a były też donejty i subskrypcje. Dziękujemy! A gdyby ktoś chciał zobaczyć jak wyglądały pierwsze cztery spotkania z wczoraj, to może to zrobić poniżej.

A ten, kto poświęcił trochę czasu i sesją przedpołudniową emocjonował się na żywo, ten nie powinien się czuć rozczarowany. Bo już w pierwszym spotkaniu doszło do niespodzianki – Black Dragons, pozbawieni Serka Modzelewskiego i Tomka Freyberga pokonali AutoSzyby! To był mecz, gdzie będąc w składzie ekipy przegranych, czułbym duże rozczarowanie po porażce. Widać chociażby po statystykach, jak ogromną przewagę w strzałach miała ekipa Kamila Wiśniewskiego, a na koniec nie znalazło to żadnego przełożenia na wynik. Z jednej strony trzeba oddać bramkarzowi Black Dragons Czarkowi Nowakowskiemu, że obronił sporo piłek. Ale też większość strzałów była praktycznie w środek bramki, co dobrze dysponowanego golkipera jakim Czarek tego dnia był, nie mogło zaskoczyć. Z kolei Czarne Smoki miały niemal stuprocentową skuteczność w swoich atakach. Gdy tylko udawało im się przekroczyć linię środkową, to można było w ciemno założyć, że to może się skończyć golem. Ale zanim ten mecz się rozstrzygnął, to jeszcze do przerwy Szyby zasłużenie prowadziły. Wynik 2:1 był zresztą dość niskim wymiarem kary dla Smoków, bo dość często kotłowało się w ich polu karnym i spokojnie po 25 minutach rezultat mógł być wyższy. Wydawało się, że tutaj z perspektywy przegrywających może być już tylko gorzej, tymczasem oni doskonale wykorzystali premierowe minuty drugiej połowy. Najpierw po bramce z rzutu wolnego Arka Majora wyrównali, dosłownie w kolejnej akcji już prowadzili, a 180 sekund później było już 4:2! Trudno wytłumaczyć z perspektywy AutoSzyb jak można było do czegoś takiego dopuścić. Od tego momentu beniaminek pierwszej ligi miał już kontrolę nad spotkaniem, a gdy do meczowego protokołu wpisał się Krystian Dąbkowski, nie było wątpliwości, kto wygra. I oddajmy triumfatorom, że nie przestraszyli się prowadzenia. To brzmi trochę dziwnie, ale widzieliśmy wiele przypadków, gdzie zespół niepotrzebnie podpalał się i dążąc do zdobycia kolejnych goli, za chwilę ponosił za to karę. Tutaj wołomińska młodzież zrobiła wszystko jak trzeba i udowodniła, że Black Dragons nie są zależni wyłącznie od Serka Modzelewskiego i Tomka Freyberga. Odkryciem tego spotkania był choćby Karol Sawicki. Szybki, przebojowy, z pomysłem na grę. Ale było też wielu innych zawodników, których traktowaliśmy raczej jako rzemieślników, a oni pokazali, że można na nich liczyć. I to jest cenny skalp Smoków, który doda im sporo pewności siebie przed drugą częścią sezonu. Z kolei AutoSzyby wcale nie zagrały tutaj źle. Ale trudno myśleć o sukcesie, gdy dwa gole traci się z rzutów wolnych, gdzie piłka w sobie tylko znany sposób przechodzi przez mur i wpada do siatki. A w takim meczu, takie błędy po prostu kosztują.

