Bolesny powrót Magnatta. Adam Matejak rozbija Retro.


Jesteśmy już po inauguracyjnej serii piątej edycji! Padło w niej naprawdę sporo bramek i tak naprawdę można to odczytywać na wiele różnych sposobów.

Zacznijmy jednak od naszej transmisji. Dzięki wytrwałości naszego operatora, udało się zrelacjonować wszystkie niedzielne potyczki. W końcówce spotkania Old Stars – Show Team piłka uszkodziła kabel i niestety brakuje finałowych 4 minut, ale na szczęście wynik w tym spotkaniu był już praktycznie ustalony. A kto zdecyduje się na obejrzenie z odtworzenia niedzielnych spotkań, niech nie zapomni zostawić nam kciuk w górę i subskrypcję.

A teraz czas przejść do meczów. Pierwszym spotkaniem w tej edycji była konfrontacja PrefBudu z RDK Szewnicą. Spotkali się mistrzowie dwóch różnych poziomów rozgrywkowych i ktoś może pomyśleć (patrząc na wynik), że rezultat tego spotkania pokazuje różnicę między pierwszą a drugą ligą. My jednak dalecy jesteśmy od tego stwierdzenia. Bo do pewnego momentu to wcale nie był łatwy mecz dla urzędujących mistrzów, którzy długo przegrywali, na prowadzenie wyszli dopiero w końcówce pierwszej połowy, a w 41 minucie prowadzili tylko 4:2. Inna sprawa, że właśnie mniej więcej od finałowych minut premierowej odsłony zaczęli wyglądać lepiej niż rywal i fakt, że powiększali swoją przewagę nie stanowiło zaskoczenia. Szewnica walczyła dzielnie, ale szczególnie pod koniec meczu straciła konsekwencję w grze, przez co wynik wygląda jak wygląda. Przegranych trzeba jednak trochę usprawiedliwić. Przede wszystkim mieli potężny problem dotyczący Adama Michalika. Ten zawodnik grał w niedzielę na kilkadziesiąt procent, utykał, nie mógł się rozpędzić i prawdopodobnie nie mógł również uderzać w piłkę z maksymalną mocą. A wiemy ile on znaczy dla ekipy Marcina Białka. Oczywiście dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że z nim byłaby tutaj szansa na zwycięstwo, ale nie można wygrać meczu bez nominalnego napastnika i szkoda, że wczoraj nie było Kacpra Mroza, który byłby naturalnym następcą Adama. Ale trudno, nie ma się co załamywać i punktów trzeba będzie poszukać za tydzień. Natomiast PrefBud, może poza premierowym kwadransem, mógł się podobać. Bardzo udany debiut zaliczył Patryk Czajka, dobrze w drużynę wkomponował się Michał Łapiński, a przecież na mecz nie dojechał Damian Matuszewski, więc ta siła rażenia obozu Rafała Kowalczyka może być jeszcze większa. A to źle wróży wszystkim, którzy mają nadzieję strącić PrefBud z mistrzowskiego tronu.

Trudne lądowanie w Strefie 6 zanotował za to Magnatt. Drużyna, która powróciła do naszych zmagań, na dzień dobry dostała bardzo wymagającego przeciwnika, czyli AutoSzyby, opromienione zdobyciem drugiego miejsca w turnieju NLH CUP. Ale ten mecz paradoksalnie wyglądał zupełnie inaczej, niż go sobie wyobrażaliśmy. Wydawało nam się, że tutaj Autoszyby szybko przejmą inicjatywę i zanim Magnatt przypomni sobie jak się gra po sześciu (przez ostatnie lata grał w lidze ósemek), to będzie już po sprawie. Tymczasem Radek Turowski i spółka w 8 minucie objęli prowadzenie i utrzymali je do końca pierwszej połowy. Co prawda było w tym trochę szczęście, bo przeciwnicy napierali i debiutujący w barwach dawnego Stankana Grzesiek Reterski miał co robić, jednak najważniejsze, że udawało się utrzymywać zero po stronie strat. Byliśmy niemal pewni, że to są idealne podwaliny pod zwycięstwo. Że wystarczy przypilnować tego wyniku, a potem wypunktować Szyby, które z każdą minutą robiłyby się coraz bardziej zdesperowane. No ale nic z tego nie wyszło. Tak naprawdę o wszystkim zadecydował niespełna 3-minutowy okres, w którym gracze w niebieskich koszulkach nie tylko dali się dogonić, ale łącznie stracili trzy gole i o sukcesie musieli zapomnieć. Sytuacja, w której dobrze prezentujesz się przez pół godziny, a potem nagle ogarnia cię niemoc, to na pewno bolesna sprawa. Magnatt dobitnie się o tym przekonał i chociaż w 39 minucie po bramce Maćka Sadochy wrócił jeszcze na chwilę do gry, to pod koniec meczu dał sobie wbić jeszcze dwie bramki i przegrał znacznie wyżej niż powinien. Bo nie był tutaj słabszy aż o cztery bramki, natomiast przekonał się, że z AutoSzybami wystarczy moment nieuwagi, by sprawa trzech punktów uciekła bezpowrotnie. Jesteśmy jednak spokojni o ten zespół i wiemy, że szybko wyliże rany i jeszcze namiesza na poziomie pierwszej ligi. Natomiast AutoSzybom należą się brawa, bo długo się tutaj męczyły i pewnie w ich głowach zaświtała myśl, że tego muru zbudowanego przez zespół z Wołomina nie uda się skruszyć. Na szczęście nie odpuścili, a gdy złapali swój rytm, to było już jasne, że ten mecz zapiszą na swoje konto. I według nas te trzy punkty trzeba docenić podwójnie, bo zostały zdobyte z trudnym rywalem, w trudnych okolicznościach, gdzie w przeszłości zdarzały się przypadki, że podobne spotkania ten zespół przegrywał. Ale nie tym razem!

