Bad Boys znowu to zrobili! Szewnica pewna gry w elicie.


„Wiem, że nic nie wiem” powiedział kiedyś jeden z greckich filozofów. I gdyby ktoś po wczorajszym graniu spytał nas, kto będzie nowym mistrzem Strefy 6, odpowiedzielibyśmy dokładnie w ten sam sposób.

Słuchajcie, na wstępnie tradycyjnie kilka słów o transmisji. Na szczęście udało się ją przeprowadzić od początku do końca, nie było też strat w sprzęcie, w dodatku frekwencja na czacie i wśród oglądających była zadowalająca, więc możemy się tylko cieszyć. Wpadło nam też kilka subskrypcji i brakuje już tylko 5 do magicznej bariery 200! A jeśli ktoś nie był w stanie obejrzeć wczoraj relacji LIVE, to może to nadrobić poniżej.

Domyślamy się, że największym wzięciem jeśli chodzi o powtórki meczów, będzie się cieszył ten między AutoSzybami a Bad Boys. Trudno będzie Was z kolei namówić, byście obejrzeli sobie to, co działo się w rywalizacji Szewnicy z Rekinami, bo jak widzicie po wyniku – to spotkanie, delikatnie rzecz ujmując, nie ułożyło się po myśli zawodników z Ząbek. Jedyne za co możemy ich pochwalić to premierowy kwadrans. To był okres, kiedy grali naprawdę dobrze, wyszli nawet na prowadzenie i mieli jeszcze jedną, dogodną okazję do pokonania Adama Sabali. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że jeżeli Szewnica złapie ich za gardło, to już ze swojego uścisku nie wypuści. Szkoda tylko, że Rekiny przyczyniły się do tego, że rywal ich dopadł. W 18 minucie nieporozumienie na linii Adrian Mochocki – Marcin Stolarski wykorzystał Kacper Mróz i chyba można spokojnie napisać, że w tym momencie mecz się skończył. Na boisku panowała już tylko jedna drużyna, który jeszcze do przerwy zdążyła wpakować dwie bramki, z kolei drugą połowę wygrała w stosunku 8:0. Spieraliśmy się na transmisji, jak ten mecz ocenić w kontekście Rekinów. Mimo wszystko pozostajemy na stanowisku, że nie należało szukać tutaj drugiej bramki za wszelką cenę, bo nie dość, że nie udało jej się zdobyć, to przegrani ułatwili sprawę faworytom, zostawiając im mnóstwo miejsca w obronie i to musiało się źle skończyć. No ale – w praktyce nie ma to żadnego znaczenia, bo to nie siatkówka, gdzie za minimalną przegraną otrzymujesz jakieś punkty. Tutaj porażka – bez względu na wynik – zawsze wyceniania jest na tyle samo, czyli zero. Cóż, trzeba po prostu o tym meczu jak najszybciej zapomnieć i spróbować zmazać plamę przy okazji ostatniej kolejki. Natomiast Szewnica upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie dość, że pobiła rekord strzelecki tego sezonu, bo nikt w jednym meczu nie zdobył tyle bramek co ona, to zapewniła sobie awans do pierwszej ligi. Poza Lambadą nikt nie może już chłopaków wyprzedzić, co oznacza, że w przyszłym sezonie zobaczymy ich w elicie. Być może po pierwszej kolejce, gdzie przegrali z Retro, niewielu stawiało ich w roli faworytów do promocji, ale okazało się że był to jedynie wypadek przy pracy. Seria pięciu zwycięstw z rzędu mówi zresztą sama za siebie. Ale z gratulacjami jeszcze poczekamy, bo oni mają jeszcze jedną misję do wykonania. Druga liga sama się przecież nie wygra 😉