Pomyłek w niedzielnym starciu nie ustrzegło się również Retro. Chyba możemy to napisać z pełną odpowiedzialnością, że drużyna Mateusza Meirowskiego zagrała wczoraj najsłabszy mecz w trwającej kampanii. Czy to był po prostu gorszy dzień tego zespołu, czy może tak dobrze zagrali rywale? Niewykluczone, że jedno i drugie, bo Lambada, mimo że miała tego dnia wąski skład, to zaprezentowała się bardzo solidnie i praktycznie od pierwszych minut sprawiała lepsze wrażenie. Szybko udało się jej zdobyć dwubramkowe prowadzenie, aczkolwiek okazji było więcej. Wynik 2:0 z perspektywy Retro był bardzo mało komfortowy, zważywszy na to, że Lambada w poprzednim meczu nie straciła ani jednego gola i tutaj także radziła sobie pod tym względem bardzo dobrze. W pierwszej odsłonie popełniła tak naprawdę tylko jeden poważny błąd, gdy do sytuacji sam na sam doszedł Kamil Ryński, ale wyjście z bramki Łukasza Trąbińskiego zażegnało niebezpieczeństwo. W drugiej odsłonie obraz gry się nie zmienił. Dużo więcej z gry mieli zawodnicy Roberta Biskupskiego, a Retro nie potrafiło znaleźć właściwego rytmu. W 37 minucie doszło jednak do ciekawej sytuacji – Łukasz Trąbiński popełnił faul poza polem karnym, co sędzia wycenił na żółtą kartkę, chociaż poszkodowani domagali się czerwonej. To wydarzenie na pewno zobaczycie w kontrowersjach. Ale bez względu na kolor kartonika, Retro miało obowiązek wykorzystać przewagę jednego zawodnika, a zamiast tego dopuściło do kontry i lada moment mieliśmy wynik 0:3. Chwilę później arbiter przypadkowe zagranie ręką jednego z obrońców Lambady wycenił na rzut karny, a ponieważ Patryk Kukwa zdobył bramkę, to seria minut bez puszczonej bramki Łukasza Trąbińskiego została zakończona. Nie wybiło to jednak z rytmu prowadzących, którzy w 46 minucie podstemplowali swój sukces. Co prawda Artur Szczotka obronił rzut karny wykonywany przez Kostję Krasynskyja, ale z dobitką Alexandra Mykhaliczyka nie miał już szans. Rezultat 4:1 sprawiedliwie zdefiniował boiskowy przebieg. Retro tego dnia nie było sobą. Niewiele się tutaj zgadzało, brakowało wizji jak dobrać się do skóry Lambadzie i to powoduje, że pogodzenie się z wynikiem powinno przyjść dość łatwo. Natomiast triumfatorzy pokazali się z bardzo dobrej strony. Zresztą – nawet Darek Rosłon (kontuzjowany kapitan Retro), z którym pisaliśmy trochę po meczu stwierdził, że przypadku tutaj nie było, a skład zwycięzców predestynuje ten zespół do gry o najwyższe cele w drugiej lidze. A ponieważ Lambada już w tym momencie jest wiceliderem (mimo, że ma jeden mecz do rozegrania więcej), to chyba tak ją trzeba postrzegać. Chociaż niektórzy już się śmieją, że tam gdzie gra Organizator ligi, to po awansie drużyna się rozpada. Może więc, żeby nie powtórzyć losu AKS Elektro, nie warto się tak starać? 😉

Patryk Kukwa dwoił się i troił, ale na Lambadę to było za mało.

