AutoSzyby bez szans na złoto. Pierwsze straty Bad Boys.


W zapowiedziach zadawaliśmy sobie pytanie, ile zespołów weźmie udział w walce o tytuł mistrza 1 i 2.ligi. Łącznie mogło być ich sześć, ale już wiemy, że z tego wyścigu wyłączyły się AutoSzyby.

Co-poniedziałkowy raport rozpoczynamy tradycyjnie od naszej transmisji. Ponownie pokazaliśmy wszystkie spotkania, czasami był problem z czarnym obrazem, ale im dłużej trwał live, tym takich sytuacji było mniej. Dziękujemy wszystkim za obecność, za polubienia, za donejty, a dobiliśmy też do 290 subskrypcji, co oznacza, że dzieli nas tylko 10 od 300! A kto wczoraj nie miał możliwości, aby obejrzeć relację na żywo, to na spokojnie może to nadrobić teraz.

Ale jeśli mamy być szczerzy, to tym, którzy oprócz swojego spotkania, mają czas by obejrzeć jeszcze inne, to nie polecamy potyczki z godziny 8:45. Po prostu nie było tutaj emocji, bo Black Dragons bardzo gładko ograli Lemę Logistic. Z jednej strony tego się spodziewaliśmy, ale skład Logistycznych wcale nie był zły, dojechał chociażby Hubert Sochacki, no ale nie miało to wielkiego przełożenia na wynik. Tzn pewien miało, bo gdyby nie popularny „Budyń”, to Lema miałaby pewnie duży problem, by zdobyć tutaj jakąkolwiek bramkę, a dzięki Hubertowi strzeliła dwie. Na więcej nie było ją stać, co praktycznie w 99% przyklepuje spadek tej ekipy do 2.ligi. Wiemy jednak, że na szczęście nie powoduje to wielkiej rozpaczy w ekipie Emila Dobrygowskiego. Wiadomo – apetyty były dużo większe i jakiś cień nadziei się jeszcze tli, natomiast cud się raczej nie wydarzy. W tym składzie personalnym zaplecze elity to jednak dobre miejsce dla ekipy z Radzymina, która będzie miała tam zdecydowanie więcej meczów dla siebie. No ale zanim to nastąpi, to trzeba z honorem pożegnać się z 1.ligą i przede wszystkim nie odpuścić żadnej z zaplanowanych potyczek. Co do Black Dragons, to pewnie spodziewali się większego oporu. Ale poza pierwszym kwadransem, gdzie gra była w miarę wyrównana, to potem spotkanie stało się jednowymiarowe, co pozwoliło Czarnym Smokom na regularne pokonywanie Łukasza Sosnowskiego. Warto jednak oddać Serkowi Modzelewskiemu i spółce, że temat załatwili sprawnie. Nie męczyli się, nie spieszyli, w dodatku udało się pokazać kilka fajnych zagrań i te trzy punkty na pewno cieszą. Tym bardziej, że dzięki nim perspektywa spadku jest bardzo mała, aczkolwiek tę drużynę czeka jeszcze mecz z Magnattem, który dla obydwu ekip może być kluczowy w kontekście pozostania w elicie. A skoro przy…

