Green Team z patentem na HandyMan. Walec z Tulewa rozjechał Show Team.


Tegoroczna edycja pokazuje, że nie jest łatwo utrzymać równą formę i to nawet na krótkim odcinku czasu. To nie jest dobra informacja dla poszczególnych drużyn, ale bardzo dobra dla rozgrywek. Co tydzień dzieje się bowiem bardzo dużo!

Trochę obawialiśmy się, w jakich warunkach przyjdzie na rozgrywać niedzielne potyczki. Prognozy były średnie, ale natura okazała się łaskawa i wszystkie mecze rozegraliśmy przy dobrej aurze i w równych warunkach. A na boiskowej scenie jako pierwsi zameldowali się gracze AutoSzyb i The Naturatu. Zastanawiamy się, kto się tu kogo bardziej obawiał, bo po tym co ekipa Szymona Baranowskiego osiągnęła przeciwko Show Teamowi, na pewno pojawił się jakiś pierwiastek niepokoju w obozie faworytów. Potwierdziła to pierwsza połowa tego spotkania, która zakończyła się bardzo skromnym prowadzeniem AutoSzyb w stosunku 2:1. Trzeba tutaj oddać chwałę obydwu bramkarzom, bo i Artur Jaguszewski i Serek Modzelewski bronili świetnie i to w głównej mierze ich zasługa, że w pierwszej połowie zobaczyliśmy tak mało goli. To wszystko powodowało, że ostrzyliśmy sobie zęby na finałowe 25 minut, ale tutaj przewaga drużyny Kamila Wiśniewskiego rosła już z minuty na minutę i w końcu worek z bramkami się rozwiązał. Fioletowych najbardziej powinna boleć utrata gola na 1:3, gdzie zrobili zmianę podczas gdy rywale przeprowadzali swoją akcję, a takie rzeczy zawsze kończą się tragicznie. Po tym trafieniu The Naturat otworzył się, co dało okazję przeciwnikom do regularnych kontr. I gdyby AutoSzyby wykorzystały chociaż połowę z nich, to wynik byłby tutaj dwa razy wyższy. Sam Łukasz Flak spokojnie mógł na swoje konto zapisać 5-6 bramek, ale ciągle czegoś mu brakowało. Na pewno trochę szkoda, że przegrani w końcówce tak mocno odpuścili, bo gdyby aż do finału trzymali się swojej taktyki, to rezultat byłby niższy i w lepszym stopniu oddałby przebieg tego spotkania. Nie zmienia to faktu, że AutoSzyby wygrały zasłużenie i po porażce z HandyMan chyba nie ma w ich głowach śladu. A przynajmniej tak to wygląda na obecną chwilę.

Zahaczyliśmy o HandyMan, no to od razu przechodzimy do ich wczorajszego spotkania. Tydzień wcześniej bardzo ich chwaliliśmy, bo pokazali piłkarską dojrzałość i mieliśmy nadzieję, że takie zwycięstwo może być początkiem czegoś większego. No ale rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię. Kamil Dybek i spółka, mimo że byli zdecydowanymi faworytami meczu z Green Teamem, to ulegli mu 1:4. Dlaczego? Najłatwiej na to pytanie byłoby odpowiedzieć – bo po prostu nie zagrali tak dobrze, jak siedem dni wcześniej. To też. Natomiast dużą stratą okazała się dla nich nieobecność Sebastiana Sasina. Bez jego zmysłu do gry kombinacyjnej, Hendymeni mieli problemy żeby tworzyć dogodne okazje w takiej liczbie jak ostatnio. A nawet gdy już im się to udawało, to brakowało skuteczności. Ale dostrzegając mankamenty w postawie tego zespołu, nie możemy nie docenić dobrej postawy „Zielonych”. Gdy w 13 minucie z bramki zszedł Kamil Portacha a między słupki wskoczył Patryk Stankowski i dosłownie po 120 sekundach gola zdobyli rywale, byliśmy pełni obaw, jak to spotkanie potoczy się dla Green Teamu. Ale chłopaki nic sobie z tego nie zrobili. Nadal skutecznie bronili, nowy bramkarz też spisywał się bez zarzutu, a w ataku wiedzieli, że Rafał Kudrzycki na pewno coś strzeli i to się wszystko sprawdziło. Był jednak moment w drugiej połowie, gdzie HandyMan mieli wręcz obowiązek by doprowadzić do kolejnego remisu, ale Kamil Dybek nie wykorzystał 100% okazji. Przy takim meczu, gdzie wszystko jest na styku, decydują detale. No i to był właśnie jeden z nich. Green Team wykazywał więcej zimnej krwi w polu karnym przeciwnika i w ostatnich dziesięciu minutach jeszcze dwukrotnie znajdował sposób na Daniela Laskowskiego. Wynik 4:1 to naprawdę bardzo cenny skalp w wykonaniu zespołu Adriana Wojdy i każdy dołożył do niego swoją cegiełkę. Pytanie tylko, czy uda się przełożyć to na coś większego. Bo choćby przykład Hendymenów pokazuje, że po jednym ważnym zwycięstwie, kolejne same się „nie zrobią”.