Bracia Bajkowscy są ostatnio w niesamowitym gazie.

Na osiem rozegranych potyczek podczas pierwszej kolejki jedno zakończyło się remisem. I pewnie niewielu stawiało, że to w rywalizacji Woli Rasztowskiej z Joga Bonito dojdzie do sytuacji, gdzie jedni i drudzy będą nie do końca zadowoleni. Tutaj chyba większość czytających te słowa stawiała raczej na gładki triumf Woli, złożonej przecież w dużej części z byłych zawodników pierwszoligowej Copy. Ale Joga postawiła w tej sprawie weto. A to wcale nie było łatwe, bo mecz ułożył się dla niej najgorzej jak mógł, bo w 5 minucie czerwoną kartkę obejrzał Michał Chaciński. Faul taktyczny na wychodzącym na czystą pozycję rywalu został wyceniony najsurowiej jak się da i jesteśmy przekonani, że pozostali gracze Jogi pomyśleli sobie, że oto właśnie rozpoczyna się początek ich końca w tym spotkaniu. Tym bardziej, że pod koniec kary dostali bramkę na 1:0. Ale zespół Bartka Brejnaka nie poddał się. Bardzo szybko doprowadził do remisu, a w dalszej części spotkania był równorzędnym przeciwnikiem dla Mateusza Kowalczyka i spółki. Co prawda od 29 minuty po raz kolejny musiał odrabiać straty, lecz i tutaj udało się wyjść z opresji i gol Adriana Poniatowskiego dał drużynie w biało-niebieskich strojach punkt. A to wcale nie musiało się skończyć tylko na jednym „oczku”. Bo nawet jeśli założymy, że z perspektywy całego spotkania, wynik 2:2 był raczej sprawiedliwy, to w końcówce więcej dogodnych okazji miała Joga. Przede wszystkim nie udało się wykorzystać sytuacji sam na sam, gdzie Kacper Cebula posłał nawet piłkę obok Andrzeja Grudzińskiego, lecz ku rozczarowaniu swoim i kolegów, futbolówka przeleciała też obok słupka. Mimo wszystko to był obiecujący występ Bonito. Dobrze grał Bartek Lipski, podobała nam się zdecydowana gra Mateusza Nasiłowskiego, dobre zmiany dawał Łukasz Kwiatkowski. Bartek Brejnak ma naprawdę powody do umiarkowanego optymizmu. A Wola? Mimo wszystko spodziewaliśmy się po niej trochę więcej, jednak wyszło to, o czym pisaliśmy w zapowiedziach. Trochę brakuje kogoś, kto zrobi zamieszanie w pojedynkę. Kto w ataku wygra starcie jeden na jeden i stworzy przewagę. I naszym zdaniem ta drużyna wiele meczów będzie miała na styku, bo nawet jeśli będzie w stanie odeprzeć ataki wielu silnych ekip, to może mieć problem, by zbudować sobie przewagę bramkową. Jednak na potwierdzenie słuszności tej tezy musimy jeszcze poczekać.