Mecz bez historii za nami, to teraz pora opowiedzieć o spotkaniu, które w historii Strefy 6 prawdopodobnie zasłużyło na oddzielny akapit. Tak naprawdę to relację z potyczki AutoSzyb z Bad Boys najlepiej po prostu obejrzeć. Tylko w ten sposób na własne oczy zobaczycie instrukcję, jak zremisować wygrany mecz. A jej autorem byliby podopieczni Kamila Wiśniewskiego, którzy mimo że grali bez Bartka Bajkowskiego, to jeszcze w 41 minucie prowadzili różnicą czterech goli. Tego nie dało się po prostu wypuścić z rąk, zwłaszcza że Bad Boys chyba też w pewnym momencie stracili wiarę, że walczą tutaj o punkty, tyle że po prostu grali do samego końca, chcąc zdobyć jak najwięcej goli. I oni sami się pewnie nie spodziewali, że nadejdzie moment, w którym dostaną szansę wrócić do tego meczu. Kulminacyjny punkt spotkania to chyba gol na 4:7 autorstwa Pawła Szczapy. Prawdopodobnie zasiał on trochę niepewności w obozie faworytów, którzy myślami byli już chyba w samochodzie i drodze powrotnej do domu. I ze spotkania, które mieli pod kontrolą, nagle zaczęli popełniać proste błędy, rozdawali prezenty rywalowi i ich przewaga zaczęła się kurczyć. W 45 minucie Paweł Woźniak skutecznie wyegzekwował rzut karny, chwilę później karygodny błąd popełnił Kuba Skotnicki, który chciał się pokiwać na własnej połowie i puenty można się domyśleć i na trzy minuty przed końcem Źli Chłopcy mieli już tylko jednego gola straty. Kamil Wiśniewski od razu starał się wprowadzić korekty w zespole, ponownie zaczął wprowadzać podstawowych graczy na boisko i mimo wszystko wydawało się, że uda się dowieźć to skromne, jednobramkowe prowadzenie do końca. Ale Bad Boys ani myśleli pogodzić się z porażką. Stać ich było na jeszcze jeden zryw, który w ostatniej akcji spotkania na bramkę zamienił Radek Stańczak i cud stał się faktem! Tak, to był piłkarski cud, bo wyjść z takich opresji i urwać tutaj punkt – to była misja niemożliwa. Taki remis smakuje jak zwycięstwo, natomiast w przypadku AutoSzyb – była to prawdopodobnie najbardziej bolesna strata punktów w historii tego zespołu. W konsekwencji trzeba się pogodzić z tym, że Szyby mistrzami Strefy 6 w tym sezonie na pewno nie będą. Według nas ten zespół po prostu za szybko uwierzył, że całą pulę trzyma już w kieszeni. Zaczęły się zmiany, na boisko wszedł nawet rezerwowy bramkarz i dziś – wiedząc jak to się wszystko skończyło – możemy napisać, że należało to wszystko rozegrać inaczej. Ale łatwo pisać po fakcie. Trudno sobie jednak wyobrazić gorszy scenariusz na utratę szans na tytuł. To musi boleć i będzie bolało jeszcze bardzo długo. Natomiast Bad Boys po raz kolejny przesunęli granicę hasła „niemożliwe nie istnieje”. Z Copą potrzebowali 12 minut by odrobić trzy gole straty. Z AutoSzybami 9 minut, by odrobić cztery. Chyba nic więcej nie da się już z tego wycisnąć, ale słowa “chyba” nie użyliśmy tutaj przez przypadek.