A ekipą, której po pierwszej kolejce wieszczyliśmy promocję do elity była Lema. Kto dziś spojrzy w tabelę, ten może się z nas trochę ponaśmiewać, bo tak się złożyło, że w tym momencie Logistyczni zamykają drugoligową stawkę (aczkolwiek mają jeden mecz mniej niż sąsiedzi w tabeli). I jak zwykle w przypadku tego zespołu – wszystko zaczyna się i kończy na frekwencji. A ta wczoraj była dramatyczna. Przeciwko Szewnicy chętnych do gry było 6 zawodników… Gdy to zobaczyliśmy, wiedzieliśmy że Lema nie będzie walczyła o punkty, tylko o honor. Tutaj nie było żadnych szans, by wyrwać jakieś punkty, zwłaszcza iż Szewnica, chociaż pierwotnie miała się stawić bez Arka i Adama Michalików, to ostatecznie przyjechała w dobrym składzie i zamierzała wykorzystać zaistniałe okoliczności. Ale to wcale nie okazało się takie proste. Dość powiedzieć, iż po pierwszej połowie wynik był remisowy! Trochę przysłużył się temu bramkarz RDK, Adam Sabala. Coś nam się wydaje, że Adam woli jednak, gdy ma w danym spotkaniu coś do roboty, bo w sytuacji, gdy ma niewiele pracy, to łatwiej mu popełnić błąd. No i właśnie jego zawahania sprawiły, że Lema dwukrotnie tutaj ukąsiła – najpierw po strzale na pustą bramkę Damiana Kossakowskiego, a potem po rzucie karnym, gdzie bramkarz Szewnicy sfaulował przeciwnika, a gola zdobył Kamil Żmijewski. To dawało jakieś nadzieje zespołowi Kacpra Piątkowskiego, ale chyba wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że tej benzyny w baku w końcu zabraknie i tak też było. Zespół Marcina Białka w 32 minucie znów objął prowadzenie, potem je podwyższył i wiedzieliśmy, że niespodzianki nie będzie. Mimo to Lema nadal próbowała się odgryzać i możemy jedynie żałować, że dwa ostatnie gole w tym meczu straciła w dość błahy sposób, co trochę zaciemniło obraz tego pojedynku. Bo mimo, iż trzy punkty powędrowały w odpowiednie ręce, to wcale nie był to mecz łatwy dla RDK. Nie wszystko się kleiło, był problem ze sforsowaniem szyków obronnych rywala, no ale od czego jest Adam Michalik. Pamiętacie, jak przy okazji poprzednich raportów pisaliśmy, że dwa razy z rzędu ten napastnik miał udział przy wszystkich golach swojej ekipy? No to wpisujemy do kolekcji trzeci – 4 gole i 2 asysty. Nie mamy pytań. Ale jeszcze raz oddajmy hołd Lemie. I podsumujmy to w ten sposób – sama sobie tego piwa nawarzyła, lecz przynajmniej wypiła je z klasą.

Kaca po niedzielnej batalii mają za to w Al-Marze. Od razu podzielimy się z Wami taką refleksją po ich meczu z Copą, że ta wczorajsza porażka wcale nie była przypadkowa. Mimo, że ekipa Marcina Rychty miała do tego momentu komplet punktów na swoim koncie, to chyba nawet sam kapitan zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele jest tutaj do poprawienia. No i coś, co udawało się w poprzednich potyczkach jakoś pudrować, tym razem było już nie do ukrycia i Copa świetnie to wykorzystała. Chociaż to był taki mecz, że gdyby skończył się on w 40 minucie przy stanie 3:3, to nie moglibyśmy mówić o niesprawiedliwości. Jedni i drudzy mieli podobną ilość okazji, nikomu nie udało się tutaj odskoczyć na dwie bramki różnicy i wydawało się, że to może się skończyć podziałem punktów. No ale końcówka meczu należała już do Kopaczy, którzy dzięki bramce Michała Łapińskiego, zmusili oponentów do odkrycia się, a gdy Al-Mar postawił wszystko na jedną kartę, to został za to brutalnie skarcony. Oczywiście wynik 7:3 jest totalnym przekłamaniem, tutaj nie było różnicy klas, aczkolwiek