Green Team znowu najlepszy! To był fantastyczny finał!


W meczu o wszystko ekipa Adriana Wojdy pokonała 5:3 Copa FC i tym samym obroniła tytuł mistrza Strefy 6! A samo spotkanie było pasjonujące i na pewno przejdzie do historii naszych rozgrywek.

Ostatnia kolejka za nami, a zatem za nami również ostatnia transmisja LIVE w tym sezonie. Dzięki, że byliście z nami, liczymy że uprzyjemniliśmy Wam niedzielnie przedpołudnie i możemy jedynie żałować, iż nie zdecydowaliśmy się, by puścić Wam również mecz Retro – Al-Maj, bo działo się tutaj sporo. Dodatkowo mielibyśmy wtedy sporo czasu na posprzątanie wozu transmisyjnego, bo jak się okazało – mecz nr 6 między Lemą a Black Dragons nie doszedł do skutku. No ale trudno. Kto nas w niedzielę nie oglądał, to poniżej może nadrobić zaległości. Pamiętajcie, że wciąż możecie zostawić pod tym materiałem polubienie, a nie zapominajcie również o subskrypcjach. Nasz licznik powoli rośnie, z czego bardzo się cieszymy.

A powiedzmy sobie od razu, że na relację LIVE przypadły naprawdę niezłe mecze. Choćby ten pierwszy między HandyMan a PrefBudem nie spowodował u nas ziewania, a zawodnicy – mimo że wielkiej stawki nie było – dali z siebie ile mogli. Hendymeni po pokonaniu Al-Maru mieli apetyt na drugie zwycięstwo z rzędu, które pozwoliłoby uniknąć ostatniego miejsca w pierwszej lidze. No i początek był obiecujący, bo gracze w żółtych koszulkach dość szybko wyszli na prowadzenie, ale potem inicjatywę przejęli rywale. Pozwoliło im to w przeciągu zaledwie 10 minut zmienić wynik na 3:1 i wyglądało na to, że losy trzech punktów są rozstrzygnięte. Hendymeni nie stali jednak biernie i nie oczekiwali na kolejne ciosy, aczkolwiek brakowało im skuteczności. Zwłaszcza Krzysiek Smolik może mieć sobie coś do zarzucenia po pierwszej połowie, bo w jej końcówce zmarnował dwie doskonałe okazje i zamiast 3:2 zrobiło się zaraz 4:1 i było po sprawie. PrefBud grał mądrze, nie spieszył się, zabezpieczał tyły i był chyba przekonany, że z przodu i tak coś wpadnie. Tak też było. Zespół z Tulewa kontrolował swoją przewagę, w żadnym momencie spotkania nie czuł zagrożenia i spokojnie dowiózł do końca pewne zwycięstwo. Cała pula dała drużynie Rafała Kowalczyka piąte miejsce na koniec sezonu, ale przede wszystkim przerwała serię czterech porażek. Miała więc ona słodko-gorzki smak, bo na pewno fajnie zakończyć ligę pozytywnym akcentem, ale początek sezonu zwiastował, że walka będzie szła o coś więcej niż środek tabeli. Wydaje się, że przydałoby się tutaj jeszcze z dwóch konkretnych i regularnych graczy, bo podwaliny pod sukces są i jakaś świeża krowa mogłaby zrobić różnicę. Poczekamy co wymyśli przez wakacje Rafał Kowalczyk. Co do Hendymenów, to oni ludzi mają – gorzej było z regularnością co po niektórych. Stała obecność Maćka Sadochy czy też większa liczba spotkań Patryka Wieczorka – to mogłoby przynieść kilka punktów więcej. Ale z drugiej strony – po co mieć zawodników w składzie na jeden-dwa mecze? Może lepiej skupić się na tych co są i z nimi spróbować nawiązać do sukcesu z drugiej edycji. Tym bardziej, że jak pokazał mecz z Al-Marem, HandyMan to wciąż zespół konkurencyjny, nawet jeśli o tym sezonie musi jak najszybciej zapomnieć.