Magnacie jesteśmy, to kiepska seria tej drużyny trwa. Podopieczni Radka Turowskiego właśnie zanotowali trzecią z rzędu przegraną, ale o ile mogą rozpamiętywać porażkę z Al-Maj Car, która była na własne życzenie, to przeciwko Szewnicy takich rozterek nie ma. Bo niedzielny rywal zagrał naprawdę bardzo dobre zawody. Ferajna Marcina Białka wyszła na ten mecz świetnie zmotywowana, doskonale ustawiona, konsekwentnie wykorzystywała błędy rywala, a w defensywie z łatwością radziła sobie z napastnikami przeciwnika. To nie były może piłkarskie fajerwerki, natomiast dyscypliny taktycznej utrzymywanej od pierwszej do ostatniej minuty, można RDK zazdrościć. W żadnym momencie tego spotkania nie było obaw, że mecz może się wymknąć spod kontroli. Ale było też sporo takich momentów, gdzie jedni i drudzy mieli coś do powiedzenia, tyle że Magnatt niemal od początku sezonu zmaga się z nieskutecznością i tutaj też kilka fajnych sytuacji popsuł. Ale nawet ich wykorzystanie, nic by nie zmieniło. Szewnica wykazywała po prostu więcej chęci do gry i gdyby nie Grzesiek Reterski, to wygrałaby jeszcze wyżej. I chyba nie można było w lepszy sposób zapewnić sobie utrzymania w 1.lidze. Drużynie w błękitnych koszulkach nie ma prawa stać się jakakolwiek krzywda i teraz trzeba powalczyć o to, by skończyć przynajmniej na 4 miejscu w tabeli, a jeśli się uda, to nawet na trzecim. Magnatt jest z kolei w czarnej d…ziurze. W tym momencie strata do bezpiecznych rejonów wynosi 3 punkty, a nie zapominajmy, że czeka ich jeszcze rywalizacja z Al-Marem. Wygląda to nieciekawie i absolutnie nie można założyć szczęśliwego zakończenia. To też pokazuje, że czasami warto poczekać z wyciąganiem wniosków, bo przecież przed pierwszą kolejką stawialiśmy ten zespół w gronie faworytów do medali. I niewykluczone, że takowymi będą. Tyle że już w 2.lidze.

A można już oficjalnie ogłosić, że Al-Mar Wołomin przynajmniej powtórzy ubiegłosezonowy wynik, gdzie został srebrnym medalistą 1.ligi. Aby tak się stało, musiały się wydarzyć dwie rzeczy – własna wygrana nad Al-Maj Car oraz strata punktów przez AutoSzyby. I cel został zrealizowany w 100%. Mimo wszystko spodziewaliśmy się, że zwłaszcza w tej pierwszej części planu mogą się pojawić jakieś komplikacje. Bo Al-Maj gdyby wygrał, to mógłby wskoczyć na trzecie miejsce w tabeli, dlatego ten zespół też miał dużą motywację. A gdy zobaczyliśmy, że w Al-Marze jest tylko ośmiu chętnych do gry, to nasze myśli o niespodziance zaczęły się potęgować. Do tego doszła sytuacja z 6 minuty, gdzie Łukasz Grochowski skutecznie wyegzekwował rzut karny i markowianie wyszli na prowadzenie. Co więcej – za chwilę mogli być o dwie bramki z przodu, bo zaliczyli trafienie w słupek. Tyle że z minuty na minutę ten zespół tracił rezon. Można to pewnie połączyć z coraz lepszą postawą rywali, którzy przebudzili się po początkowym letargu i zaczęli grać swoją grę. W 17 minucie sygnał do ataku dał Marcin Rychta, a potem wystarczyło pięć minuty, by faworyci zbudowali sobie dwubramkową przewagę. I o ile możemy napisać, że wtedy to wciąż była walka, gdzie obydwie ekipy miały swoje argumenty, to w drugiej połowie przestało to tak wyglądać. Al-Mar nie oddał już kierownicy, to on dyktował tempo i konkurenci mogli zrobić tyle, na ile zespół Marcina Rychty im pozwolił. Do tej pory ciężko nam wytłumaczyć w którym momencie i przede wszystkim dlaczego Al-Maj Car tak gasł w oczach. Bo ten początek spotkania był obiecujący, dobrze grał Adam Stromecki, aktywny był Krystian Karolak, a potem to wszystko umarło. I ze spotkania, które fajnie się zapowiadało, skończyło się na wyniku 8:3, który był jak najbardziej zasłużonym. Faworyci zrobili więc swoje i bez względu na to, jakim wynikiem skończy się mecz z najbliższej kolejki, i tak wezmą udział w spotkaniu o wszystko. Powoli można więc zaczynać analizę PrefBudu. A Al-Maj Car? No cóż – konkurent trochę ich zweryfikował i szkoda, że na boisku zabrakło Grześka Wojdy, bo dzięki temu Łukasz Grochowski chyba mógłby zagrać trochę wyżej i być może dałoby to konkretne korzyści. Mówi się trudno, teraz trzeba się skupić na pozostałych dwóch meczach i uzbierać w nich jak najwięcej „oczek”. Medalu to chyba nie da, ale każde miejsce wyżej niż w poprzednim sezonie (skończyli na szóstej lokacie), byłoby fajną sprawą. I trzeba o to powalczyć.