Gdy w sobotni wieczór na FB pokazała się grafika z meczem kolejki, pewnie wielu z Was zmrużyło oczy i zastanawiało się, czy na pewno są na niej herby Bad Boys i Retro. W teorii to miał być przecież lekki mecz dla Złych Chłopców, opromienionych sukcesem nad PrefBudem. Ale za długo w tym biznesie siedzimy, by patrzeć na wszystko zero-jedynkowo. Wiedzieliśmy, że brak Piotrka Stańczaka może zrobić swoje, a w dodatku Retro z każdą kolejką przyprowadza nowego zawodnika z dawnego Beer Teamu, którym tym razem okazał się Damian Nowaczuk. I ten gracz byłby niewątpliwie MVP spotkania, a może nawet kolejki, gdyby cała drużyna Squadu zagrała tak jak on. Damian stanowił niesamowite zagrożenie dla defensywy BB i łącznie zdobył w tym meczu aż trzy gole, a do jedynego którego nie strzelił, dołożył asystę. Jego uderzenia z lewej kończyny siały prawdziwy popłoch w szeregach lidera rozgrywek, ale jak się okazało – to było za mało, by wygrać z przybyszami z Ostrówka. Dla Bad Boys te trzy punkty na pewno będą miały szczególne znaczenie, bo chłopaki grali bardzo młodym składem, warunki fizyczne były zdecydowanie po stronie przeciwników, a jednak nie dali się złamać. Słowo klucz to chyba kolektyw. Podczas gdy w obozie konkurentów szalał przede wszystkim jeden gracz, tak po stronie faworytów więcej było dzielenia się piłką i większa liczba zawodników stanowiła ewentualne zagrożenie. Ale to wcale nie oznacza, że Źli Chłopcy nie przeżywali kryzysów. W drugiej połowie prowadzili już bowiem 4:2, a jednak stracili dwa gole pod rząd. Dość szybko udało im się jednak odpowiedzieć, natomiast pod koniec spotkania mieli też trochę szczęścia, bo Damian Nowaczuk nie odpuszczał i trafił chociażby w słupek. Gdyby więc skończyło się remisem, to ten opis byłby w zupełnie innym tonie, ale być może to jest ta dojrzałość w Bad Boysach o której mówił w wywiadzie Piotrek Stańczak. Że trzeba się też trochę nauczyć „przepychać” mecze będące na styku. I to zaczyna się temu zespołowi udawać, dzięki czemu z nikim nie musi się on już dzielić prowadzeniem w lidze. Teraz trzeba to „tylko” utrzymać.