A skoro o Al-Marze napomknęliśmy, to także on jest wśród drużyn, które chętnie wzięłyby gumkę i wymazały swoje tegoroczne „osiągnięcia” w Strefie 6. Chociaż tę edycję można było jeszcze uratować, lecz porażka przed tygodniem z HandyMan spowodowała, iż konfrontacja z Beer Teamem miała stawkę wyłącznie dla rywali. I była ona niemała, bo rozchodziło się o brązowe medale i by po nie sięgnąć należało tutaj zdobyć jeden punkt. Tyle że podobnie jak w szóstej kolejce, tak i teraz ekipa Mateusza Karpińskiego sama utrudniła sobie sprawę. Wykartkowany był nominalny bramkarz, brakowało też kilku innych graczy i na ławce rezerwowych był zaledwie jeden zawodnik. Al-Mar przyjechał z kolei mocnym składem, być może zmobilizowany przez AutoSzyby, które czekały na wpadkę Beer Teamu. Ale tutaj długo nic nie wskazywało na to, że Al-Mar może pomóc i sobie i Szybom. Mało przekonująca gra i proste błędy w obronie spowodowały, że to rywale prowadzili 3:1 i z perspektywy przegrywających sprawa wydawała się być trudna do ogarnięcia. Ale być może kluczowy okazał się gol, jaki w 22 minucie zdobył Adam Baran. Klasyczne trafienie „do szatni” spowodowało, że przegrywający wyszli na drugą połowę z nową werwą i błyskawicznie po rozpoczęciu gry doprowadzili do wyrównania. Potem mieliśmy krótki okres, gdzie to Beer Team wrócił do głosu i miał dwie idealne okazje, by znowu być na prowadzeniu. Najpierw dobrą obroną popisał się jednak Maciek Sobota, a potem piłkę z linii bramkowej wybił Adrian Rychta. Z kolei za chwilę rozpoczął nam się Sebastian Laskowski Show! Ten zawodnik znany jest ze swojej ambicji i przebojowości i to właśnie te dwa czynniki spowodowały, że w 39 minucie wykorzystał błąd Sebastiana Płócienniczaka i zdobył gola na 4:3! Za chwilę dołożył kolejnego, a 60 sekund później popisał się asystą do Rafała Błońskiego i w zaledwie 120 sekund Al-Mar zbudował sobie trzybramkową przewagę! Tego nie można już było popsuć, chociaż sprawa szybko się skomplikowała. Najpierw gola zdobył Kacper Banaszek, a potem za czerwoną kartkę z boiska wyleciał Patryk Greloch. Zespół z Wołomina dobrze się jednak bronił, umiejętnie zyskiwał cenne sekundy i finalnie – ku uciesze AutoSzyb – wytrwał do ostatniego gwizdka sędziego. I pomyśleć, że gdyby nie przegrana z Handy, to dziś miałby na koncie brązowe medale… No ale nic z tego. Brak wspólnej gry zrobił swoje i ciekawe, czy chłopaki coś z tym spróbują zrobić, czy zostawią jak jest – ale wówczas nie mogą oczekiwać, że kolejny sezon będzie lepszy. Jeśli zaś chodzi o Beer Team, to szkoda że tak to się skończyło. Przez długi czas byli w TOP 3 ligi, ale kontuzje (Konrada Kanona i Pawła Cackowskiego) oraz braki kadrowe odarły ich z marzeń. Mimo to oceniamy ich pozytywnie, podobali nam się zwłaszcza bracia Banaszek, którzy mogli stanowić wzór nie tylko frekwencyjny, ale też postawy na boisku dla reszty kolegów. Jakby mieli jeszcze ze dwóch braci, to podium byłoby minimum o co ten zespół by walczył. A tak zamiast medali, skończyło się na potężnym kacu.

