Comebacki PrefBudu i Szyb. Wielki dzień Old Starsów.


Druga kolejka stała pod znakiem powrotów. Wiele drużyn potrafiło odwrócić losy spotkania, kiedy wydawało się, że nic już nie da się zrobić. Ale takie sytuacje mają oczywiście dwa oblicza…

Relację z niedzielę rozpoczynamy od podsumowania transmisji. Pokazaliśmy wszystkie mecze, czasami były jakieś niedoskonałości (czarny ekran albo kliknęliśmy nie to co trzeba), ale ogólnie wszystko poszło sprawnie. Tak jak pisaliśmy w plusach i minusach – cieszymy się, że widownia rośnie, że oglądają nas nowi użytkownicy i jednocześnie chyba każdy kto nas wczoraj odwiedził, zostawił po sobie ślad w postaci kciuka w górę. Bardzo nas to cieszy. A kto nas wczoraj nie oglądał, to może to nadrobić poniżej.

A właśnie podczas transmisji powiedzieliśmy, że gdyby się okazało, że jedyny mecz jaki pokażemy to OknoTech kontra Show Team, to i tak było warto. Bo to było bez wątpienia spotkanie kolejki, stające na bardzo dobrym poziomie i gdzie sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Początek należał do Show Teamu, który zaskoczył przeciwnika i po 4 minutach prowadził 2:0, po dwóch golach Przemka Matusiaka. Ale wiedzieliśmy, że rywal prędzej czy później otrząśnie się po tych ciosach i już do przerwy Adrian Wojda i spółka nie tylko odrobili straty, lecz wraz z gwizdkiem kończącym pierwszą połowę wyszli na prowadzenie. A gdy w 32 minucie Adam Matejak zmienił wynik na 4:2, mieliśmy pewne obawy w stosunku do Show Teamu. Sytuacja z ich perspektywy zrobiła się bardzo trudna i przede wszystkim nie mieliśmy pewności, czy ten zespół nie przestał wierzyć, że tutaj wszystko jest jeszcze możliwe. Nasze obawy okazały się niepotrzebne. Gracze w złotych koszulkach potrzebowali ledwie kilku minut by zdobyć dwie bramki i po raz kolejny mieliśmy tutaj remis. A ostatnie minuty tego starcia to już prawdziwa jazda bez trzymanki. Oknotech obstrzeliwał świątynię Czarka Murawskiego, ale ten grał być może jedno z najlepszych spotkań w swojej przygodzie z piłką. Wiele osób łapało się za głowę, gdy bronił kolejne okazje, gdzie wszyscy widzieli już piłkę w siatce. Ale nawet on nie miał szans przy golu Grześka Konopki, a w 38 minucie mogło być po meczu, gdy Tomek Bylak nie wykorzystał 100% okazji na 6:4. To się zemściło, bo za chwilę Piotrek Jankowski ładnie przymierzył z dystansu i znowu był remis, a w 47 minucie wszędobylski Janek Malinowski zdobył gola, który wydawało się, że da zwycięstwo wicemistrzom 2.ligi poprzedniego sezonu. Wtedy przypomniał o sobie Rafał Kudrzycki, który zainkasował bramkę „z niczego” – strzał z tak ostrego kąta i tak dużej odległości wydawał się być skazany na porażkę, tymczasem zaskoczył on kompletnie bramkarza Show Team i to spotkanie skończyło się wynikiem 6:6. I pewnie obydwie strony są nim lekko rozczarowane. Trudno nawet ocenić która bardziej, chociaż dużo więcej okazji stworzył Oknotech. Trafił on jednak na fenomenalnie dysponowanego Czarka Murawskiego i mimo wszystko ten podział punktów jest z perspektywy meczu sprawiedliwy. Show Team pewnie w większości spotkań nie będzie faworytem, natomiast jeżeli w każdym spotkaniu chłopaki będą grali równo, a któryś z nich (tak jak w tym przypadku Czarek) doda od siebie coś ekstra, to oni zaskoczą jeszcze nie raz.