5:0 – takim wynikiem zakończyła się za to batalia między Bad Boys a Tygłysami. I również tutaj wrócimy do naszych zapowiedzi, gdzie napisaliśmy, że jeśli Źli Chłopcy przyjadą mocnym składem, to bez względu na to kto będzie po drugiej stronie, ich zgranie zrobi tutaj swoje. I nie pomyliliśmy się. Zespół z Ostrówka co prawda dość późno wziął się w tym meczu za strzelanie goli, jednak widać było, że tryby w tej maszynie pracują lepiej, aniżeli ma to miejsce po drugiej stronie boiska. I było dla nas kwestią czasu, gdy podopieczni Michała Szczapy zdobędą gola, dzięki któremu worek z kolejnymi trafieniami otworzy się na dobre. Ten moment nadszedł w 31 minucie i Tygłysy powinny mieć o niego duże pretensje. Bo nawet jeśli to spotkanie nie układało im się tak jak chcieli, to sami sprowadzili na siebie lawinę. Wystarczyło jedno złe podanie, piłkę przejął Paweł Woźniak, zdobył bramkę i to był początek końca ekipy Kamila Portachy. Na nieszczęście tej drużyny przypomniał też o sobie Andrzej Sulewski, który w 38 i 40 minucie dwukrotnie, w bardzo podobny sposób zanotował dwa trafienia z rzędu i dał Złym Chłopcom komfort spokojnego oczekiwania na finałowe minuty. A w nich Bad Boys dokończyli dzieła zniszczenia, dzięki czemu udanie zainaugurowali zmagania 2.ligi. Nie możemy jednak mówić o dużym zaskoczeniu. Było chyba do przewidzenia, że ten pierwszy wspólny mecz Tygłysów może wyglądać właśnie tak, jak wyglądał. Na pewno były tutaj chęci, natomiast brakowała zgrania i zrozumienia. Dość powiedzieć, że taki Krzysiek Zych nie miał prawie żadnej okazji stuprocentowej, a Sebastian Sasin żadnego otwierającego podania. Ta ekipa dopiero będzie się docierała i to musi być okupione takimi spotkaniami jak to niedzielne. Na razie to jest „pospolite ruszenie”, co w rywalizacji z zespołem który dobrze się zna i w tym składzie rywalizuje od dawna, chyba nie miało prawda skończyć się inaczej.

A gdybyśmy mieli wskazać ekipę, na której mocno zawiedliśmy się w niedzielę, to na podium w tej klasyfikacji znalazłoby się Retro Squad. Liczyliśmy, że ten zespół nie tylko postawi się drużynie Oknotech, ale wynik tej konfrontacji będzie się ważył do ostatnich sekund. Tymczasem tutaj wszystko było rozstrzygnięte już po kilku minutach. Retro albo nie doceniło, a może po prostu nie wiedziało, że w obozie przeciwników jest ktoś taki jak Adam Matejak. Król strzelców lig wszelakich, gość któremu należy dostarczyć piłkę i można się wygodnie rozsiąść w fotelu i obserwować, jak aplikuje kolejne gole. Adam już w pierwszej połowie miał na swoim koncie cztery bramki i dwie asysty i z defensywą Retro po prostu się bawił. Ale ok – być może trzeba było wkalkulować, że ten gość zrobi tutaj swój limit. Natomiast do tej pory nie rozumiemy, dlaczego Retro nie wyciągało żadnych wniosków. Że mimo kolejnych traconych goli wciąż nie rozumiało, że jeśli nie zabezpieczy lepiej swojego pola karnego, to będzie narażało Artura Szczotkę na permanentne schylanie się po piłkę do siatki. A przecież w drużynie Squadu nie brakuje zawodników potrafiących czytać grę i dobrze analizujących to co się dzieje. Być może i tak założyli, że w tej kwestii nie da się nic zrobić? No ale jeśli tak, to nic dziwnego, że w pewnym momencie przegrywali już 4:11. To był pogrom. Dopiero w końcówce, gdzie Oknotech wyraźnie spuścił z tonu, Retro udało się trochę przypudrować ten wynik, który był na pewno lepszy niż ich postawa. I trzeba ten występ dobrze przeanalizować, bo mając tylu niezłych zawodników, nie można akceptować takiej gry. A domyślamy się, że mimo zwycięstwa, pewnie i Oknotech nie był do końca zadowolony. Bo jednak stracić aż osiem goli, to nic przyjemnego. Trzeba jednak pamiętać, że skład tego zespołu był naprawdę wąski, co być może wpłynęło na jakość ostatnich minut. Triumfatorów się jednak nie sądzi, zwłaszcza że chyba każdy kto oglądał ten mecz, zdaje sobie sprawę, że Oknotech przynajmniej na ten moment, wyrasta ponad drugą ligę. I jeśli sprawił lanie drużynie która jest brana pod uwagę w kontekście medali, to strach pomyśleć co zrobi z tym, którym medale pisanie nie są.