A na pierwsze punkty w sezonie muszą jeszcze poczekać zawodnicy Old Stars. Ale nie jest to dla nas wielkie zaskoczenie, bo chociaż przed tą kolejką Tygłysy były bezpośrednio nad drużyną z Kobyłki, to wiedzieliśmy, że potencjał i doświadczenie jednych i drugich jest na innym poziomie. Tyle że takie rzeczy można w pewien sposób zniwelować – wolą walki, szczęściem czy trochę słabszym dniem przeciwnika. Ale prawda jest taka, że Old Stars sami utrudnili sobie zadanie. Nie mogli bowiem skorzystać ze swojego lidera – w ich obozie nie było bowiem charakterystycznej rudej czupryny z ósemką na plecach. Nie znamy przyczyn nieobecności Marcina Żywca, jednak bez niego nie widzieliśmy wielkich szans na sprawienie sensacji. I to mimo tego, że „Stare gwiazdy” dobrze weszły w mecz i po trafieniu Michała Kura wyszły na prowadzenie. Ale przewaga była po stronie Tygłysów. Ten zespół potrzebował jednak zmarnować wiele sytuacji, by wreszcie wstrzelić się na dobre, lecz gdy już to zrobił, to do przerwy wynik brzmiał 4:1. Przegrywający nie chcieli jednak złożyć broni. W drugiej odsłonie dwukrotnie doszli przeciwnika na odległość dwóch trafień (5:3 i 6:4), ale na więcej nie starczyło już umiejętności. Do tego doszły stare grzechy – gracze w pomarańczowych koszulkach kilka goli stracili w sytuacji, gdzie nikt nie pilnował dostępu do ich bramki. A chociaż Paweł Wojciechowski bronił tego dnia świetnie, to w sytuacjach 2 na bramkarza, po prostu nie miał szans. Mimo porażki, zapisujemy ten występ do kategorii pozytywnych w wykonaniu Old Stars. To już nie jest ten zespół z początku sezonu – zagubiony, aklimatyzujący się, szukający swojego stylu. Tutaj można mówić o pewnej stabilizacji i oby ten stan trwał jak najdłużej. Również u Tygłysów obserwujemy coś podobnego. Te trybiki już w rywalizacji z Show Teamem zaczęły się zazębiać i jeśli ten projekt nie okaże się tylko jednosezonowym epizodem, to jesteśmy przekonani, że ten zespół w kolejnej edycji będzie rozdawał karty w 2.lidze. Bo papiery na to ma.

Michał Kur znowu strzela, ale Old Stars znowu przegrywa.