Żadnego zaskoczenia nie było za to w kolejnej parze – Al-Mar rozgromił bowiem Al-Maj Car aż 11:1. Spotkanie niestety bez historii, bo markowianie drugi tydzień z rzędu prezentują się bardzo słabo i trudno powiedzieć co się z nimi stało. Tłumaczenie, że nie ma Alana Wojdy czy Darka Wasia nie jest przekonujące, bo oprócz nich do Woli dojeżdża naprawdę solidny skład, tyle że w grze Al-Maj Car nic się nie klei. Ten zespół pewnie przez cały poprzedni sezon nie stracił tyle łatwych, ile musiał przyjąć w dwóch pierwszych kolejkach. Obrona nie funkcjonuje, rotacje na pozycji bramkarza nie pomagają, no ale to co na ten moment prezentuje Grzesiek Wojda i spółka, to jest pewny spadek. Ta jakość musi skoczyć mocno w górę, bo nawet z tymi drużynami będącymi na poziomie markowian, nie będzie szans żeby powalczyć, bo one są po prostu w dużo lepszej dyspozycji. Aż dziwne, że w kilka miesięcy ta dobrze funkcjonująca maszyna tak się rozklekotała. Co do Al-Maru to był to dla niego spacerek. Nawet Karol Sochocki często schodził na ławkę rezerwowych, bo widział jak to wygląda i taki mecz dla nikogo nie jest przyjemny. Ale mimo wszystko odnotujmy, że podopieczni Marcina Rychty w dobrym stylu zrobili to co do nich należało i sześć punktów na starcie stawia ich w dobrej pozycji przed kolejną częścią sezonu.

Na szczęście dużo ciekawsza potyczka rozpoczęła się o godzinie 11:00. Szukający pierwszego punktu i pierwszego gola Drink Team podejmował FC Radzymin. Dla nas minimalnym faworytem byli tutaj debiutanci, chociaż wiedzieliśmy, że będą musieli sobie radzić bez Adriana Płócienniczaka. W jego miejsce pojawił się jednak Radek Gajewski, do dyspozycji Roberta Kawałowskiego był też Arek Pawlak i Stepan Kokhan, więc skład beniaminka był naprawdę solidny. Ale na grę to się nie przekładało. To Drink Team miał więcej okazji, ale co z tego, skoro gdy już meldował się w polu karnym przeciwników, to tam ogarniał go paraliż. Z kolei FC Radzymin w pierwszej połowie oddał tylko JEDEN celny strzał na bramkę i od razu zdobył gola. I nie była to żadna zespołowa akcja, lecz solowy rajd Stepana Kokhana, który wyprzedził kilku zawodników i pokonał popularnego „Jaszyna”. Pod koniec pierwszej połowy piłkę na 1:1 popsuł Mateusz Tochwin, z kolei w 31 minucie po błędzie obrony debiutantów, Arek Białek zmarnował sytuację praktycznie do pustej bramki. Niemoc dawnych Tygłysów trwała więc w najlepsze i w sukurs przyszła im dopiero niefortunna interwencja Wiesława Nieckarza. Jego przypadkowe dotknięcie piłki okazało się nie do obrony dla Roberta Kawałowskiego i po ponad 80-minutowej indolencji strzeleckiej (licząc oba dotychczasowe mecze), Drink Team wreszcie otworzył swój dorobek. I szukał kolejnych trafień, jednak cały czas pokutował tutaj brak klasycznej „9-tki”. Wynik 1:1 utrzymywał się do końcowych minut i gdy powoli zaczęliśmy myśleć, że być może skończy się to wszystko remisem, FC Radzymin zrobił dobrą akcję, Vasyl Kaluzhnyi zagrał do Adriana Jaworskiego a ten zawodnik z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki! To trafienie zdeterminowało końcówkę meczu, gdzie Drink Team musiał już zaryzykować, zostawiał coraz mniej osób z tyłu i w 47 minucie wykorzystał to Stepan Kokhan, który strzałem z lewej nogi przypieczętował sukces swojego zespołu. Jedno jest tutaj pewne – trudno nam jednoznacznie ocenić, czy wygrała drużyna lepsza, ale na pewno wygrała ekipa konkretniejsza. Naliczyliśmy radzyminiakom cztery celne strzały, co przy trzech zdobytych bramkach daje niesamowitą skuteczność. I trzeba to pochwalić, jakkolwiek ten zespół na pewno jest świadomy, że tutaj wciąż trzeba pracować, bo z trudniejszymi rywalami happy endu może nie być. Drink Team padł z kolei ofiarą własnej indolencji. Oddał więcej strzałów, częściej zatrudniał bramkarza oponentów, miał aż osiem rzutów rożnych (przy jednym rywala), ale dopóki nie znajdzie się tutaj ktoś, kto będzie zdobywał gole, to takie mecze będą się powtarzać. A one bolą, bo to była jedna z takich potyczek, która spokojnie mogła się skończyć inaczej.

