Copa ulega beniaminkowi! Sensacyjne Rekiny na czele 2.ligi.

Życzyliśmy sobie po poprzedniej kolejce, by ta kolejna była przynajmniej na podobnym poziomie, jeśli chodzi o dramaturgię. A w rzeczywistości okazała się ona jeszcze lepsza!

Wstęp tradycyjnie poświęcamy naszej transmisji na żywo. 4 mecze, ponad 4h relacji, sporo osób, sporo łapek, nie zabrakło subskrypcji – bardzo nas to wszystko cieszy. A kto nie oglądał, a chciałby zobaczyć jak to wszystko wyglądało, to poniżej udostępniamy player. W opisie filmu na YouTube macie dokładną rozpiskę kto z kim i kiedy.

Do powyższego materiału pewnie dość niechętnie będą wracali zawodnicy Al-Maj Car. Wiadomo, że dużo fajniej jest oglądać powtórkę ze spotkania, które się wygrało, no ale na ten moment markowianie będą musieli jeszcze trochę poczekać. Tyle że  chociaż wynik 5:8 z PrefBudem wskazuje na to, że chłopaki mieli tutaj niewiele do powiedzenia, to rezultat jest w tym przypadku złudny. Al-Maj długo bardzo dobrze się trzymał i po pierwszej połowie mógł prowadzić nawet 3:1. Było bowiem 2:1 i ekipa Grześka Wojdy miała też wyborną okazję by podwyższyć prowadzenie, ale piłka uderzyła w słupek, a potem PrefBud błyskawicznie wyrównał. Z kolei druga połowa to już koncert jednego zespołu. Drużyna z Tulewa zaczęła tę odsłonę fantastycznym trafieniem Rafała Kowalczyka, który popisał się niespodziewanym, lecz bardzo precyzyjnym uderzeniem z dalekiego dystansu. Al-Maj na to trafienie zdołał jeszcze odpowiedzieć, ale potem był już bezradny. Proste błędy w obronie były wodą na płyn dla rywali, którzy powiększali swoją przewagę, a konkretnie czynił to Damian Matuszewski. To on zdobył kolejne cztery bramki dla swojej ekipy, z czego znakomitą większość po asystach konkurentów. Al-Maj stracił gola nawet wtedy, gdy grał o jednego zawodnika więcej i widać było, że ma już dość tego spotkania. Na szczęście w końcówce wynik poprawił trochę Alan Wojda, bo gdyby skończyło się tutaj np. 8:3, to z przebiegu gry byłby to wynik niesprawiedliwy. PrefBud wcale nie miał bowiem łatwej przeprawy, jednak najważniejsze że wygrał, zwłaszcza iż musiał sobie radzić z zaledwie jednym rezerwowym. Na kolejne spotkania ławka musi być jednak dłuższa. Po stronie oponentów oprócz dobrej pierwszej połowy należy też zwrócić uwagę na debiut Mateusza Grochowskiego. Popularny „Gonzo” nie przyniósł jednak szczęścia kolegom z zespołu, choć jak widać na załączonym obrazku, na coś się ostatecznie przydał.