Tak wygląda maszynka do zdobywania goli, czyli Adam Matejak.

Teraz przechodzimy z kolei do meczu, w którym wziął udział absolutny beniaminek Strefy 6. We wszystkich zespołach, które też określamy „nowymi”, było wielu zawodników, którzy w Woli Rasztowskiej już grali. W Old Stars Team nie było ani jednego takiego gracza, co sugerowało, że te 50 minut rywalizacji, jakie czekało na chłopaków w swoim debiucie, to mogą być ciężkie chwile. Tym bardziej, że Show Team, który był ich pierwszym rywalem, nie zamierzał tutaj się bawić. Ferajna Przemka Matusiaka od samego startu narzuciła wysokie tempo i to była dobra decyzja, bo szybko się okazało, że różnica w doświadczeniu czy choćby obyciu na naszym Orliku, przemawia za nimi zdecydowanie. Pierwsza bramka dla faworytów padła już po kilkudziesięciu sekundach i wiedzieliśmy, że Paweł Wojciechowski, który bronił dostępu do świątyni Old Stars, będzie w tym starciu niezwykle zapracowanym człowiekiem. I trzeba mu oddać, że mimo iż puścił dziewięć bramek, to wybronił mnóstwo okazji i tylko jemu koledzy powinni zawdzięczać, że nie zostali poczęstowani dwucyfrówką. W Old Stars przede wszystkim brakowało nam lidera. Zawodnika, który wprowadziłby trochę spokoju, przytrzymałby piłkę i poustawiał kolegów. Ich poczynaniami rządził chaos, było sporo momentów, gdzie formacje były totalnie zdezorganizowane, no i pewnie moglibyśmy tak jeszcze powymieniać. Ale nie robimy tego, by się znęcać. W ciemno zakładaliśmy, że ten pierwszy mecz będzie dla nich bardzo trudny i teraz trzeba po prostu zakasać rękawy, przeanalizować video i wyciągnąć wnioski. Teraz powinno już pójść z górki, co pewnie nie będzie oznaczało regularnych zwycięstw, ale być może szybko pozwoli zawodnikom, by po jednym z najbliższych spotkań pogratulować sobie dobrej postawy. I tego im życzymy, zwłaszcza że to bardzo fajna i sympatyczna ekipa. Co do Show Teamu, to powiedzmy sobie szczerze – dla nich to był sparing. Mieli ogromną przewagę i być może fakt, że nie osiągnęli dziesięciu goli powinien być nawet powodem do delikatnych wypieków na twarzy. Ale nie ma co tego roztrząsać. Z racji tego, że pewnie żaden inny mecz nie będzie już tak łatwy jak ten, chłopaki powinni o nim w miarę szybko zapomnieć. No może poza Adrianem Bieleckim, który z kilku powodów (piękny goli na 4:0 i kołyska po bramce na 3:0) pewnie będzie o nim pamiętał jeszcze bardzo długo 😊