Stepan Kokhan znów był jednym z bohaterów FC Radzymin.

No a teraz kilka zdań o historycznym spotkaniu z perspektywy Old Stars. Sugerowaliśmy, że to może być ten mecz i ten dzień. Że po serii porażek, wreszcie wyjdzie dla nich słońce. Że rywal, a więc Magnatt jest jak najbardziej w zasięgu. I to wszystko sprawdziło się co do joty. Ale zacznijmy od początku. Dawny Stankan musiał sobie radzić bez Maćka Sadochy, jednak miał poważne wzmocnienie między słupkami, gdzie stanął Piotrek Koza. Pojawił się również Czarek Biesiada i to właśnie on miał asystę w 3 minucie, gdy dorzucił piłkę do Adama Drewnowskiego, a ten wykorzystując swój wzrost, nie dał szans Jankowi Lewandowskiemu, debiutującemu w barwach Old Stars. Ten gol mógł sugerować, że Magnatt ani myśli, by stać się pierwszą ofiarą swoich niedzielnych rywali. Ten plan runął jednak w 10 minucie. To właśnie wtedy Marcin Błędowski z premedytacją zagrał piłkę ręką, a ponieważ ta leciała w światło bramki arbiter nie miał wyjścia – as kier i rzut karny! Ze stojącej piłki nie pomylił się Tomek Sieczkowski i od tego momentu nic już w tym spotkaniu nie było takie same. Gracze w pomarańczowych koszulkach nabrali pewności siebie, z minuty na minutę wyglądali coraz lepiej, z kolei Magnatt odwrotnie. Pozbawiony swojego lidera formacji defensywnej gubił się strasznie i tylko Piotrkowi Kozie zawdzięczał, że rezultat z jego perspektywy nie robił się gorszy. Do czasu – w 24 minucie precyzyjny strzał Anatolija Vorobla i Old Stars byli na prowadzeniu. Ale wiedzieli, że to za mało. Że tutaj trzeba jeszcze coś dorzucić, by w spokoju oczekiwać końcówki. I jak pomyśleli – tak zrobili. W 28 minucie Krzysiek Zych ładnym strzałem wykańcza kontrę i robi się 3:1. Potem sprawy w swoje nogi bierze Artur Guz – jego dwie bramki są niczym podpis na umowie dotyczącej trzech punktów i wszyscy już wiedzieli, że drużynie z Kobyłki krzywda się tutaj nie stanie. Chłopaki mieli pełną kontrolę nad spotkaniem, rzadko dopuszczali do zagrożenia pod własną świątynią i chociaż sami mogli jeszcze coś do koszyczka dorzucić, to nie ma co być wybrednym. Po ośmiu kolejnych porażkach podopieczni Artura Guza i Marcina Gryza wygrali w Strefie Szóstek po raz pierwszy! Zasłużenie, po dobrej grze i wydaje się, że nawet bez pomocy Marcina Błędowskiego spokojnie zgarnęliby tutaj pełną pulę. Pozostaje im tylko życzyć, by na kolejny triumf nie czekali równie długo, ale z taką grą raczej im to nie grozi. Z kolei Magnatt po raz kolejny zawiódł. Bo chociaż sprawa z czerwoną kartką nie ułatwiła sytuacji, to jednak po pięciu minutach można było uzupełnić skład, a wynik był jeszcze wtedy remisowy. No ale nie było chętnego, by wziąć odpowiedzialność na siebie. Nikt się tutaj nie wyróżnił i fakt, że ich najlepszym graczem był bramkarz mówi sam za siebie. I kto wie, czy nie doświadczyliśmy tutaj klasycznego przekazania pałeczki. Bo Magnatt licząc jeszcze zmagania w 1.lidze, przegrał już siódme spotkanie z rzędu. I wiele wskazuje na to, że ten licznik szybko się nie zatrzyma…