Jeszcze niedawno drużyną która patrzyła na większość przeciwników z góry był Show Team. Ferajna Przemka Matusiaka grała dobrze, efektownie i miała na swoim koncie dwa zwycięstwa. Tego co wydarzyło się tydzień temu przypominać już nie musimy, aczkolwiek dziś możemy się zacząć zastanawiać – która porażka była bardziej wstydliwa – z The Naturatem czy wczorajsza z PrefBudem. Bo Show Team, chociaż jego akcje stały przynajmniej na tym samym poziomie co rywala, został tutaj zmiażdżony. Wyniku 15:2 nie przewidzieliby nawet najstarsi górale, a gdy tak ten zespół tracił kolejnego gole to zaświtała nam myśl, czy to aby przypadkiem stary The Naturat nie przebrał się w ich koszulki i nie wyszedł na to spotkanie. No niestety – brak Radka Wiśniewskiego czy Piotrka Burzy zrobił swoje i wyglądało to bardzo źle, może poza kilkoma pierwszymi minutami. Bo wówczas atakowali i jedni i drudzy, a Show Team mógł mówić o pechu, bo zaliczył kilka słupków i poprzeczek. Jednak z perspektywy czasu nawet ich wykorzystanie niewiele by tutaj zmieniło. Może mylnie, ale odnieśliśmy wrażenie, iż mniej więcej od 20 minuty spotkania, gracze w bordowych koszulkach uznali po prostu, że i tak nic tutaj nie zdziałają, a wynik końcowy przestał mieć dla nich znaczenie. Co innego dla PrefBudu – zespół Rafała Kowalczyka bardzo chciał sobie „poużywać” po dwóch ostatnich porażkach, no i cel swój osiągnął. Pierwsze skrzypce grał przede wszystkim Damian Matuszewski. Potrafił on bardzo dobrze przyspieszyć grę, czego brakowało ekipie z Tulewa w poprzednich potyczkach. PrefBud złapał tutaj zresztą taki luz, że pozwalał sobie na wszystko, a niektóre gole to były prawdziwe perełki, jak chociażby ta zdobyta przez Wiktora Wiśniewskiego (do obejrzenia poniżej). Tak na pocieszenie dla Show Teamu możemy chyba napisać, że czasami lepiej przegrać jeden mecz tracąc piętnaście goli, niż np trzy, tracąc po pięć. Ale czy dodaliśmy im tym otuchy? Coś nam się nie wydaje…

Po ledwo uratowanym remisie z Retro Squad, w niedzielę Orlik Zabrodzie podejmował inną ekipę z dołu tabeli – Joga Bonito. I po tym jak Zbyszek Pawlak i spółka stracili dwa punkty w trzeciej kolejce, teraz liczyli na komplet. I my się do tego scenariusza przychylaliśmy, szczególnie mając na uwadze, że prawdopodobnie na spotkanie nie dojedzie super-snajper Jogi Mateusz Muszyński. Ale przeliczyliśmy się, bo popularny „Muszka” jednak pojawił się przy Warszawskiej i jak zwykle grał jedne z pierwszych skrzypiec. Sam mecz był jednak długo bardzo wyrównany. Żadnej z ekip nie udawało się zbudować odpowiedniej przewagi bramkowej, aczkolwiek ta tendencja zmieniła się w drugiej połowie. Rozpoczynaliśmy ją od stanu 2:2 i gdy tylko wybrzmiał w niej pierwszy gwizdek, dużo lepiej wyglądał Orlik. I gdy tak oczekiwaliśmy trafienia na 3:2 dla chłopaków z Zabrodzia, stało się odwrotnie – to Joga zdobyła bramkę. Pech nie opuszczał zawodników w zielonych koszulkach, którzy w 35 minucie za sprawą Michała Laskowskiego zanotowali też trafienie samobójcze, a chwilę później skarcił ich Adrian Kozyra. Trzy gole różnice to była naprawdę spora przewaga, szczególnie iż czasu do odrobienia strat pozostawało bardzo mało. Mieliśmy jednak w pamięci wyczyn Orlika sprzed tygodnia, gdzie też sytuacja wydawała się beznadziejna, a udało się uratować punkt. Nic jednak nie zdarza się dwa razy. Mimo że szybko trafienie na 3:5 zanotował Zbyszek Pawlak, to kolejna bramka była już dziełem Jogi. To zamykało drogę do zwycięstwa przegrywającym, którzy tej wiadomości nie chcieli jednak zaakceptować. W 48 minucie znów zmniejszyli straty do dwóch trafień, ale i tutaj szybko zostali pozbawieni złudzeń przez Mateusza Muszyńskiego. Joga nie popełniła więc błędu ze spotkania z HandyMan i tym samym może się już delektować pierwszym zwycięstwem w drugiej edycji. Widać było, że ekipa Bartka Brejnaka szybko poczuła, iż to faktycznie może być dla niej przełomowy mecz i tej okazji nie zmarnowała. Różnica między nimi a Orlikiem była zauważalna przede wszystkim w szybkości rozgrywania akcji. Orlik grał w naszym odczuciu zbyt statycznie i jednostajnie. Jedynie Karol Malinowski starał się to wszystko przyspieszać, ale to było po prostu za mało. Joga w tym temacie oferowała więcej, dlatego to ona opuszczała Wolę w pełni ukontentowana.

Wszystkie statystyki z czwartej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza i w razie błędów – dali nam znać. Zachęcamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę, tym bardziej że choćby jutro trafią tutaj dwa ciekawe wywiady.

Inne Artykuły

Dodaj komentarz