to nie znaczy, że tych zespołów nic wczoraj nie różniło. Tak naprawdę to możemy się cofnąć do naszych zapowiedzi, gdzie pisaliśmy, że Al-Mar to na razie zespół złożony z indywidualności, z kolei Copa potrafi grać bardziej drużynowo. I to się potwierdziło. Gra ekipy z Klembowa podobała nam się bardziej, bo rywale byli groźni głównie wtedy, gdy piłkę przy nodze miał Mateusz Muszyński lub Karol Sochocki. Inna sprawa, że w Al-Marze zabrakło kogoś w środku pola. Gdyby dojechał Patryk Dybowski lub gdyby zdrowy był Adam Baran, to być może oni byliby w stanie zadbać o lepszą dystrybucję piłki i skuteczniejsze przejście z obrony do ataku. Dziś to jednak tylko gdybanie. Copa zachowała po prostu więcej sił na końcówkę i mimo wszystko miała więcej zawodników, którzy potrafią zrobić boiskową „krzywdę”. W kluczowym momencie obudził się Mateusz Kowalczyk (dwie ważne asysty), przełamał się także Bartek Przyszewski, a dwa trafienia w finałowych fragmentach dorzucił też Michał Łapiński. Tym samym Copa całkowicie wymazała już z pamięci dwa poprzednie występy i nadal jest w grze o tytuł. Natomiast Al-Mar ma o czym myśleć, bo wyszło czarno na białym, że nie jest tak silny, jak wskazywałaby na to tabela po trzech kolejkach. Jest więc nad czym myśleć, ale jeśli mielibyśmy wymienić osobę, która jest w stanie to wszystko poukładać, to byłby to Marcin Rychta. Dlatego o Al-Mar jesteśmy spokojni.  

Strata punktów przez zespół z Wołomina to była wyborna wiadomość choćby dla PrefBudu. Przy założeniu zwycięstwa nad Bad Boys, obóz Rafała Kowalczyka miałby tylko trzy punkty straty do pierwszego miejsca. Stawka spotkania ze Złymi Chłopcami była więc spora, a ponieważ kadra ekipy z Tulewa nie była może szeroka, lecz bardzo konkretna, to oczyma wyobraźni widzieliśmy tutaj sukces zawodników PrefBudu. Ale Bad Boys mieli podobne plany. Po remisie z Copą zamierzali dorzucić do swojego dorobku premierowe zwycięstwo, a kiedyś już z PrefBudem w Strefie 6 wygrali, więc dlaczego mieliby tego nie powtórzyć. Pewne wątpliwości budziła jednak ich kadra. Brakowało nominalnego bramkarza, a skoro do Woli przyjechał Piotrek Stańczak, który przecież miał tę rundę odpuścić, to zapaliła nam się czerwona lampka. Nasze obawy okazały się jednak niepotrzebne. Zacznijmy od Marcina Szczapy, który mimo tego że pełnił funkcję zastępczego golkipera, to prezentował się kapitalnie. Z kolei Piotrek był autorem trafienia na 2:0 i wiele wskazywało na to, że Źli Chłopcy są na dobrej drodze do zgarnięcia całej puli. Ale z racji tego że trochę już meczów widzieliśmy, to czuliśmy podskórnie, iż PrefBud jeszcze wróci do tego spotkania. I podstawowym pytaniem było, czy Bad Boys będą na to gotowi. Dziś już wiemy, że nie byli. Ekipa z Tulewa już do przerwy zmniejszyła straty o połowę, a gdy tylko rozpoczęła się druga połowa, sygnał do ataku dał Szymon Rudnik. To właśnie ten ligowy debiutant w krótkim odstępie czasu zdobył dwie bramki z rzędu, potem jedną dołożył Damian Matuszewski i sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Bad Boys próbowali różnych środków, by ratować ten niekorzystny wynik. Na bramkę poszedł Piotrek Stańczak, do pola wskoczył mający sporo sił Marcin Szczapa, ale nawet jeśli obraz gry się wyrównał, to zawodnicy z Ostrówka nie mogli odczarować bramki Filipa Kosińskiego. Chęci na pewno były, ale okazało się to za mało, nawet jeśli w kilku sytuacjach zapachniało trafieniem kontaktowym. PrefBud wrócił więc z naprawdę dalekiej