Powyższym chcieliśmy Was trochę rozśmieszyć, ale po ostatnim meczu nie do śmiechu jest Show Teamowi. Z Rekinami miało być łatwo, lekko i przyjemnie, a zamiast tego skończyło się na minimalnej porażce. Prawda o tym meczu jest taka, że było ono bardzo wyrównane i jeśli skończyłoby się tutaj remisem, żadna ze stron raczej nie zgłosiłaby weta. Trochę więcej zimnej krwi w końcówce zachowali jednak zawodnicy naszego ligowego beniaminka, co z jednej strony może zaskakiwać – wszak są mniej doświadczeni od Show Teamu, ale też należy ich trochę inaczej potraktować niż jak to miało miejsce po pierwszej kolejce. Już wtedy dochodziły do nas słuchy, że przeciwko Spectare nie dysponowali optymalnym składem i chociaż wczoraj też mieli swoje problemy, to jednak kilku naprawdę ciekawych graczy pojawiło się na boisku. Przede wszystkim Bartek Stelmach. Pewny w swoich interwencjach, nie do przejścia nawet dla tak szybkiego i zwinnego gracza jak Radek Wiśniewski, a w dodatku potrafiący odnaleźć się w polu karnym rywala. Fajnie zaprezentował się także Piotr Remesz. Z kolei po drugiej stronie boiska trochę zabrakło nam lepszej dyspozycji niektórych zawodników. Widzimy zresztą po statystykach – dwa gole Radka Wiśniewskiego, dwie asysty Przemka Matusiaka i tyle. Również sama gra nie powalała. Zwłaszcza w drugiej połowie – o czym mówiliśmy na transmisji – sporo było chaosu, nerwowości, przez co trudniej było wykreować jakąś dogodną okazję. Rekiny wykazały się w tym aspekcie większą cierpliwością i nie będziemy polemizować, jeśli ktoś stwierdzi, że choćby z tego względu zasłużyły na zwycięstwo. Jest to oczywiście spory policzek dla przegranych. Zależało im, żeby mieć komplet punktów po dwóch kolejkach, a tak trzeba się szybko obudzić, by ta porażka nie wpłynęła na nich tak, jak ta z drugiej edycji z The Naturatem, gdzie długo nie mogli powstać z desek. Co do Rekinów, to widać że coraz lepiej czują się na Orliku w Woli i chociaż nie wyobrażamy sobie, żeby udało im się utrzymać pozycję sensacyjnego lidera, jaką okupują w tym momencie, to najważniejsze, że wysłali do wszystkich kolejnych rywali sygnał, że łatwo z nimi nie będzie. I jak na ligowego beniaminka zrobili to naprawdę szybko.

Szampańskie nastroje zapanowały za to w HandyMan! Drużyna, która przed sezonem pisała nam, że może lepiej gdyby po fuzji z Green Teamem zaczęła od drugiej ligi, udowodniła sama sobie, jak bardzo się pomyliła we własnej ocenie 😊 Ale czy można nazwać wielką sensacją, że wczoraj ten zespół okazał się lepszy od AutoSzyb? Na pewno nie. W jakimś scenariuszu zakładaliśmy, że może to się tak skończyć, pod warunkiem dobrze obranej taktyki i jej skutecznej realizacji. I Hendymeni wszystko zrobili jak trzeba. Szybko objęli prowadzenie, co pozwoliło im zaprosić przeciwników na własną połowę, a ci niestety zupełnie nie mieli pomysłu, co z tym fantem zrobić. W pierwszej połowie odnotowaliśmy tak naprawdę tylko dwie dogodne sytuacje jakie sobie stworzyli, ale w obydwu przypadkach świetnie bronił popularny Jaszyn. Elewacyjni byli z kolei bardzo skuteczni. W 19 minucie gola na 2:0 zdobył Adrian Wojda i sytuacja z perspektywy przegrywających zrobiła się bardzo zła. Co prawda na początku drugiej połowy straty zmniejszył Krzysiek Zych, ale potem nastąpiła kumulacja nieszczęść. Najpierw za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał Michał Kur i gdy już się wydawało, że uda się przetrzymać okres gry w stracie bez utraty gola, prosty błąd popełnił Oskar Bajkowski, z czego skorzystał niezawodny Rafał Kudrzycki i znów mieliśmy dwie bramki różnicy. Szyby nie chciały się jednak poddać. Po precyzyjnym strzale z rzutu wolnego Łukasza Flaka wróciły do gry, ale potem nikt nie upilnował w polu karnym Krzyśka Smolika i powoli mogliśmy się oswajać z myślą o sukcesie graczy w żółtych koszulkach. W końcówce padło jeszcze po jednym trafieniu dla każdej ze stron i końcowy wynik brzmiał 5:3. To nie pierwszy mecz, w którym Szyby nie radzą sobie w sytuacji, gdy są pozbawione możliwości gry z kontry. Najgorsze, że nie ma zupełnie pomysłu na to, jak z takich opresji wychodzić. Według nas to się nie zmieni, dopóki w tym zespole piłka nie zacznie krążyć. Na małym boisku to jest absolutna podstawa, natomiast tutaj każdy zawodnik zanim ją odda, to musi wpierw spróbować okiwać jednego rywala albo zrobić kółeczko wokół własnej osi. To powoduje, że rywal może się ustawić i nie ma elementu zaskoczenia. W takich meczach przydałby się jakiś silny napastnik, który nie bałby się przyjąć piłki tyłem do bramki a potem oddać ją koledze. Ale żeby była jasność – atak pozycyjny to jest problem wielu zespołów, nie tylko na poziomie amatorskim, jakkolwiek mając do dyspozycji tylu mega-graczy jak na naszą ligę, trzeba od AutoSzyb wymagać więcej. Co zaś się tyczy zwycięzców, to niczym nas nie zaskoczyli. I w tym przypadku to nie zarzut, ale docenienie ich klasy. Maksymalnie wykorzystali potencjał swoich zawodników, w obronie rządził i dzielił Jarek Rozbicki, swoją robotę świetnie wykonywali Rafał Zygartowicz i Daniel Laskowski, a z przodu wiadomo – Rafał Kudrzycki klasa światowa. No i swoje dorzucili też Adrian Wojda i Krzysiek Smolik, bo chociaż nie nazwalibyśmy ich najlepszym, najszybszym czy najbardziej technicznym duetem napastników w lidze, to jeszcze wielu naszych uczestników mogłoby się od nich czegoś nauczyć 😉