A dużo więcej niż finalnie dostaliśmy, oczekiwaliśmy po starciu Woli Rasztowskiej z Retro. Mieliśmy nadzieję, że to będzie super emocjonujące spotkanie, stojące na wysokim poziomie jak na 2.ligę, ale niestety się zawiedliśmy. Pretensje musimy kierować do Retro, bo po pierwszym ich spotkaniu w tej edycji sądziliśmy, że coś tutaj drgnęło. Że to już nie będzie klasyczny drugoligowy średniak, tylko ekipa z potencjałem na medale i że chłopaki udowodnią nam to na boisku. Nic z tego. Pozbawiona Sebastiana Ryńskiego i Grześka Pańskiego ferajna Patryka Kukwy zagrała bezbarwne zawody i nic dziwnego, że boisko opuszczała ze spuszczonymi głowami. Co prawda ten zespół aż do 33 minuty miał kontakt bramkowy z oponentem, jednak przeczuwaliśmy, że to nie skończy się dla nich dobrze. Brakowało tam przede wszystkim pomysłu na grę. Wszystko było efektem pewnej improwizacji, skutkiem indywidualnych umiejętności poszczególnych zawodników, lecz na dłuższą metę to nie mogło zadziałać. Po stronie Woli wyglądało to lepiej. Było więcej graczy, którzy grali na dobrym poziomie i którzy mogli zrobić krzywdę rywalowi. Początkowo to był np. Igor Mućka, potem gole zaczął zdobywać Patryk Rychta i nie mieliśmy wątpliwości, że jest tylko kwestią czasu sytuacja, w której miejscowi wyjdą na bezpieczne prowadzenie i już go nie oddadzą. Stało się tak w 33 minucie, gdy do meczowego protokołu wpisał się Igor Mućka i po tym golu Wola miała już pełną kontrolę nad spotkaniem. Po drugiej stronie boiska brakowało przede wszystkim kogoś w środku polu. Kogoś kto zapewni spokój, rozegra, będzie miał jakąś wizję gry. Nikt taki się nie wykreował i mimo ambitnej postawy tej ekipy nie było perspektyw na wygraną. W dodatku pod sam koniec szyki obronne Squadu tak się rozluźniły, że skończyło się porażką różnicą czterech goli. Ale to jakby sprawa drugorzędna. Znowu to zaczyna przypominać poprzednie sezony, gdzie Retro jest za słabe na mocnych i za mocne dla słabych. To wróży powtórkę z przeszłości, gdzie przecież często kończyli niemal bezpośrednio za podium. Ciekawe czy ten trend uda się jakoś odwrócić. Natomiast Wola zrobiła kolejny krok w stronę podium. Oczywiście ta wygrana nie była może super efektowna, jednak w żadnym momencie spotkania nie mieliśmy poczucia, że ten zespół się gubi, że nie wie co ma robić, że traci kontrolę nad meczem. Wręcz przeciwnie – nawet jak rywal ich dochodził, byliśmy przekonani, że na końcu i tak wyjdzie na ich. A to świadczy o ich dużej klasie.