„Mecz do zapomnienia”, aczkolwiek z trochę innych powodów niż Show Team, rozegrał w niedzielę Al-Mar. Nie ukrywamy, że po drużynie Marcina Rychty spodziewaliśmy się wczoraj gładkiego i szybkiego sukcesu, bo chyba tylko w ten sposób zespół z Wołomina mógł godnie odpowiedzieć na zwycięstwo PrefBudu z Szewnicą czy innych ekip z czołówki. Tyle że Al-Mar inauguracji pod względem jakości swojej gry, na pewno do udanej nie zaliczy. Owszem, udało się odnieść zwycięstwo nad Lemą, jednak styl pozostawiał mnóstwo do życzenia. Być może faworyci myśleli, że tutaj wszystko przyjdzie im bez większego wysiłku, zwłaszcza że to spotkanie rozpoczęli od prowadzenia 2:0 już po pięciu minutach. Kto wie – może właśnie to ich rozluźniło? Nie można tego wykluczyć, natomiast mniej więcej od 10 minuty tego meczu, to Lema podobała nam się tutaj bardziej. Ten zespół nie zraził się fatalnym początkiem i z minuty na minutę, krok po kroczku zbliżał się do pola karnego przeciwników, aż wreszcie ukąsił po raz pierwszy. Potem po raz drugi, a tuż przed końcem pierwszej odsłony to on był na prowadzeniu! Pomarańczowi grali naprawdę dojrzale, skutecznie i zasłużenie schodzili na przerwę z jednobramkowym buforem. Oczywiście spodziewaliśmy się, że Al-Mar weźmie się wreszcie w garść i ten mecz może jeszcze zmienić swoje oblicze, natomiast początek drugiej połowy to kolejne dwie dobre okazje dla Logistycznych. Najpierw sytuacji sam na sam z Błażejem Kaimem nie wykorzystał Maciek Lewandowski, a chwilę później piłkę na 4:2 zmarnował też Piotrek Ohde. Faworyci musieli głęboko odetchnąć, no i całe szczęście, że w 31 minucie udało im się doprowadzić do remisu. Gola zdobył dawno nieoglądany w Strefie 6 Łukasz Godlewski. Mecz rozpoczął się więc od nowa, lecz trudno było powiedzieć, w którą stronę pójdzie. Swoje zrobiły jednak umiejętności indywidualne zawodników Al-Maru. W 45 minucie Karol Sochocki zagrywa do Maćka Makarowa a ten pakuje piłkę przy samym słupku i Łukasz Sosnowski kapituluje. Za chwilę asystent przy poprzednim golu strzela nie do obrony i Al-Mar osiąga cel. Wynik 5:3 utrzymuje się do końca, natomiast jest to jeden z niewielu pozytywów w kontekście triumfatorów. Ktoś powie, że jesteśmy dla nich zbyt surowi, natomiast znamy ambicje tych zawodników i wiemy, że oni od siebie też wymagają więcej, aniżeli trzy punkty. Być może trzeba to wszystko zrzucić na karb pierwszego spotkania w sezonie, które zawsze rządzi się swoimi prawami. W tamtym sezonie ta drużyna też się wolno rozkręcała i może faktycznie potrzeba jej jeszcze trochę czasu. Z kolei Lema gdyby miała może jeszcze z jednego klasowego zawodnika więcej, to kto wie, czy ten mecz nie zapisałaby na swoje konto. Ale i tak zaprezentowała się dużo lepiej niż mogliśmy przypuszczać i jeśli opuszczała Wolę w poczuciu niedosytu, to wcale jej się nie dziwimy. Oby tak dalej, a punkty na pewno przyjdą.

Jak pokazał przykład Lemy można przegrać mecz, lecz wyjść z niego z twarzą. Ta sztuka kompletnie nie udała się Al-Maj Car, który w ostatnim spotkaniu pierwszej kolejki dał się rozgromić Black Dragons Team. To była trzecia potyczka tych drużyn, obydwie poprzednie były wyrównane i takiej też spodziewaliśmy się teraz. Ale zamiast tego obejrzeliśmy starcie do jednej bramki, gdzie markowianie nie mieli absolutnie nic do powiedzenia, co wydaje się, że było szokiem nie tylko dla nich, ale też dla konkurentów. Serek Modzelewski i spółka nawet jeśli zakładali własne zwycięstwo, to przeczuwali, że to będzie twardy bój o każdy centymetr boiska. Zamiast tego już po pierwszej połowie prowadzili 7:1 i o nic nie musieli się martwić. Gole zdobywali z dziecinną łatwością i żal było patrzeć, jak taki fachowiec jak Darek Waś robi co może, a i tak musi regularnie wyciągać piłkę z siatki. Fakt, że ten gracz był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem swojej ekipy, wiele mówi o tym, jak to spotkanie wyglądało. Stwierdzenie, że drużyna z Marek po prostu nie dojechała na to spotkanie, chyba nie będzie nadużyciem, bo to był absolutnie najsłabszy ich mecz, odkąd grają w Strefie Szóstek. Black Dragons na ich tle wyglądali jak zespół z zupełnie innej galaktyki. Każdy się tutaj nagrał, niemal każdy coś do swojego dorobku dorzucił i chyba nie ma sensu rozkładać tej potyczki na czynniki pierwsze. Jedno jest pewne – zwycięzcy nie spoczęli na laurach po brązowych medalach w poprzednim sezonie. Widać, że ich gra ewoluuje, że mają coraz większy luz, a swoje zrobiły też dobre transfery. I nawet jeśli trafili na bardzo słabo dysponowanego konkurenta, to wiedzieli jak to wszystko trzeba rozegrać. Coś nam podpowiada, że to jest początek ich zwycięskiej passy, zwłaszcza jeśli uda im się podtrzymać taką frekwencję jaką mieli na pierwszym spotkaniu. Bo to chyba tutaj jest klucz, by nie zabrakło im paliwa przed samą metą, tak jak to miało miejsce ostatniej jesieni.

Wszystkie statystyki z pierwszej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Jutro do południa pojawi się terminarz na 2.kolejkę, ale to oczywiście nie wszystko, dlatego bądźcie z nami!

PS: Lubisz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.