Rozczarowanie jednych stanowiło podstawy do radości drugich. W tym przypadku byli to gracze AutoSzyb, którzy wygrywając z Bad Boys wskakiwali do pociągu o nazwie „Trzecie miejsce”. I tak jak się spodziewaliśmy – Kamil Wiśniewski postanowił, że tej szansy nie zmarnuje. Że nawet jeśli na boisku jego ekipa okaże się słabsza, to pod względem kadrowym on zrobi wszystko, by skład był optymalny. I tak też było – kadra Szyb prezentowała się bardzo solidnie, w przeciwieństwo do obozu Złych Chłopców. Tam manewry były bardzo ograniczone, bo był tylko jeden rezerwowy, a w porównaniu do spotkania z Green Teamem brakowało choćby Michała i Pawła Szczapów. To nie wróżyło najlepiej i gdy po jedenastu minutach wynik brzmiał 3:0, spodziewaliśmy się masakry. Zwłaszcza, że Bad Boys tracili gole nawet wtedy, gdy grali w liczebnej przewadze. Ale dość niespodziewanie (chyba dla wszystkich) sytuacje nagle się odwróciła! Być może AutoSzyby pomyślały, że nic im już nie grozi i spuściły z tonu, bo z wyniku 3:0 szybko zrobiło się 3:3! Z czego dwa ostatnie gole dla chłopaków z Ostrówka to proste błędy obrony i bramkarza, które bezlitośnie wykorzystywali bracia Woźniakowie. No ale mylił się ten kto sądził, że mamy do czynienia z odwróceniem losów spotkania. Szyby jeszcze w końcówce pierwszej połowy ponownie objęły prowadzenie, a w drugiej to już był koncert jednego zespołu. Zmęczeni Bad Boys nie nadążali za przeciwnikami, którzy regularnie dziurawili siatkę Darka Żaboklickiego i w 35 minucie rezultat opiewał na pięć bramek różnicy! Ekipa Kamila Wiśniewskiego w końcówce dorzuciła jeszcze trzy i finalnie wygrała to spotkanie aż 11:3! Tym samym, mimo iż po trzech kolejkach nie miała ANI JEDNEGO PUNKTU, skończyła rozgrywki na najniższym stopniu podium – co za finisz! Owszem – trzeba napisać, że rywale trochę im pomogli, bo nagle zaczęli gremialnie gubić punkty. Ale szczęściu trzeba umieć dopomóc i to ten zespół zrobił. Brawo! Być może to spowoduje, że pewien ciężar spadnie im z serca i w kolejnej edycji powalczą o coś jeszcze większego, zwłaszcza że patrząc na skład, są do tego predestynowani. A Bad Boys? Cóż, znajdują się w gronie ekip, które cieszą się, że ten sezon się skończył. Gdy mieli skład, grali jak równy z równym z każdym przeciwnikiem. Gdy nie mieli, to kończyło się tak, jak w ostatniej kolejce. Na pocieszenie pozostaje im świadomość, że jako jedyni urwali punkty mistrzom naszych rozgrywek. To oraz przekonanie, że gorzej już raczej nie będzie, daje nadzieję, że w czwartej edycji znowu zobaczymy ich prawdziwe „złe” oblicze.

Zwycięstwa nad wyżej notowanym rywalem nie udało się też odnieść Jodze Bonito. Podopieczni Bartka Brejnaka mierzyli się z AKS Elektro, dla którego to spotkanie mogło stanowić przepustkę nawet do pierwszej ligi. Warunkiem było zwycięstwo i strata punktów przez Al-Maj. Ale żeby zaszachować markowian, wpierw trzeba było skupić się na swoim zadaniu. I trzeba powiedzieć, że jego realizacja przyszła Elektrycznym dość łatwo. Tutaj już po kwadransie zespół Piotrka Biskupskiego prowadził 3:0, ale nie stanowiło to wielkiego zdziwienia, bo Joga bardzo często dokonywała w szeregach obronnych samozapłonu. Mnóstwo niedokładności, mnóstwo niecelnych podań na kilka metrów i to powodowało, że AKS zdobywał łatwe gole. Co więcej – trafienie na 3:0 były trafieniem samobójczym, bo będący pod presją Michał Chaciński źle odegrał do własnego bramkarza i łatwo się domyślić, jak to się skończyło. Tak naprawdę, to gracze Bonito tylko na początku drugiej połowy zagrali na dobrym poziomie. I od razu przyniosło to efekty – najpierw gola zdobył Adrian Poniatowski, który wrócił do gry po długiej przerwie spowodowanej kontuzją, z kolei bramkę na 3:2 zanotował Kuba Pergoł. Wspomniany Adrian Poniatowski miał też okazję, by doprowadzić do remisu, ale świetnie zachował się bramkarz AKSu Adam Pietkiewicz. No ale to byłoby na tyle. Po chwili wszystko wróciło do normy, a normą w tym spotkaniu była przewaga Elektro. I tak ze stanu 3:2 w trakcie zaledwie 5 minut, zrobiło się 7:2! Joga odpowiedziała jeszcze bardzo ładnym trafieniem Adriana Poniatowskiego, jednak na więcej nie było ją stać. I prawdę mówiąc – dobra gra autora dwóch bramek to jedyny pozytywy z tego spotkania. Gracze w czerwono-białych koszulkach byli apatyczni, a największe zagrożenie stanowili sami dla siebie. Brakowało im spokoju w rozegraniu, cierpliwości i AKS naprawdę nie musiał tutaj grać „cudów”, żeby łatwo zainkasować trzy punkty. A jak się okazało za godzinę – ten triumf oznaczał, że AKS Elektro zakończył ligę na drugim miejscu i wywalczył sobie przepustkę do elity! Tego nie można było przewidzieć, bo Elektryczni początkowo nie dawali sygnałów, że walka o taką stawkę ich interesuje i że stać ich, by o nią powalczyć. Ale gra się zazębiała, zawodnicy coraz lepiej poznawali, rywale gubili punkty i stało się! I chyba nawet nie ma sensu analizować, co będzie w pierwszej lidze, tylko trzeba się cieszyć chwilą. A Joga może na to patrzeć z zazdrością. Bo czy ma dużo gorszy skład niż AKS? Na pewno nie. Ale brakuje tej ekipie pazura, czegoś co pozwoli jej wyjść ze szponów przeciętności. I teraz będą mieli czas, by tego antidotum poszukać.