podróży. Przegrywał, frustrował się, ale potrafił przełamać niemoc i dzięki temu zgarnął komplet oczek. Życie nauczyło nas jednak, by w przypadku zespołu Rafała Kowalczyka nie wyciągać za daleko idących wniosków po jednym zwycięstwie. Poczekajmy na rywala z najwyższej półki i wtedy dowiemy się, czy ta ekipa może realnie włączyć się do walki o medale. Te z kolei nie grożą Bad Boys. O ile jednak w poprzednich meczach to oni gonili rywali i w większości przypadków nie doganiali, tak tutaj mieli wszystko w swoich rękach. I na własnej skórze przekonali się, że czasami faktycznie łatwiej gonić, niż uciekać…

Nie wiemy z kolei co się w niedzielę stało z zespołem FC Spectare. I piszemy to w jak najbardziej pozytywnym kontekście, bo o ile w pierwszych spotkaniach podopieczni Wołodji Lewickiego grali chaotycznie, byli niepoukładani i nieskuteczni, tak to co zaprezentowali wczoraj było po prostu znakomite. Wiemy, że nie jest fajnie coś takiego czytać będąc zawodnikiem Show Teamu, bo ten zespół ma cholernego pecha. Zawsze gdy gra z rywalem z dołu tabeli, to los tak chce, że swój najlepszy mecz w sezonie ten zespół gra właśnie z ekipą Przemka Matusiaka. Jesteśmy przekonani, że gdyby Show Team trafił na Spectare tydzień wcześniej – wygrałby w cuglach. Bo wczoraj niby to byli ci sami zawodnicy co zawsze po stronie drużyny zza naszej wschodniej granicy, ale grali zupełnie inaczej niż zwykle. Byli wreszcie zdyscyplinowani, byli konkretni, w końcu była pozytywna mobilizacja i to wszystko dało im nieoczekiwany sukces. Ale kto był na tym meczu ten wie, że finał tej potyczki mógł być inny. W pierwszej połowie Show Team miał kilka okazji, choćby Adrian Jóźwiak trafił w słupek, a gdy wydawało się, że premierowe 25 minut skończy się bezbramkowo, genialnym uderzeniem popisał się Andgej Tityk. To zupełnie zmroziło przeciwników, którzy byli w takim szoku, że za chwilę stracili kolejną bramkę i niespodzianka zawisła w powietrzu. W drugiej połowie faworytów trzymał w grze Piotrek Bober. To on zdobył bramkę na 1:2, a potem na 2:3, z kolei kulminacyjny moment spotkania przypadł na 45 minutę. Faul w polu karnym, arbiter słusznie wskazuje na „wapno”, do piłki podchodzi Radek Wiśniewski i… jego strzał broni Dariusz Niedzieski! Kapitalna interwencja golkipera Spectare uchroniła zespół od straty gola, a dosłownie w następnej akcji przypomina o sobie Andgej Tityk i znów fantastycznym strzałem z dystansu wyprowadza swoją drużynę na dwie bramki przewagi! Już wtedy wiedzieliśmy, że Spectare tego nie puści. Ten zespół był tak zmobilizowany, że prawdopodobnie mógłby rozegrać jeszcze jeden mecz tego dnia. Ale na wszelki wypadek, po błędzie obrony Show Teamu, stempel na zwycięstwie postawił kapitan Wołodja Lewicki i coś co wydawało się niemożliwe, stało się rzeczywistością! Wielkie brawa dla triumfatorów, bo mieli swój dzień, widać że wyciągnęli wnioski z poprzednich meczów i zapracowali sobie na ten sukces. Mamy nadzieję, że teraz już w każdym kolejnym spotkaniu będą grali z taką pasją i zaangażowaniem jak wczoraj. I teraz pewnie powinniśmy napisać, że Show Team znowu zawiódł. Ale wiecie co? Nie. To nie było tak, że ta drużyna zagrała słabo. Po prostu trafiła na świetnie dysponowanego konkurenta, a na domiar złego sama sobie nie pomogła, nie wykorzystując rzutu karnego. I chociaż wiemy, że na pewno to przeżywają, to fakt iż stworzyli wspólnie z rywalami super widowisko, powinno im tę porażkę chociaż trochę osłodzić.