Z otwartymi buziami na mecz opisywany wyżej patrzyli przedstawiciele PrefBudu i HandyMan. Ich podział punktów AutoSzyb bardzo ucieszył, bo to oznaczało, że przy własnym zwycięstwie, odpada im jej konkurent w walce o złoto. My drobnego faworyta w tej parze upatrywaliśmy w PrefBudzie. Przede wszystkim dlatego, że ekipa Rafała Kowalczyka dysponuje zawodnikami, w których jest element piłkarskiego szaleństwa. Damian Matuszewski, Kryspin Kisiel, Krzysiek Zabrzecki – to tylko część graczy ekipy z Tulewa, która potrafi zrobić coś z niczego. A w spotkaniach, które są na styku i gdzie rywalizują ze sobą drużyny o podobnym potencjale, coś takiego może być na wagę złota. I w swojej ocenie nie pomyliliśmy się. Od godziny 11:00 do 12:00 zobaczyliśmy dokładnie taki mecz, jakiego się spodziewaliśmy. Nie było tutaj wielkich efektów specjalnych, nie było wielu bramek, nikt nie chciał popełnić błędu i zdawaliśmy sobie sprawę, jak wielką wagę może mieć tutaj pierwszy zdobyty gol. Byliśmy przekonani, że zespół który go zdobędzie, prawdopodobnie nie da już sobie wyrwać zwycięstwa i ku uciesze Rafała Kowalczyka – to przedstawiciel jego zespołu wpisał się na listę strzelców jako pierwszy. Uczynił to konkretnie Piotrek Zawadzki, którego strzał nie był może bardzo mocny, ale zaskakujący i precyzyjny, przez co popularny „Jaszyn” nawet nie drgnął. To trafienie znacznie otworzyło mecz i za chwilę było już 2:0, a gdy chwilę po wznowieniu drugiej połowy, trzecią bramkę dla PrefBudu zanotował Szymon Skoczeń – sprawa była rozstrzygnięta. No i choćby takiego Szymona bardzo brakowało w obozie HandyMan. Niestety – tej ekipie zabrakło elementu zaskoczenia, tego piłkarskiego szaleństwa o którym pisaliśmy wcześniej. Nie było kogoś, kto rozerwałby defensywę przeciwnika, zdecydował się na indywidualną próbę i zaskoczył Filipa Kosińskiego. Od razu ciśnie się na usta osoba Rafała Kudrzyckiego. Bez niego Krzysiek Smolik i spółka byli bezzębni a trafienie z rzutu karnego na 1:3 było jedynie na otarcie łez. Tym samym wiemy już, że PrefBud kwestię mistrzostwa czwartej edycji Strefy Szóstek ma tylko w swoich nogach. Jeżeli pokona Black Dragons, to nie musi się na nikogo oglądać i tytuł pojedzie do Tulewa. I to jest prawdopodobny scenariusz, bo chłopaki z meczu na mecz rosną i 14 listopada to może być wielki dzień w historii ich drużyny. Hendymeni muszą się z kolei obejść smakiem. Złota nie będzie i jedyne na co mogą liczyć to brąz, ale do tego potrzeba już nie tylko własnego zwycięstwa, ale i fury szczęścia. Ten niedzielny mecz pokazał jednak, że ligi nie da się wygrać, nie mając rasowego napastnika. I to chyba najcenniejsza lekcja, jaką gracze Handy musza wyciągnąć nie tylko po tym spotkaniu, ale i po kończącym się sezonie.

Cień nadziei, że uda się za to uratować ten sezon, tlił się ostatnio w Lemie. Zawodnicy z Radzymina po pokonaniu Joga Bonito i mając zaległy mecz z Lambadą, mogli kalkulować, że wygrana nad FC Spectare może stanowić przepustkę do walki o podium. Nie przypuszczamy, że to był jakiś nadrzędny cel Kacpra Piątkowskiego i spółki, bo najważniejsze było po prostu zwycięstwo nad przybyszami zza wschodniej granicy, ale skoro wytworzyła się szansa, by powalczyć o coś więcej niż środek tabeli, to należało z tego skorzystać. Tym bardziej, że Spectare było tego dnia pozbawione wielu swoich podstawowych graczy. Wołodja Lewicki dysponował zwykle dwoma bramkarzami na mecz, a teraz nie miał ani jednego. Brakowało także Andgeja Tityka i wielu innych graczy, którzy bardzo by się tutaj przydali a ich obecność zwiększyłaby szansę na sukces. No ale trzeba było sobie radzić z tym co jest. I początek meczu był dla Spectare obiecujący. W 7 minucie Iwan Dubowski wykorzystał błąd Marka Gajewskiego i skierował piłkę do pustej bramki. To były jednak miłe złego początki. Co prawda spotkanie nadal było w miarę wyrównane, ale od momentu straty gola, Lema nie dała się pokonać już ani razu. Z kolei sama kreowała coraz więcej okazji i w 15 minucie za sprawą Mateusza Kostrzewy (na zdjęciu) doprowadziła do wyrównania. Ten sam zawodnik zdobył też następną bramkę w spotkaniu – miało to miejsce chwilę po rozpoczęciu drugiej odsłony i tym samym Lema pierwszy raz wyszła na prowadzenie. I dziś możemy jedynie gdybać, czy wynik byłby tutaj inny, gdyby w kolejnych minutach przegrywający wykorzystali swoje okazje. A kilka ich mieli, lecz zamiast remisu 2:2, po chwili rezultat brzmiał już 3:1, a bramkę zaliczył Jarek Kufel. To trafienie uspokoiło prowadzących, z kolei goniący nie za bardzo mieli argumenty, by coś tutaj zmienić Swoje zrobiła bardzo krótka ławka rezerwowych, licząca zaledwie jedną osobę, co po prostu nie pozwoliło przycisnąć w końcówce, chociaż w ostatnich minutach Wołodja Lewicki zapisał na swoje konto uderzenie w poprzeczkę. Uczciwie oddamy chyba jednak przebieg tej rywalizacji, opisując ją stwierdzeniem, że Spectare w tym składzie personalnym zrobiło po prostu tyle, ile mogło. Postawiło się, trochę postraszyło, ale na więcej zabrakło i sił i większej liczby graczy. Oby w ostatniej kolejce wyglądało to lepiej pod względem kadrowym. Lema zrobiła z kolei swoje. I dzięki temu wskoczyła na czwartą pozycję w tabeli, która jak wiemy – jest idealna do ataku o pudło. I jesteśmy bardzo ciekawi, czy Logistyczni będą potrafili zrobić z niej użytek.

Popularny Pantera “ugryzł” w niedzielę dwukrotnie.

Wiemy, że wielu z Was dziwiło się, gdy zobaczyło końcowy wynik kolejnego niedzielnego spotkania – Copa FC kontra Al-Maj Car. Czy Organizator przypadkiem nie zapomniał uzupełnić liczby bramek Kopaczom? Otóż nie. Rezultat 1:0 faktycznie okazał się końcowym, a niewiele zabrakło, żebyśmy w ogóle w tym meczu goli nie ujrzeli. Zacznijmy jednak od początku – przede wszystkim zespół z Klembowa miał tego dnia spore problemy kadrowe. Spotkanie rozpoczął bez zmian i dopiero w trakcie pierwszej połowy na boisko dojechał Bartek Kielak. W Al-Maju nie wyglądało to dużo lepiej i być może fakt, że jedni i drudzy zdawali sobie sprawę, że trzeba jednak oszczędzać siły spowodował, że ten mecz dość długo się rozkręcał. Mniej więcej po upływie kwadransa wreszcie zaczęło się jednak dziać. Bardzo blisko gola byli markowianie, lecz fantastycznie między słupkami Copy uwijał się Darek Waś. Czasami bronił nawet na leżąco i przeciwnicy (których nota bene świetnie zna, bo on również mieszka w Markach) łapali się za głowy. Z kolei w 23 minucie idealną okazję dla graczy w zielonych koszulkach zmarnował Michał Łapiński. W sytuacji sam na sam z bramkarzem, lepszy okazał się Piotrek Leończuk. Tym samym pierwsza połowa upłynęła nam bez goli, a na złote trafienie czekaliśmy do 36 minuty. I jak to się często w takich okolicznościach mówi – bramka która tutaj padła była z … niczego 😉 Przemek Woźniecki wyrzucił futbolówkę z autu a Maciek Łysiak kapitalnie dołożył głowę i zaskoczył Darka Wasia. Al-Maj musiał teraz obronić to jednobramkowe prowadzenie i jak się okazało – zrobił to skutecznie. Copie brakowało siły przebicia. Tu aż prosiło się o Mateusza Marcinkiewicza, który zwykle w takich momentach brał odpowiedzialność na siebie i potrafił odwrócić losy spotkania. Niestety w niedzielę przegrani nikogo takiego nie mieli w swoim składzie. Mateusz Kowalczyk walczył jak mógł, Michał Łapiński w końcówce częściej był już na połowie rywala niż swojej, ale to wszystko nie przynosiło efektów. I tak zakończyło się to spotkanie. Al-Maj Car wygrał 1:0 i dzięki temu zwycięstwu nie tylko poprawił sobie humory, ale przede wszystkim dał sobie szansę, by opuścić strefę spadkową. A ponieważ w ostatniej kolejce gra z Bad Boys, to kto wie, czy w końcowym rozrachunku nie wyprzedzi właśnie… Copy. Co do zawodników z Klembowa, to taka porażka na pewno boli. Nie dość, że minimalna, nie dość, że ze statycznej sytuacji, gdzie po prostu trzeba się lepiej zachować, to jeszcze odebrała resztki nadziei na medal. Ale jedno jest pewne – obóz Michała Łapińskiego wciąż ma o co grać. Bo zakładając czarny scenariusz, ta drużyna może w przyszłym sezonie wylądować w… drugiej lidze. A to brzmi tak abstrakcyjnie, że sami nie wierzymy, że właśnie to napisaliśmy…

Grali jak nigdy, skończyli jak zawsze – ta, raczej smutna konstatacja, stała się z kolei udziałem zawodników Show Team. Ferajna Przemka Matusiaka miała spore ambicje w tej edycji i nawet sam kapitan w jednym z pomeczowych wywiadów bardzo liczył na to, że wysiłek w postaci wielu dobrych spotkań w tym sezonie, wreszcie zostanie zamieniony na coś, co można zawiesić na szyi. Ale po wczorajszej potyczce z Lambadą wiemy, że nic z tego nie wyjdzie. Co prawda jest pewien scenariusz, który może dać jeszcze Show Teamowi brąz, ale to jest wyższa matematyka, której pewnie nawet sami zainteresowani nie biorą pod uwagę. A skoro napisaliśmy już co oznacza porażka z Lambadą, to teraz pora wypunktować, dlaczego do niej doszło. Przede wszystkim chłopaki musieli sobie radzić bez Radka Wiśniewskiego. Co prawda ten gracz pojawił się na krótki fragment spotkania w drugiej połowie, ale to nie był ten Radek którego znamy i lubimy. Choroba skutecznie go wyhamowała. Bez niego zmniejszyła się liczba zawodników, którzy potrafią wziąć ciężar gry na siebie. W Lambadzie takich problemów nie ma – tam wszyscy grają mniej więcej na tym samym poziomie i nieobecność jednego zawodnika nie powoduje, że nagle drastycznie spada jakość gry. I to w tym meczu było widać. Pod względem rozgrywania akcji ekipa Roberta Biskupskiego wyglądała lepiej. To nie były tylko indywidualne próby wyprzedzenia przeciwnika i oddania strzału, ale przemyślane akcje, które co i rusz stwarzały zagrożenie pod bramką Czarka Murawskiego. Ale paradoksalnie – to Show Team mógł schodzić po pierwszej połowie z prowadzeniem. Mimo że liczba stworzonych okazji przemawiała za Lambadą, to dobra gra Piotrka Bobera i trochę szczęścia przy jednej sytuacji (gol samobójczy Maxa Yanchenko) spowodowały, że było 2:1 dla graczy w bordowych koszulkach. Taki stan trwał do 25 minuty, gdy konkurenci wyrównali za sprawą swojego kapitana, a na starcie drugiej połowy szybko objęli prowadzenie. I wiedzieli, że jeśli uda im się tutaj zbudować większą przewagę aniżeli jedna bramka, to będzie po meczu. I tak też się stało. Dwa gole z rzędu zdobyte przez Kostję Krasynskyja spowodowały, że ten mecz praktycznie się rozstrzygnął. Show Team walczył do końca, Piotrek Bober robił co mógł, a koledzy z zespołu starali mu się pomagać, ale to wszystko było po prostu za mało. Trzeba jednak oddać przegranym, że mimo iż wynik nie do końca na to wskazuje, to poprzeczkę zawiesili wysoko. Zresztą – gdyby faktycznie miało się okazać, iż znowu zabraknie ich na pudle, to oni nie przegrali tego tym konkretnym spotkaniem. Czkawką będzie im się odbijała strata punktów z Retro i Spectare, gdzie wystarczy sobie policzyć, co byłoby, gdyby mieli pięć punktów więcej. Szkoda. Natomiast Lambada potwierdziła wczoraj, że jest na dobrej drodze do zajęcia drugiego miejsca. Gra mogła cieszyć oko a każdy dołożył cegiełkę do sukcesu. Teraz trzeba jeszcze wygrać z Lemą i Jogą a potem trzymać kciuki za… Show Team. Bo jeśli ten odbierze punkty Szewnicy, to Lambada rzutem na taśmę wygra zmagania drugiej ligi! A przecież tej ekipy wcale miało tutaj nie być…

A chyba najbardziej wyczekiwaną potyczką na zapleczu elity była ta z godziny 15:15. Retro i Joga Bonito zawsze tworzą fajne i emocjonujące spektakle i takiego też oczekiwaliśmy wczoraj. Poza tym ci drudzy przystępowali do meczu opromienieni drugim miejscem w Pucharze Ligi i widać było po nich, że ten sukces pozytywnie ich nastroił, przez co cel na szóstą kolejkę był jeden – zwycięstwo. No ale jak doskonale się orientujecie – misja zakończyła się niepowodzeniem. Tyle że ten mecz miał naprawdę niesamowitą historię – wystarczy powiedzieć, że będąca w gazie Joga prowadziła w nim już 3:1 a potem 4:2. No właśnie – i mniej więcej po czwartym trafieniu autorstwa Kacpra Cebuli odezwały się stare demony. Dość powiedzieć, że wystarczyło kilkanaście minut, by Joga straciła sześć goli z rzędu! Dwa jeszcze przed przerwą, a kolejne cztery już po i to w odstępie zaledwie pięciu minut. To granie falami stanowi niemal nieodłączny element repertuaru ekipy Bartka Brejnaka. Albo im coś wychodzi i wtedy naprawdę grają efektownie i skutecznie, ale kompletnie się zacinają i wtedy dostajemy to, co widzieliśmy w potyczce z Retro. Aż trudno sobie wyobrazić, że jedna drużyna potrafi mieć w tak krótkim odstępie czasu dwie twarze. Co prawda gracze Bonito walczyli jeszcze, by wrócić do tego spotkania i po trafieniach Tomka Sieczkowskiego oraz Łukasza Pokrzywnickiego zmniejszyli straty do dwóch goli, ale za chwilę znowu dali sobie wbić łatwą bramkę i trzeba się było pogodzić z porażką. Mimo wszystko dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że to niejako obnażyło sukces Jogi w Pucharze. Nie. Ta wczorajsza porażka pokazała, iż ta drużyna potrzebuje jeszcze czasu, by ustabilizować swoją grę i emocje. Poza tym – Retro to nie jest byle jaki przeciwnik. To nie jest przypadek, że ta drużyna jako jedyna w rozgrywkach pokonała Szewnicę i walczy o medale. Oni potrafią grać w piłkę, mają naprawdę wyrównany skład i właśnie on był kluczem do wczorajszego sukcesu. Bo gdyby tak spojrzeć na statystyki, to w Retro był tylko jeden zawodnik, który na swoje konto nie zapisał żadnej asysty czy gola. Z kolei po stronie Jogi takich graczy było wielu i to właśnie była ta decydująca różnica, która znalazła odzwierciedlenie w wyniku.

Tomek Sieczkowski nie ukrywał swojej frustracji po ostatnim gwizdku.