O godzinie 12:00 swój mecz rozpoczął z kolei ówczesny wicelider drugiej ligi – Al-Maj Car. A ponieważ już wiedział, że AKS wygrał, to chcąc zakończyć rozgrywki tuż za plecami Black Dragons musiał uczynić to samo. Ale rywal nie był z pierwszej, lepszej łapanki. Retro powstało w drugiej części sezonu niczym feniks z popiołów i zaczęło gromadzić punkty. Mimo to nie liczyliśmy, że chłopakom uda się tutaj sprawić niespodziankę, bo jednak Al-Maj nie po to ogrywał Czarne Smoki, by teraz potknąć się na ekipie z dołu tabeli. No ale dziś już wiemy, że drużyna Grześka Wojdy zawiodła. I nie można zwalić na to, że miała gorszy skład niż zwykle, bo nie miała. Był Łukasz Grochowski, był Bartek Domała, a dodatkowo przyjechał też Adrian Górny, który kazał czekać na siebie aż siedem kolejek. No ale to nie pomogło Al-Majowi. Chociaż po pierwszej połowie wcale byśmy nie powiedzieli, że ta misja skończy się klęską. Faworyci wyszli bowiem ze stanu 0:1 i po bramkach wspomnianego Adriana Górnego oraz Alana Wojdy prowadzili 2:1. Jeden gol różnicy w lidze szóstek nic jednak nie znaczy i Retro też o tym wiedziało. Ten zespół na początku drugiej odsłony szybko doprowadził do remisu, a potem wcale nie kalkulował i chciał tutaj wygrać. W naszej ocenie zachował on więcej sił na końcówkę i gdy doszło do sytuacji, że Al-Maj rzucił tutaj wszystko na jedną kartę, to na bramkę tego zespołu co chwilę szedł groźny kontratak. Ale tu był największy problem Retro – skuteczność. Mimo że kilkukrotnie dochodzili do sytuacji 3 na 2 lub 3 na 1, to w kluczowych momentach nie potrafili zachować zimnej krwi. To mogło się zemścić, bo Al-Maj także zagrażał Arturowi Szczotce i oglądaliśmy niesamowitą wymianę ciosów. A czas upływał. Markowianie w samej końcówce atakowali już wszystkim co mieli, ale na nic się to zdało i tylko zremisowali, przez co marzenia o pierwszej lidze muszą odłożyć o kolejny sezon! Spory zawód, bo wszystko mieli w swoich nogach, a jednak nie dali rady. Pretensje mogą mieć tylko do siebie. Choć z drugiej strony – mieli też trochę pecha, bo gdyby na Retro trafili na początku sezonu, to pewnie byłoby łatwiej. Podobnie z Lemą, z którą przegrali dość szybko, a ta sama Lema oddaje teraz punkty wszystkim. No ale co zrobić – takie uroki amatorskiej piłki i Al-Maj musi się z tą rzeczywistością pogodzić. Natomiast Retro – szacunek! Nic tutaj nie musieli, grali dla siebie, a znowu pokazali charakter, ale też piłkarską jakość. Pewnie się powtórzymy, ale gdyby w Strefie Szóstek była runda rewanżowa, to oni byliby jednymi z faworytów. Ale i tak mogą być z siebie zadowoleni. Bo styl w jakim zaczynali sezon, a styl w jakim kończyli, to były dwie różne drużyny. I obyśmy na tę drugą nie musieli w kolejnej edycji czekać równie długo co teraz 😉