Po nieszczęśliwej porażce z FC Radzymin, kolejną próbę otwarcia swojego dorobku punktowego podjęli Kustosze. Ale rywal na przełamanie był z najwyższej półki, bo po drugiej stronie boiska stanęli Bad Boys. Co prawda Źli Chłopcy mieli trochę okrojony skład, brakowało choćby kapitana Michała Szczapy, to jednak nie wyobrażaliśmy sobie, że tutaj może dojść do niespodzianki. Jakkolwiek nie widzieliśmy też żadnej możliwości, że Kustosze dostaną tutaj jakieś sromotne lanie. No i patrząc na to jak ten mecz wyglądał i jakim wynikiem się zakończył, to wszystko się potwierdziło. Beniaminek Strefy 6 znów zagrał nieźle, znowu był blisko, ale niestety skończyło się podobnie jak tydzień temu. Z tym że tutaj do potencjalnego sukcesu było jednak trochę dalej. Podopieczni Kuby Suchenka nie mieli tylu okazji co z FC Radzymin, a dodatkowo ponownie „załatwiły” ich błędy własne. To właśnie po indywidualnej pomyłce stracili tutaj pierwszego gola, ale w końcówce pierwszej połowy kapitalną bramkę wyrównującą zdobył Bartek Rosłon, fantastycznie wybijając się w górę i pokonując po uderzeniu z główki Karola Jankowskiego. Na początku drugiej części Kustosze mieli nawet okazje, by wyjść na prowadzenie, ale z niej nie skorzystali. Bad Boys byli z kolei bardzo cierpliwi. Wiedzieli, że prędzej czy później pojawi się tutaj okazja, by zdobyć kluczowego gola dla losów spotkania i nie pomylili się. W 43 minucie Jarek Przybysz świetnie przeczytał zamiary oponentów, przejął piłkę, zagrał ją do Pawła Woźniaka a ten z zimną krwią pokonał Kamila Pasiekę. Dla przegrywających oznaczało to jedno – bez względu na ryzyko, należało przenieść większą liczbę graczy w kierunku ataku. Bad Boys bronili się jednak bardzo skutecznie, nie pozwalali na większe zagrożenie pod własną świątynią, a w 50 minucie Paweł Woźniak wykorzystał kolejny indywidualny błąd po stronie rywali i zamknął wynik spotkania na 3:1. Chyba najłatwiej będzie to wszystko określić zdaniem, że wygrało doświadczenie. Źli Chłopcy takich meczów rozegrali już setki, nie podpalali się i w końcówce spotkania zostali za to wynagrodzeni. W naszej ocenie to zasłużony triumf, nawet jeśli wynik nie do końca na to wskazuje. Kustosze przegrywają z kolei po raz drugi. Możemy ich pochwalić za dobre wrażenie, za niezłą grę, ale domyślamy się, że panuje u nich poczucie niedosytu. Ale oby to nie miało wpływu na ich postawę w kolejnych spotkaniach. Bo tutaj wcale nie brakuje dużo, żeby zacząć wygrywać. Potrzeba więc spokoju, konsekwencji i wyniki przyjdą, zwłaszcza że patrząc na tabelę 2.ligi, ponieśli porażki z zespołami z samego czuba. I teraz powinno być już trochę łatwiej.

Łatwo na początku sezonu nie ma Szewnica. Nie rozpieszczaliśmy ferajny Marcina Białka jeśli chodzi o terminarz, bo najpierw trafili na PrefBud, a teraz na AutoSzyby. Wydaje nam się, że większość z Was nie odważyłaby się tutaj postawić nawet złotówki na to, że ten zespół po dwóch kolejkach będzie miał na swoim koncie jakieś punkty. Natomiast możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że gdyby Szewnica miała trochę więcej szczęścia, to na ten moment dysponowałyby kompletem „oczek”. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Z PrefBudem byli sami sobie winni, że nie sięgnęli po triumf, bo okazji mieli ku temu mnóstwo. Z kolei z AutoSzybami do 44 minuty prowadzili 4:2. I grali bardzo dobrze, mieli to spotkanie pod kontrolą i wszystkie zadania taktyczne wypełniali w 100%. W obronie grali twardo, konsekwentnie, nie pozostawiali za dużo miejsca przeciwnikom, z kolei z przodu znowu szalał Adam Michalik, a wspierał go Marcin Białek, który w pierwszej połowie zdobył dwie bramki. Szyby do pewnego momentu odpowiadały na każde trafienie rywala, ale ten schemat w pewnym momencie przestał obowiązywać. A najgorsze było to, że perspektywy na odrobienie dwóch goli z każdą minutą wydawały się coraz mniejsze. Ekipie Kamila Wiśniewskiego ciężko było przedrzeć się pod pole karne Adama Sabali, a czas uciekał. I dopiero w 44 minucie strzelecki impas faworytów został przełamany, bo gola zanotował Tomek Mikusek. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że to początek fatalnego w skutkach okresu w wykonaniu Szewnicy. Ten zespół całkowicie zgubił pewność siebie, został sprowadzony do lin i nie wiedział, jak się stamtąd wydostać. A Szyby perfekcyjnie wykorzystały zamroczenie konkurenta. Sunął atak za atakiem i za chwilę był już remis. Sprawy w swoje ręce wzięli przede wszystkim bracia Bajkowscy – jeden asystował, drugi strzelał i to głównie dzięki nim AutoSzyby ze stanu 3:4 w 44 minucie, prowadziły 6:4 już trzy minuty później! Cały wysiłek jaki włożyła w tę potyczkę drużyna RDK poszedł na marne. To jest coś, czego w pewnym sensie nawet współczujemy przegranym. Drugi mecz z rzędu, gdzie nie są gorsi od rywala i drugi, gdzie na własne życzenie nie dokręcają śruby i zostają z niczym. To musi cholernie boleć. I chyba na tym poprzestaniemy, bo domyślamy się, że czytając te słowa wraca wściekłość, jaka towarzyszyła im w tamtym momencie. Zupełnie inne nastroje panują w AutoSzybach. Mecz się nie układał, gra się nie kleiła, ale to też cechuje dobre zespoły, że jeśli tylko zobaczą cień szansy na zwycięstwo, to potrafią docisnąć pedał gazu i odwrócić losy spotkania. To samo tyczy się zresztą…