No i doszliśmy już do ostatniego meczu szóstej kolejki S6. Ale za to jakiego! Ówczesny lider czyli Black Dragons podejmował drużynę, którą zluzował na pierwszym miejscu, a więc Al-Mar Wołomin. Dla tych drugich był to mecz z kategorii „wóz albo przewóz”. Wyłącznie zwycięstwo podtrzymywało nadzieję na dobry wynik na koniec sezonu, ale domyślamy się, że wśród czytających te słowa więcej było sceptyków co do szans Al-Maru w konfrontacji z Dragonami. I takie myślenie miało swoje podstawy, bo zespół Marcina Rychty grał ostatnimi czasy słabo i zakładanie, że przełamie się akurat w rywalizacji z liderem tabeli mogło być naiwne. My jednak wiedzieliśmy, że gdy przyjdzie moment próby, to Al-Mar będzie potrafił stanąć na wysokości zadania. I to wcale nie musiało oznaczać zwycięstwa, ale po prostu taką grę, do jakiej chłopaki przez wiele lat nas przyzwyczaili. No i nie zawiedliśmy się – 7 listopada 2021 roku wreszcie zobaczyliśmy taki Al-Mar na jaki czekaliśmy. To była drużyna, która od początku meczu wiedziała co chce grać, była zdyscyplinowana, konkretna i po prostu wygrała to spotkanie całkowicie zasłużenie. Już po 10 minutach było tutaj 2:0, a obydwa gole zdobył Mateusz Muszyński. Przeciwników w tym fragmencie spotkania po prostu nie było. Być może Serek Modzelewski i koledzy byli zaskoczeni tym co prezentuje przeciwnik i musiał minąć kwadrans, byśmy powoli w zawodnikach w czarnych koszulkach rozpoznali ówczesnego lidera tabeli. Ale lekka poprawa w grze długo nie miała wpływu na wynik meczu. Co więcej – Czarnym Smokom nie pomógł nawet fakt, że przez 7 minut grała w przewadze jednego zawodnika – najpierw po żółtej kartce dla Pawła Maliszewskiego, a następnie po kontrowersyjnym czerwonym kartonie dla Adama Barana. Dopiero na początku drugiej połowy Black Dragons przełamali impas, gdy fenomenalne podanie Mateusza Przybińskiego na gola zamienił Patrick Kluk. Ale na więcej Al-Mar już nie pozwolił. Doświadczona ekipa z Wołomina szybko powróciła do dwubramkowego prowadzenia, a gdy w 41 minucie swoje trafienie zanotował Karol Sochocki było już po sprawie. Przegrani dopiero w końcówce, gdy Al-Mar był już pewny swego, zdobyli dwa gole z rzędu i trochę przypudrowali swój słabszy występ. Chociaż tak naprawdę, to do tego spotkania najlepiej pasuje piłkarskie powiedzenie, że “gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. A zwycięzcy po prostu grali lepiej, narzucili swoje warunki gry i z tak grającym Al-Marem byłoby ciężko każdej ekipie w Strefie Szóstek. I aż ciśnie się na usta pytanie – tylko czemu tak późno? Ale z drugiej strony – wciąż może się okazać, że powrót starego-dobrego Al-Maru został wyliczony idealnie, bo nadal jest szansa by zgarnąć złoto. Podobnie rzecz ma się w obozie przegranych. Ale abstrahując od możliwych scenariuszy, jeśli drużyna Serka Modzelewskiego chce wejść na jeszcze wyższy poziom, to nie może zaczynać meczów tak jak wczoraj. Początek spotkania to okres gdzie budujesz swoją pewność siebie i to właśnie wtedy Al-Mar stworzył podwaliny pod swój sukces. Szybko uwierzył, że potrafi być groźny, że potrafi stwarzać okazje i znajdować słabości przeciwnika. I na tym zbudował całe spotkanie. Black Dragons już z Al-Maj Car Marki miał nauczkę, że z propozycją swoich warunków gry nie można czekać nieskończoność. Ale o ile wtedy jakoś się prześlizgnęli, tak tutaj nie mieli żadnych szans. I oby z PrefBudem wreszcie wyciągnęli z tej lekcji wnioski.

Wszystkie statystyki z szóstej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. A już jutro przedstawimy Wam plan na ostatnią kolejkę. Do usłyszenia!

Komentarze (2)

  1. Smolik nawet organizator Ci pisze żebyś znalazł jakiegoś napastnika bo bez napadownika meczu nie wygrasz!!!!!!!

Dodaj komentarz