Jako szósty mecz w kolejności miał się odbyć ten między Lemą a Black Dragons. Otrzymaliśmy jednak wiadomość, że ci pierwsi się nie zbiorą. Dodajmy, że w piątek pisaliśmy do kapitana Lemy, podejrzewając problemy, czy na pewno przyjadą. Otrzymaliśmy zapewnienie, że nie powinno być z tym kłopotu. Skończyło się tak, jak wszyscy widzimy. Ale nie chcemy tak tego zostawić. Spróbujemy doprowadzić ten mecz do skutku, by wszyscy mieli równe szanse jeśli chodzi o statystyki indywidualne. A Lema jest to winna rozgrywkom, bo w historii Strefy 6 to dopiero drugi walkower i drugi oddany przez ten właśnie zespół (pierwszy miał miejsce w premierowym sezonie). Tego trochę już za wiele. Dlatego trzeba się tutaj spiąć i może po znalezieniu optymalnego terminu, ta potyczka zostanie rozegrana. Chociaż wielkiego wpływu mieć ona nie będzie, bo Logistyczni o nic już nie walczą, z kolei Black Dragons są pewni tytułu. Ale to nie oznacza, że to wszystko można tak zostawić!

Do swoich obowiązków poważnie podeszli za to uczestnicy kolejnej potyczki – Show Team i Box Garda. Starcie to nie miało może wielkiej stawki, aczkolwiek niewiele zabrakło, by dla ekipy Przemka Matusiaka był to mecz o brąz. Gdyby bowiem Al-Maj przegrał z Retro, to wtedy wygrana Show Teamu w ostatniej kolejce dałaby najniższy stopień podium. No ale jak wiemy w tamtym meczu skończyło się remisem. Tym samym jedni i drudzy grali tutaj dla własnej satysfakcji, ale to nie przeszkodziło im stworzyć fajnego widowiska. Padły w nim co prawda tylko cztery gole, jednak mogło zdecydowanie więcej, bo skuteczność po obu stronach była słaba. Być może wpływ miała na to nieobecność Daniela Jarosa po stronie Bokserów. Ten zawodnik dojechał na spotkanie ze sporym opóźnieniem i niestety nie odegrał w nim takiej roli jak zwykle. A dość nieoczywistym bohaterem spotkania okazał się Patryk Sulewski. To on wpierw rozpoczął, a potem zakończył strzelanie w tym meczu i jego dwa gole przyczyniły się do sukcesu Show Team. A co działo się miedzy tymi dwoma bramkami? Większą kulturą gry wykazywali się późniejsi triumfatorzy. Było to spowodowane tym, że Box Gardzie brakowało jednak kilku graczy i nie była ona w stanie utrzymać wysokiego tempa. Poza tym cały czas męczył ich Radek Wiśniewski, który jak zwykle groził uderzeniem z każdej pozycji. Bokserzy kogoś takiego nie mieli. I przez to generował im się problem z utrzymaniem piłki. Nie był to na pewno ten zespół, który widzieliśmy tydzień wcześniej przeciwko Lemie. Tam wszystko grało, akcje były szybkie i płynne. Tutaj tego brakowało i nic dziwnego, że ten końcowy wynik był niekorzystny. W 37 minucie markowianie mieli jeszcze okazję, by wrócić do tego spotkania, lecz piłki do pustej bramki nie potrafił skierować Damian Malinowski. Po tym pudle Garda już się nie podniosła, chociaż okazji trochę było, ale oddajmy Czarkowi Murawskiemu że był tego dnia w naprawdę dobrej dyspozycji. Skończyło się więc na 3:1, co dla triumfatorów oznaczało czwarte miejsce na koniec sezonu. Jest to progres w porównaniu do drugiej edycji, aczkolwiek miesza się on z niedosytem, bo w pewnym momencie sezonu wyglądało na to, że podium jest obowiązkiem. To pokazuje, że chociaż to zgranie idzie w dobrym kierunku, to wciąż jest nad czym pracować. Podobnie jak w Box Gardzie. Tutaj również gołym okiem da się zauważyć poprawę jakości gry, ale też nie brakuje mankamentów, nad którymi trzeba się pochylić. Dlatego kto wie – może mecz między tymi ekipami w kolejnym sezonie nie będzie spotkaniem o pietruszkę, a o poważne, ligowe trofeum? Przekonamy się już jesienią.