A propos nauki – ciekawe ile jeszcze lekcji potrzebują zawodnicy FC Spectare, by wreszcie uświadomić sobie, że obrona to najważniejsza formacja w lidze szóstek. Myśleliśmy, że już po debiucie jakieś wnioski w tym temacie wyciągnęli, ale bardzo się pomyliliśmy. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w zaledwie pięć minut jakie minęły od pierwszego gwizdka, aż trzykrotnie musieli wyciągać piłkę z siatki? Nawet na poziomie naszej drugiej ligi taka gra musi się po prostu źle skończyć i szkoda, że podopieczni Wołodji Lewickiego zrozumieli to dopiero po otrzymaniu tych trzech gongów. Tym samym dla Joga Bonito to spotkanie nie mogło się rozpocząć lepiej. Pewnie nawet w najlepszych scenariuszach nie zakładali, że sprawa trzech punktów zostanie tak szybko przez nich rozstrzygnięta. A przypomnijmy – oni smaku zwycięstwa w rozgrywkach już dawno nie zaznali i można było się zastanawiać, czy będą umieli się zachować przy aż trzybramkowym prowadzeniu 😉 No i faktycznie – później wcale nie było już tak łatwo i FC Spectare do przerwy trochę zmniejszyli straty. Najpierw z rzutu karnego gola zdobył Andgej Tityk, a potem trafienie samobójcze przytrafiło się Tomkowi Kozłowskiemu. Ale mimo dużo lepszej gry w drugiej połowie, Spectare nie potrafili dojść podopiecznych Bartka Brejnaka na odległość jednej bramki. Gdyby to się udało, być może wprowadziliby trochę zamieszania w szyki obronne konkurenta, no ale brakowało im argumentów. Tak skuteczny jak przed tygodniem nie był już Andgej Ratyc, a dodatkowo w 39 minucie kontrę Jogi perfekcyjnie spuentował Mariusz Ochociński i było po sprawie. Zespół z Ukrainy walczył jednak do końca. W 45 minucie gola zdobył Wasyl Kudyba, a potem kilkukrotnie zrobiło się gorąco w polu karnym Adriana Kozyry. Ale rezultat nie uległ już zmianie. Joga odniosła zasłużone zwycięstwo i chociaż zapracował na to cały zespół, to nie sposób nie pochwalić duetu Łukasz Pokrzywnicki – Adrian Poniatowski. Tylko przy jednym golu nie mieli bezpośredniego udziału – przy pozostałych tak. I to jest coś, na czym można opierać optymizm w kontekście następnych meczów. FC Spectare musi natomiast mocno przemyśleć swoją grę. Tutaj są możliwości, ale brakuje planu. Te klocki trzeba po prostu dobrze poukładać, tyle że przydałoby się nad tym pomyśleć przed, a nie dopiero w trakcie spotkania, gdy jest już praktycznie „po jabłkach”.

Po meczach telewizyjnych pora zrelacjonować Wam to, czego nie mogliście zobaczyć LIVE. Pierwsze takie spotkanie rozegrali Al-Mar i Bad Boys. Zanim usłyszeliśmy tutaj sygnał do rozpoczęcia batalii, w ciemno zakładaliśmy taki oto plan – Źli Chłopcy powalczą, trochę krwi napsują, ale w końcowym rozrachunku o te dwie, może trzy bramki okażą się słabsi. I gdyby to spotkanie zakończyło się w 34 minucie, to nasza przepowiednia sprawdziłaby się co do joty. Bad Boys nieźle zaczęli ten mecz, bo już w 2 minucie wyszli na prowadzenie, a w 11 minucie zmarnowali doskonałą okazję na 2:0, gdy Bartek Woźniak przegrał pojedynek z wracającym po kontuzji Błażejem Kaimem. To był naprawdę poważny sygnał ostrzegawczy dla Al-Maru, że trzeba się wziąć do roboty, bo za chwilę może się stać tragedia. Podopieczni Marcina Rychty strzelanie rozpoczęli co prawda dość późno, bo w 19 minucie, ale jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę prowadzili już 3:1. A gdy we wspomnianej 34 minucie Mateusz Muszyński zdobył bramkę na 4:1, wydawało się że jest po herbacie. Ale Bad Boys, którzy nie mieli tutaj nic do stracenia, wcale nie spuścili głów i nie czekali jedynie na najniższy wymiar kary. Wręcz przeciwnie – przejęli inicjatywę, zdobyli bramkę i zaszachowali swoich rywali. Al-Mar zgubił swoją pewność siebie i lada moment został za to ukarany kolejnym golem, przez co na osiem minut przed zakończeniem spotkania wszystko było jeszcze możliwe. Ekipa z Ostrówka liczyła, że uda się zawiązać jeszcze przynajmniej jedną udaną akcję, która da im upragniony remis. Chęci jednak nie wystarczyły. Faworyci nie dali się oszukiwać w finałowych fragmentach i w dużych bólach zapisali na swoje konto drugi skalp w tym sezonie. Nie spodziewali się jednak, że to wszystko odbędzie się na takim poziomie zdenerwowania. Mieli przecież to spotkanie w garści, a jednak ono się wymsknęło spod kontroli i niewiele zabrakło do niemałej sensacji. Marcin Rychta zdradził nam zresztą, że po prostu nie spodziewał się, iż rywal może zagrać tak dobrze. Tylko czy to stanowi jakiekolwiek pocieszenie dla przegranych? Drugi niezły mecz, drugi gdzie dzieli ich od rywala zaledwie jedna bramka, ale to nie jest niestety siatkówka, gdzie za minimalną porażkę również dostaje się jakieś punkty. Ciekawe czy los wreszcie im wynagrodzi ich postawę, czy też jeszcze przez dłuższy czas przyjdzie im się godzić z tak bolesnymi porażkami. Życzymy im tego pierwszego.