PrefBudu! Urzędujący mistrz jak na razie wolno wchodzi w sezon, „męczy bułę” w starciach ze swoim udziałem, ale wygrywa. I nie inaczej było z Black Dragons. „Czarne Smoki” postraszyły faworyta, w pewnym momencie zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy to nie jest koniec passy PrefBudu, który na przestrzeni ostatnich miesięcy wygrywa lokalnie wszystko i wszędzie, no ale okazało się, że ta seria jeszcze trochę potrwa. A jak wyglądał sam mecz? W pierwszej połowie Black Dragons umiejętnie punktowali obrońców tytułu. Nie miał szczęścia Filip Kosiński, a więc bramkarz PrefBudu, który zaliczył przynajmniej dwie dość nieszczęśliwe interwencje, które pomogły cieszyć się z goli przeciwnikowi. Ale potem Filip bronił już bardzo dobrze i też miał swój udział w odwróceniu losów spotkania. Bo o ile do przerwy młode wilki z Wołomina prowadziły 3:1, to po niej nie zdobyły już ani jednego gola. I tak na szybko to przypominamy sobie jedną sytuację, której ta drużyna może żałować, bo gdyby udało się ją wykorzystać, to byłoby już 4:1. W 27 minucie Zina zmierzała już nawet do bramki ekipy z Tulewa, ale Marcin Szymański zaasekurował swojego golkipera i wybił piłkę z linii bramkowej. To był ostatni sygnał ostrzegawczy dla PrefBudu, że trzeba błyskawicznie wziąć się w garść. A chyba wszyscy wiedzieliśmy, że jeżeli ten zespół zacznie strzelać, to będzie go bardzo ciężko powstrzymać. I Black Dragons nie potrafili tego zrobić. Zaczęło się od dwóch goli w odstępie minuty Patryka Czajki – jeden po rzucie rożnym, a drugi po rzucie karnym. A już trzy minuty później PrefBud prowadził – szybka kontra, Patryk Czajka obsłużył Konrada Kanona a ten wpakował piłkę do bramki. 4:3 to oczywiście nie był jeszcze bezpieczny wynik, chociaż widząc miny zawodników Serka Modzelewskiego, nie dawaliśmy im większych szans, że zdołają się otrząsnąć po takich ciosach. Widać, że morale podupadło, co w konsekwencji przyniosło stratę kolejnej bramki, gdy Patryk Czajka wyprzedził Mateusza Bajkowskiego i ostatecznie pozbawił złudzeń brązowego medalistę 1.ligi poprzedniego sezonu. Trafienie w 50 minucie Sebastiana Turowskiego nic już tutaj nie zmieniło i PrefBud znowu mógł odetchnąć. Chłopaki na pewno czują, że to nie jest ta forma, która powinna być. Że to wszystko się nie zazębia. Ale ich możliwości wciąż są na tyle duże, że wystarczy im kilka dobrych minut, a wynik i tak będzie się zgadzał. Jesteśmy jednak przekonani, że im dalej w sezon, tym PrefBud będzie silniejszy. A Black Dragons? Czują się pewnie podobnie jak gracze Szewnicy, chociaż oni byli jednak dalej od zwycięstwa niż przegrani z poprzedniego meczu. Szkoda, że zabrakło tutaj Mikołaja Brzeskiego i że na wszystkie ważne mecze, ten zespół jakoś nie może uzbierać optymalnego składu. Ale takich już ich urok i chyba trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić.

Marcin Szymański zaliczył kluczową interwencję przy stanie 1:3.

Wszystkie statystyki z minionej serii gier znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Co do terminarza na najbliższą niedzielę, to właśnie zaczynamy nad nim pracę.

PS: Czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz