Bad Boys znów zaskakują! Pierwsze punkty Jogi.


Patrząc na tabelę po półmetku zmagań, wiele wskazuje na to, że losy tytułu mistrzowskiego rozstrzygną się między AbyDoPrzodu a Copą. Zwłaszcza, iż w ostatnią niedzielę punkty straciły dwie inne ekipy, które jeszcze tydzień temu miały tyle samo „oczek” co ekipa z Klembowa.

Zanim jednak dogłębnie zanalizujemy to, co wczoraj działo się w górnej połowie stawki, zaczynamy od retrospekcji zdarzeń ze spotkania dwóch ligowych maruderów. Mecz The Naturatu z Joga Bonito był zwłaszcza dla tych pierwszych jedną z niewielu szans w sezonie, gdzie chłopaki nie byli z góry na straconej pozycji. Ich frekwencja pokazała też sporą determinację i wiarę w to, że faktycznie uda się tutaj otworzyć punktowy dorobek. Ale taki sam plan mieli podopieczni nieobecnego Bartka Brejnaka. Kapitan Jogi pewnie z lekkim niepokojem oczekiwał wyniku tej potyczki, wierząc jednak, że ci którzy przyjechali reprezentować barwy Bonito w niedzielę, dadzą sobie radę. I tak też się stało. Ale to spotkanie długo było bardzo wyrównane – dość powiedzieć, że na pierwszą bramkę czekaliśmy tutaj ponad 20 minut. Do przerwy było zresztą tylko 2:1 dla minimalnym faworytów tego starcia, jednak w drugiej połowie swoje zrobił Mateusz Muszyński. Ten napastnik był nieuchwytny dla obrony przeciwnika i jego dobra postawa pozwoliła zwiększyć bufor bramkowy, którego Joga nie oddała już do końca. Popularny „Muszka” miał udział przy siedmiu z ośmiu bramek swojej ekipy i mimo chęci The Naturatu, ten zespół musi jeszcze poczekać na swoją kolej. Każdy jednak kto widzi starania ligowych outsiderów, ten dostrzega ich progres – nie tylko jeśli chodzi o liczbę zdobywanych goli, ale przede wszystkim grę. A skoro już przy bramkach jesteśmy, to niech wszyscy zerkną na super-trafienie z dystansu Krzyśka Piotrowskiego. Jeszcze niedawno The Naturat goli nie zdobywał w ogóle. Ale jak już się rozochocił, to zafundował nam taką oto perełkę.

Więcej takich trafień spodziewaliśmy się w drugim meczu z wczoraj. Copa podejmowała w nim HandyMan, a rywalizację tę zapowiadaliśmy jako starcie świetnych napastników – Mateusza Marcinkiewicza i Jacka Markowskiego. Skromnie wygrał je ostatecznie ten pierwszy, ale to nie z tego powodu zwycięzca tej pary był bardziej zadowolony po ostatnim gwizdku. Tutaj nie chodziło bowiem o rywalizację indywidualną, lecz zespołową a w tej kategorii ekipa z Klembowa okazała się o klasę lepsza od przeciwnika. Mimo tego, że trzon zespołu Michała Łapińskiego tworzą głównie młodzi gracze, to z przyjemnością patrzyło się na to, z jakim wyrachowaniem punktują oni Hendymenów. Drugi zespół w tabeli karał swoich rywali praktycznie za każdą niedoskonałość – czy to dotyczącą złego ustawienia, straty lub czegokolwiek innego. Już po kwadransie było tutaj jasne gdzie pojadą trzy punkty, bo Copa prowadziła 4:0 i miała pełną kontrolę nad spotkaniem. Przegrywający byli z kolei zagotowani. Totalnie nie wiedzieli co zrobić, by w jakiś sposób rozerwać defensywę oponenta, co przy prostych błędach jakie popełniali i sytuacjach, gdzie po prostu nie nadążali za szybkimi przeciwnikami, musiało się źle skończyć. HandyMan walczył już później głównie ze sobą i między sobą, bo mało komu co wychodziło, przez co frustracja się nawarstwiała. Nie chcąc dobijać przegranych, możemy tylko napisać, że chyba drugiego tak słabego spotkania w tym sezonie już nie zagrają. Jednak bądźmy przy tym precyzyjni – gra się tak, jak przeciwnik pozwala. A dla Copy to już drugi mecz pod rząd, gdzie z trudnym rywalem pokazuje swoją wartość. O przypadku nie może więc być mowy.