No a teraz czas przejść do hitu pierwszej ligi! Wicemistrz pierwszej ligi czyli Copa FC kontra mistrz drugiej – Black Dragons Team (w nowych strojach, na zdjęciu). Wszyscy byliśmy ciekawi by dowiedzieć się, czy Kopacze faktycznie są na dobrej drodze do wywalczenia wymarzonego tytułu, a jednocześnie chcieliśmy sprawdzić, jak na tle takiego rywala wypadną młode wilki z Wołomina. Ale mimo, że minęło od tego spotkania już ponad 24h, to nadal nie mamy o nim wyrobionej opinii. Był to bowiem trochę dziwny mecz, który zwłaszcza w pierwszej połowie po prostu nas nie rozpieszczał. Niewiele sytuacji, mało składnych akcji i tylko jeden gol, strzelony zresztą po błędzie Czarka Nowakowskiego, który nie dał rady obronić piłki strzelonej przez Przemka Gronka. Nie ukrywamy – byliśmy rozczarowani, spodziewaliśmy się więcej i zwłaszcza postawa Black Dragons była daleka od oczekiwań. Brakowało pomysłu i cierpliwości, co było też wypadkową skutecznej postawy Copy w defensywie. Ekipa z Klembowa grała podobnie jak przed tygodniem z PrefBudem, czyli nie forsowała tempa, robiła swoje i do pewnego momentu dobrze na tym wychodziła. W głowie układaliśmy to sobie tak, że w końcu padnie tutaj drugi gol dla faworytów i będzie po sprawie. Ale tak się nie stało. Mimo że początek finałowej odsłony również nie zmieniał nam wyniku, to wszystko zmieniło się w 34 minucie. To właśnie wtedy gola dla Czarnych Smoków zdobył Mateusz Adamski i mecz rozpoczął się na nowo. I to dosłownie, bo wyglądało to trochę tak, jakby od tego momentu na boisku pojawiły się dwie zupełnie nowe ekipy. Copa zupełnie zgubiła rytm, zaczęła popełniać proste błędy, z kolei Black Dragons wreszcie przyspieszyli grę, poszczególni zawodnicy wzięli odpowiedzialność na swoje plecy i ze stanu 1:1 zaraz zrobiło się 3:1! Najpierw ładną bramkę zainkasował Tomek Freyberg, a potem po jego strzale skuteczną dobitkę zanotował debiutujący w S6 Sebastian Fransowski i sytuacja odwróciła nam się o 180 stopni. Copa była w szoku. Z meczu który był pod kontrolą, nagle stanęli nad przepaścią. Trochę tlenu w ich płuca wlała genialna bramka Mateusza Kowalczyka – efektowna przewrotka (którą zobaczycie w oddzielnym filmie) i robi się 3:2! Ale mimo usilnych starań Michała Łapińskiego i spółki, na więcej czasu już nie starczyło. Niespodzianka? Trochę na pewno, chociaż dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że Black Dragons zagrali tutaj wielki mecz i oto na naszych oczach tworzy się pierwszoligowy hegemon. Przez długi czas wyglądało to średnio, ale jest jeden duży pozytyw. Jeśli grając poniżej naszych oczekiwań robią taki wynik, to strach pomyśleć co będzie dalej. A Copa? Na pewno ciężko jest pogodzić się z sytuacją, gdzie przez 35 minut trzymasz wszystko w garści, a potem wystarczy chwila nieuwagi i budzisz się z niczym. To musiał być bardzo zimny prysznic, ale i dla nich jest dobra informacja. Strefy 6 nie wygrała jeszcze żadna ekipa, która gdzieś po drodze nie straciła punktów. Dlatego trzeba to spotkanie wymazać z pamięci i patrzeć przed siebie. Bo chociaż temat mistrzostwa się skomplikował, to nie znaczy, że w jego sprawie nic już nie da się zrobić.

W meczu wyżej mieliśmy trochę szachów, co nie wszystkim mogło się podobać. Ale powiemy Wam uczciwie, że w dużym stopnie humory poprawił nam kolejny mecz – Retro Squad kontra Lema Logistic. Derby Radzymina i jak przystało na tytuł – to było naprawdę świetne widowisko. Szybkie tempo, duża intensywność, sporo fajnych akcji – mecz na pierwszoligowym poziomie! A gdy tak zobaczyliśmy, kogo do gry wziął Kacper Piątkowski, to pomyśleliśmy sobie, że nie chcielibyśmy być w skórze Retro. Pojawili się bowiem Bartek Balcer, Hubert Sochacki i Damian Kossakowski a przecież ten tercet grał na naprawdę niezłym poziomie na boiskach 11-osobowych i mieliśmy wątpliwości, czy Retro postawi tutaj opór. Ale Mateusz Meirowski i spółka nie zawiedli. Grali bez kompleksów, jak równy z równym i chociaż przegrali, to ze swojej postawy powinni być zadowoleni. Przy odrobinie szczęście mogli tutaj zresztą zremisować i ten wynik z przekroju spotkania również by się obronił. No ale Retro wciąż ma ten sam problem i nazywa się on (nie)skuteczność. Znowu mieli mnóstwo okazji do zdobycia gola, lecz gdy przychodziło do finalizacji następował paraliż. Paradoks polegał na tym, że gole zdobywali po akcjach, gdzie golem pachniało średnio, a nie wykorzystywali okazji, które spokojnie możemy nazwać setkami. Co gorsze – choćby gola na 1:2 stracili w fatalnych okolicznościach, gdzie Artur Szczotka mógł zachować się trochę lepiej. Ale jeżeli nie wykorzystuje się sytuacji sam na sam, jak to miało miejsce w 26 minucie za sprawą Kamila Ryńskiego, jeśli w końcówce meczu zalicza się słupek, a potem znowu przegrywa się pojedynek z dobrze tego dnia dysponowanym Kamilem Żmijewskim, to tak to się właśnie kończy. Być może byłaby nadzieja, że to wszystko ułoży się inaczej, gdyby nie kontuzja w pierwszej połowie Sebastiana Ryńskiego. Może on byłby w stanie ten strzelecki impas przełamać, chociaż teraz to już tylko gdybanie. Lemę uratowały na pewno indywidualności – dwa gole Damiana Kossakowskiego, jeden Bartka Balcera. Gdybyśmy mieli jednak oceniać grę, to Retro podobało nam się bardziej. Tutaj więcej zawodników było zaangażowanych w kreowanie ataków, a kolejny świetny mecz rozgrywał Patryk Kukwa, który robił niesamowitą robotę w środku pola. No ale to nie wystarczyło. Przegrani nie mają się jednak co martwić – jeśli bowiem Lema będzie za każdym razem przyjeżdżała takim składem, to my dla niej nie widzimy godnego rywala na drugim poziomie. No ale właśnie – oby się tylko nie okazało, że wzorem poprzednich sezonów, tak szeroka i mocna kadra to był jednorazowy wybryk. Pożyjemy, zobaczymy.

One Man Show – w taki sposób określa się widowiska, gdzie mimo obecności innych aktorów, prym wiedzie jeden. No i tak należałoby podsumować to, co zobaczyliśmy w ostatnim meczu drugiej kolejki. RDK Szewnica podejmowała Lambadę, dla której był to debiut w Strefie 6. Myśl polsko-ukraińska miała stanowić zaskoczenie dla Marcina Białka i spółki, ale jak widzimy po wyniku – mecz nie ułożył się po myśli ekipy Roberta Biskupskiego. Ale wcale tak nie musiało być. Dość długo nie było jasne, na którą stronę przechyli się szala, chociaż Lambada miała tego dnia tylko jednego rezerwowego i niestety to miało swoje przełożenie na końcowy rezultat. Podczas gdy w Szewnicy zawodnicy mogli odpocząć, nabrać energii i potem nacierać na konkurenta, po drugiej stronie boiska dość częstym był obrazek, gdzie gracze w granatowych koszulkach podpierali się o kolana, głęboko walcząc o oddech. Było to także spowodowane permanentną gonitwą za Adamem Michalikiem. To nietuzinkowy napastnik, piekielnie szybki, który gdy tylko miał piłkę przy nodze, to od razu robiło się groźnie. Ale słowa nie oddadzą tego co statystyki – na siedem goli jakie zdobyła RDK, we wszystkich maczał palce ten zawodnik! Coś niesamowitego. Wystarczyło po prostu dostarczyć do niego piłkę, a on już wiedział co z nią zrobić. Lambada miała z nim ogromne problemy, tyle że w pierwszej połowie był moment, kiedy ten zespół mógł (a może nawet powinien) wyrobić sobie przewagę. Przy stanie 2:1 dla Szewnicy czerwoną kartkę obejrzał Damian Ostrowski i to była idealna okazja, by podreperować swój stan posiadania. Gdy szybko zrobiło się 2:2, kolejne gole miały być tylko kwestią czasu. Niestety – prosty błąd w komunikacji między obrońcą a bramkarzem i Szewnica najtrudniejszy dla siebie okres w spotkaniu przetrwała. A w drugiej połowie w końcu wypracowała sobie dwa gole przewagi i mogła ze względnym spokojem oczekiwać końcówki. Tam przypomniał o sobie Marcin Białek – jego gol na 6:3 zamknął emocje w tym meczu, bo było już jasne, że Lambada nic tutaj nie ugra. Finalnie skończyło się na 7:4, ale przegrani mogli być źli tylko na siebie. Gdyby wykorzystywali swoje okazje (a marnowali nawet strzały z metra, co było zasługą świetnie broniącego Adama Sabali), no i mieli przynajmniej jednego zawodnika rezerwowego więcej, to tutaj emocje byłyby do samego końca. Dalecy jednak jesteśmy od stwierdzenia, że wynik byłby wówczas inny. Oddajmy Szewnicy, że jak zwykle pokazała charakter, nawet jeśli czasami niepotrzebnie kierunkowała swoją sportową złość w kierunku arbitra. No i ten Adam Michalik – z jednej strony super napastnik, ale i on musi przemyśleć swoje zachowanie, bo nawet niektórych jego kolegów z drużyny zaczęły już denerwować wieczne pretensje. Najważniejsze, to skupić się na grze, szczególnie że to jeden z tych zawodników, który wie o co w tej grze chodzi.

Wszystkie statystyki z drugiej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę. Jutro koło południa oczekujcie z kolei terminarza na następną niedzielę.

Dodaj komentarz