Po wielkich emocjach w meczu drugiej ligi, niemniejsze przeżywaliśmy na poziomie pierwszej. Aczkolwiek zanim zaczęło się spotkanie między HandyMan a Al-Maj Car, to ci drudzy kazali nam na siebie trochę poczekać, bo na Orlik przyjechali spóźnieni o 20 minut. Ale mimo, że część z nich na placu gry pojawiła się prostu z samochodu, to jak widzimy po wyniku – nie miało to żadnego znaczenia! Ktoś powie, że stała się tutaj wielka sensacja – wszak drużyna, która ostatnio ogrywała ligową czołówkę, przegrała z outsiderem. My pisaliśmy w zapowiedziach, że to wcale nie będzie mecz do jednej bramki, bo Hendymeni nie będą mieli okazji zagrać tego co lubią najbardziej. No i okazało się, że gdy nie mogą się bronić, a muszą atakować, to jest problem. Już na samym początku spotkania dało się zauważyć, że nie najlepiej czują się w tym schemacie, bo nie minął kwadrans a dwukrotnie Kamil Portacha musiał wyjmować piłkę z siatki, co przy jednym trafieniu Jarka Rozbickiego dawało wynik 1:2. Obóz Krzyśka Smolika potrafił jednak wrócić na właściwe tory. W 23 minucie kuriozalną bramkę zdobył Mariusz Godlewski, nabity piłką przez Łukasza Grochowskiego, a gdy w 31 minucie równie oryginalnego gola zdobył Łukasza Kokosza, HandyMan mieli co chcieli. Prowadzili, mogli się cofnąć i czekać na to, co zaproponuje oponent. Ale to się tak łatwo mówi. Elewacyjni nie stanowili takiego monolitu jak ostatnio. To nie był mur nie do przeskoczenia i w 40 minucie mieliśmy remis, po tym jak mimo że wokół Alana Wojdy było kilku obrońców, ten zdołał się odwrócić z piłką i posłać ją obok popularnego „Jaszyna”. Najciekawsze miało jednak dopiero nadejść. W 46 minucie Grzesiek Wojda otrzymuje żółtą kartkę i gracze w żółtych koszulkach mają 120 sekundy gry w przewadze. Ale nie dość, że tego nie wykorzystują, to jeszcze w 48 minucie Daniel Laskowski fauluje w polu karnym Łukasza Grochowskiego i arbiter nie ma wątpliwości – karny! Sam poszkodowany decyduje się wymierzyć sprawiedliwość, a ponieważ robi to tak jak trzeba, to wynik zmienia swoją postać na 4:3 i tak już zostaje do ostatniego gwizdka! Można powiedzieć, że Al-Maj w końcu zrobił to, na co już dawno zasłużył, ale uczciwie na to zapracował. Bo gdy w poprzednich meczach paliwa brakowało mu mniej więcej od 40 minuty, tak tutaj potrafił utrzymać swój poziom do końca, za co został wynagrodzony. A to oznacza, że z jeszcze większą werwą podejdzie do kolejnych meczów i trochę psikusów może jeszcze sprawić. Co zaś się tyczy HandyMan, to wiemy że chłopaki czuli się trochę poszkodowani decyzją arbitra z 49 minuty. My jesteśmy już po analizie całego zdarzenia i według nas sędzia miał pełne prawo użyć gwizdka. Poza tym nie sprowadzajmy wyniku spotkania do tego konkretnego wskazania. Bo gdyby Hendymeni zagrali tak jak powinni, to my o tej sytuacji w ogóle byśmy nie rozmawiali. Mieli 3:2, mieli przez pewien czas przewagę jednego zawodnika. I co? I nic. Oni nie przegrali przez to, że sędzia zagwizdał karnego, tylko przez to, że nie byli wystarczająco dobrzy, żeby zasłużyć na zwycięstwo. Tak jak to miało miejsce tydzień czy dwa tygodnie temu.