A o chwałę, o tytuł, o zapisanie się w księgach Strefy Szóstek walczyły w niedzielę dwie najlepsze ekipy sezonu Wiosna 2021. Po jednej strony Green Team – obrońca tytułu i zespół, który w tej edycji jeszcze nie zaznał smaku porażki. Po drugiej stronie Copa FC, być może najbardziej widowiskowo grająca ekipa, która chciała powetować sobie przegraną w wielkim finale pierwszej edycji i tym razem zapisać decydujący mecz na swoje konto. Obydwaj kapitanowie mieli komfort jeśli chodzi o kwestie kadrowe. Na Warszawską 41 przyjechali najlepsi z najlepszych, a to zwiastowało ogromne emocje. Green Teamowi starczał remis, ale granie na jeden punkt zawsze kończy się tak samo – zerem. Dlatego Adrian Wojda na pewno nie kalkulował i prosił kolegów by grali tak jak zwykle, bez względu na wynik. Ale ten mecz nie mógł się rozpocząć dla urzędujących mistrzów gorzej. Oni w pierwszych minutach praktycznie nie istnieli i po fantastycznym golu Mateusza Marcinkiewicza oraz trafieniu Sebastiana Sasina przegrywali 2:0. A to nie był najniższy wymiar kary, bo Zieloni byli sparaliżowani. Proste piłki słali do przeciwnika, w obronie nie tworzyli monolitu i gdyby stracili jeszcze jedną bramkę, to nie mogliby mieć do nikogo pretensji. Jednak mistrzów nie można lekceważyć. A sygnał do ataku dał ten, którego wybraliśmy w poprzednim sezonie najlepszym zawodnikiem – Patryk Stankowski. Dla niektórych to był zaskakujący wybór, ale i wtedy mówiliśmy, że nie chodzi tylko o umiejętności, a przede wszystkim o wpływ na drużynę. W 9 minucie zdobył bramkę kontaktową i mecz się wyrównał. Co więcej – to Green Team zaczął powoli zdobywać inicjatywę, z kolei Copa zaczęła się gubić. A jej kolejny problem nazywał się Piotr Bielecki. Ten gracz zdominował dalsze losy spotkania i to jego dwa gole spowodowały, że w 31 minucie Zieloni byli o bramkę z przodu! Wtedy przypomniał o sobie Mateusz Marcinkiewicz. Nieprawdopodobny rajd zakończony cudowną asystą i Przemek Gronek powoduje, że w tym meczu znów wiemy, że nic nie wiemy! Końcówka należy jednak do obrońców tytułu. Piotrek Krzemiński podaje z autu do Piotrka Bieleckiego, a ten mocnym strzałem pokonuje Darka Wasia! I gdy Kopacze wiedzą, że muszą zaryzykować za wszelką cenę, po chwili spotyka ich kolejny cios, gdy Rafał Kudrzycki przypadkowo zmienia tor lotu piłki po strzale kolegi i myli zdezorientowanego bramkarza Copy. Tutaj nic nie mogło się już zmienić. GREEEN DRUGI RAZ Z RZĘDU ZOSTAJE MISTRZEM STREFY 6! Były takie głosy w drugiej edycji, że ich tytuł był wypadkową szczęścia i słabości rywali. I każdy może mieć swoje zdanie. Ale nawet jeśli, to co ci sceptycy powiedzą teraz? Sześć zwycięstw, jeden remis i powrót ze stanu 0:2 w spotkaniu o wszystko. Tak wygrywają tylko najlepsi. BRAWO! Ale i Copie należą się gratulacje. Liczyli na więcej i oczywiście nikt im tego „więcej” nie zabronił osiągnąć. Sukces mieli na tacy – 2:0, rywal w narożniku, wystarczyło to spokojnie kontrolować. Ale nie chcemy się mądrzyć – niestety finały mają to do siebie, że nie ma w nich rewanżów. Być może w ich przypadku sprawdzi się powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Każdy zresztą wie, że ich czas nadejdzie, a na razie pozostaje im miano godnych, finałowych rywali dla późniejszych mistrzów. Bo wspólnie z Green Teamem stworzyli MEGA widowisko. I oby takich meczów jak najwięcej, bo to był taki finał, o którym pamięta się przez długie lata.

Wszystkie statystyki z ostatniej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Zdjęcia, wywiady, TOP 6, Puchar Ligi, wybór bramki sezonu – jeszcze sporo atrakcji przed Wami 😉

Dodaj komentarz