Niewiele miejsca poświęcimy za to trzeciej potyczce. Niestety – na potyczkę z Magnattem dojechało tylko pięciu zawodników Lema Logistic. To musiało się źle skończyć i wynik 18:1 mówi wszystko. Chociaż on troszkę zakłamuje rzeczywistość, bo mimo gry o jednego mniej, Logistyczni walczyli – oddali sporo strzałów, nie wykorzystali też rzutu karnego i przy odrobinie szczęścia ten rezultat mógł wyglądać ciut lepiej. Szkoda, że tak wielu przedstawicieli tej ekipy nie przyjechało do Woli i w ten sposób wystawiło swoich kolegów. I pewnie nawet Magnatt nie był z tej sytuacji zadowolony, bo to jest ekipa lubiąca grać w piłkę, a nie w dziadka. No ale tak to się wszystko ułożyło i mamy tylko nadzieję, że Lema po tej drugiej porażce z rzędu nie odpuści. Tym bardziej, że przecież wciąż ma o co grać.

Powyższa porażka jednej z ekip z Radzymina, była świetną informacją dla drugiej. Beer Team – przy założeniu zwycięstwa nad Bad Boys – mógł bowiem odskoczyć od jednego z głównego kandydatów do podium na trzy punkty. I pewnie niewielu było takich, którzy zakładali tutaj inny scenariusz. Bo co innego, gdzie Bad Boys z krótką ławką rezerwowych poradzili sobie ze Studio-Car, a co innego, gdy w podobnych warunkach musieli stawić czoła szybkim i zwinnym podopiecznym Łukasza Kowalskiego. Ale po raz kolejny okazało się, że w piłce nie wygrywa ten kto szybciej biega, tylko kto szybciej myśli. Wiadomo – to duże uproszczenie, ale trudno inaczej wytłumaczyć fakt, że z takim potencjałem Beer Team nie był tutaj w stanie zdobyć nawet punktu. Owszem – wspominaliśmy w zapowiedziach o braku Irka Zygartowicza czy Mateusza Karpińskiego, ale niemal cała śmietanka ofensywna przy Warszawskiej 41 się zjawiła. I nie dała rady fantastycznie usposobionej obronie dyrygowanej przez Piotrka Stańczaka, wspomaganej przez innych zawodników z pola oraz kapitalnie dysponowanego bramkarza Darka Żaboklickiego. Bad Boys znów zafundowali nam specjalność zakładu – walkę w obronie, czasem wręcz heroiczną, połączoną ze świetnie wyprowadzanymi kontrami i pewną dozą szczęścia (choćby przy bramce na 2:0, gdzie niewykluczone, że sędzia powinien odgwizdać rękę Radka Stańczaka – cała sytuacja na video poniżej). Gdyby bowiem spojrzeć na statystyki strzeleckie, to Beer Team był zdecydowanie lepszy. Ale nawet wtedy, gdy już się wydawało, że ma rywala na widelcu, wtedy popełniał jakiś fatalny błąd, który powodował, że rywal znów uciekał. Tak było chociażby przy stanie 2:3, gdzie trudna do wytłumaczenia pomyłka przytrafiła się golkiperowi przegranych Krzyśkowi Kacperskiemu, który wypuścił piłkę z rąk i dał łatwą bramkę Maćkowi Oleksiakowi. W pewnym stopniu była to więc porażka na własne życzenie, po której najchętniej od razu zagrałbyś rewanż. Chociaż wcale nie wykluczamy, że i on skończyłby się w tym przypadku tak samo .

Powtórka meczu nie byłaby też wskazana z perspektywy Studio-Car. Nie łudzimy się, że ferajna Adriana Wojdy byłaby wtedy w stanie ugrać coś przeciwko AbyDoPrzodu, bo ich wczorajsza potyczka pokazała, że dzieli ich zbyt wiele. Nie jest to żadne zaskoczenie – poziom zgrania jednych i drugich jest skrajnie różny, co widzieliśmy jak na dłoni w niedzielny wieczór. Mecz niestety bez historii, gdzie faworyci nawet grając bez swojego lidera czyli Rafała Radomskiego, nie mieli żadnych kłopotów z udowodnieniem swojej wyższości. I może nawet udałoby im się skończyć to spotkanie bez strat, ale przypadkowy rykoszet po rzucie wolnym wykonywanym przez kapitana Studio-Car spowodował, że piłka wpadła do siatki obok Artura Jaguszewskiego. No ale to było wszystko, na co było stać ekipę w zielonych koszulkach. Gdyby chęci zamienić na możliwości, to to spotkanie wyglądałoby zupełnie inaczej, no ale to niestety tylko pobożne życzenia większości zespołów, które rywalizują z ekipą Kamila Melchera. Tutaj liderzy rozgrywek byli tak pewni swego, że w drugiej połowie na boisku zameldowali się także Michał Wytrykus i Kamil Wycech. Dla obydwu to był debiut w rozgrywkach a fakt, że jeden i drugi zanotował tutaj po dublecie, opisuje chyba doskonale z jakim spotkaniem mieliśmy do czynienia.

Wszystkie raporty meczowe z piątej kolejki zostały już uzupełnione. Bardzo prosimy o weryfikację, czy wszystko się zgadza. A jutro zapraszamy na stronę na dwa ciekawe wywiady!

Inne Artykuły

Dodaj komentarz