Z Maćkiem Łysiakem w bramce Al-Maj Car nie zwykł przegrywać.

W przysłowiowym ogródku byli za to wczoraj reprezentanci Rekinów. Po tym, jak przegrali z Retro, byli na pewno zdeterminowani, by błyskawicznie wrócić na zwycięską ścieżkę i gdy po 20 minutach prowadzili z Joga Bonito 3:0, wszystko zdawało się być jasne. Tym bardziej, że Joga grała w tym meczu jak to Joga – znów powielała te same błędy w defensywie, była niedokładna, a przy bramce na 0:3 w obronie nie było nikogo. Kryminał. Co prawda wiedzieliśmy, że chłopaki się nie poddadzą, no ale nawet za jakieś grosze nie postawilibyśmy, że będą w stanie do tego meczu wrócić. Tym czasem oni zdobyli sześć kolejnych goli z rzędu! Tak, tak – dokładnie tyle. Wszystko zaczęło się w 24 minucie, gdy sygnał do ataku dał Łukasz Pokrzywnicki. To był zresztą One Man Show, bo uprzedzając wypadki – Łukasz na siedem goli zespołu, miał cztery gole i trzy asysty. I w tym momencie warto się zatrzymać. Bo już w zapowiedziach pisaliśmy, że na tego gościa trzeba uważać. Że trzeba go odciąć do piłek, bo wszystko co dobre w ekipie Jogi niemal zawsze przechodzi przez jego nogi. I gdy widzisz, że zawodnik zdobywa gola za golem, to przynajmniej teoretycznie MUSISZ go wreszcie otoczyć specjalną opieką. Ale Rekiny były w takim szoku, że pogubiły się kompletnie. Z zespołu, który w premierowych minutach emanował pewnością siebie, nic nie zostało. Dochodziło do sytuacji, że Joga zdobywała bramkę, po czym podchodziła do przeciwnika i już przy pierwszym jego zagraniu odbierała piłkę i notowała kolejną bramkę. Tak po prostu nie można. Nic się tam nie układało, jakby gracze w żółtych koszulkach po prostu zapomnieli jak się gra w piłkę. A Joga robiła co chciała. Podchodziła wysoko, zabierała futbolówkę a Marcin Stolarski mógł jedynie patrzeć, jak jego koledzy wystawiają go na pewną kapitulację. To była sytuacja z gatunku tych, że gdyby Rekiny miały możliwość wcześniejszego zakończenia meczu, to by z niej skorzystały, a tak trzeba było znosić te męczarnie, których skutkiem były kolejne bramki. Skończyło się na 4:7, czyli samą drugą połowę zawodnicy z Ząbek przegrali 1:6. Ale nie będziemy się nad nimi pastwić, bo wiemy, że po meczu wyjaśniali sobie pewne sprawy i mamy nadzieję, że podczas czwartej kolejki zobaczymy ich poprzednią wersję. Natomiast Joga zagrała być może najlepsze 25 minut w swojej przygodzie w Strefie Szóstek. Nie byłoby jednak tego, gdyby nie Łukasz Pokrzywnicki. Strzelał, asystował, motywował, podpowiadał – odnosiliśmy wrażenie, że jego koledzy po prostu bali się ten mecz przegrać, bo Łukasz mógłby im tego nie darować. Na szczęście wszyscy wyszli z tego cało i być może Joga wreszcie uwierzy, że w Strefie Szóstek wcale nie musi pełnić roli mało znaczącego statysty.

Wszystkie statystyki z czwartej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Jutro koło południa spodziewajcie się z kolei terminarza na następny weekend.

Dodaj komentarz