Wróćmy jednak do 1.ligi. Tutaj o godzinie 13:00 mecz „ostatniej szansy” w kontekście walki o tytuł rozgrywały AutoSzyby. Przeciwnikiem był PrefBud, więc poprzeczka była zawieszona niezwykle wysoko, ale jesteśmy pewni, że wśród czytających te słowa byli tacy, którzy właśnie w Szybach widzieli potencjalnego pogromcę obrońców tytułu. Jednak żeby to było możliwe, to Kamil Wiśniewski musiałby mieć do dyspozycji wszystkich swoich najlepszych graczy. A szybko się okazało, że tak niestety nie będzie. Nie dojechali bracia Banaszek, a przede wszystkim nie pojawił się Łukasz Flak, więc fundamentalna postać w ekipie dwukrotnych zdobywców Pucharu Ligi. To nie miało prawa dobrze się skończyć i już wtedy wiedzieliśmy, że kurs 1,50 na PrefBud, to promocja. Ten zespół przyjechał bowiem w bardzo mocnym zestawieniu i gdyby był bardziej skuteczny, to zamknąłby ten mecz w kwadrans. Chociaż i tak wydawało się, że zrobił to skutecznie, bo po tym okresie prowadził już 3:0 i był zdecydowanie lepszy. Ale wtedy przebłysk geniuszu zanotował Bartek Bajkowski. Najpierw po solowym rajdzie zdobył bramkę na 1:3, a potem po cudownym strzale z dystansu zmniejszył straty do zaledwie jednego gola. Ale jeden gracz to za mało. Być może inni zawodnicy mieli chęci, ale tylko Bartek miał z nich jakiekolwiek argumenty, by cokolwiek zdziałać. W dodatku PrefBud zaraz wrócił na właściwą drogę, gdy Kuba Skotnicki tylko w sobie znanym celu przepuścił piłkę do Damiana Matuszewskiego, a ten zdobył bramkę na 4:2. Mimo to sytuacja AutoSzyb i tak była niezła, jak na to co działo się w premierowych 25 minutach. A potem z pomocną dłonią dla rywali wyszedł Damian Matuszewski. Jego nieodpowiedzialne zachowanie sędzia wycenił na czerwoną kartkę, co dało przegrywającym pięć minut gry w bezwzględnej przewadze. Tyle że ten okres został przez goniących zmarnowany. Nie dość, że zupełnie nie mieli pomysłu, jak dobrać się do skóry dobrze ustawionemu przeciwnikowi, to jeszcze pod koniec przewagi pokarał ich Kryspin Kisiel i stało się jasne, że tutaj jest już po meczu. Gdy tylko siły się wyrównały, obrońca tytułu znów narzucił własne warunki i w ostatnich minutach rozbił Szyby w drobny mak, triumfując aż 10:3! Daleko nam do stwierdzenia, że ten mecz to był pokaz siły PrefBudu. Ale na pewno pokazał, jak ważna jest długa i wyrównana kadra. Szyby pozbawione kilku ważnych graczy podjęły rękawicę tylko na kilka minut i nawet gdy grały o jednego więcej, to wszystko spoczywało na barkach jednego gracza. To się nie miało prawa udać. I tak kończą się nadzieje na złoto, a jeszcze bardziej skomplikowała się sytuacja w walce o brąz. Ale pozytyw jest taki, że chłopaki wciąż wszystko mają w swoich rękach i jeśli wygrają pozostałe dwa mecze i zrobią to odpowiednio wysoko, to powinni utrzymać najniższy stopień podium. Z kolei przynajmniej ten średni podest zagwarantował sobie PrefBud. Nie pozostawił on tutaj żadnych złudzeń Szybom a pod koniec spotkania udowodnił, że nawet gdy przyjdzie mu grać bez Damiana Matuszewskiego, to ma kim zdobywać gole. I to, że stracił zawodnika, który lubi ogniskować grę wokół siebie wcale nie musi wyjść na minus. Według nas to czyni go jeszcze trudniejszym do rozszyfrowania a wielki finał jeszcze bardziej interesujący.

Po tym, jak doświadczyliśmy skrajnych emocji w poprzednim spotkaniu, potrzebowaliśmy balsamu. I nawet nie wiecie, jak ucieszyła nas świadomość, że w kolejnym meczu wezmą udział drużyny Woli Rasztowskiej i Retro. Wiedzieliśmy, że tutaj będzie cisza, spokój, a przy okazji zobaczymy pewnie sporo goli. I to wszystko się potwierdziło. Ale zanim przejdziemy do meczu, to trzeba opisać jego okoliczności. Niestety zgodnie z zapowiedziami ekipa Woli zjawiła się na Orliku w osłabionym składzie. Brakowało kapitana Mateusza Kowalczyka, nie dojechał bramkarz Andrzej Grudziński i co najgorsze – ten zespół nie miał zmian. I pal licho, gdyby to był marzec albo kwiecień. Ale wczoraj, gdy słońce wychodziło zza chmur, temperatura była naprawdę mało komfortowa do gry, a Wola nie miała żadnej możliwości rotacji. Ale gdybyśmy byli na miejscu Retro, to wcale byśmy się nie cieszyli. Z prostej przyczyny – bo to nagle zrobił się mecz, którego po prostu nie wypadało przegrać. Patryk Kukwa dysponował trzema zmiennikami, nie zabrakło braci Ryńskich, pojawił się też Marcin Pachulski i w tej sytuacji każde inne rozstrzygnięcie niż trzy punkty trąciło lekką kompromitacją. Tyle że to spotkanie zaczęło się dla Retro fatalnie. Rywale tak skutecznie ich punktowali, że w 13 minucie było już 3:1 dla Woli, a prowadzący mieli okazję, by ta przewaga była nawet odrobinę wyższa. Dopiero wtedy w obozie Squadu coś się ruszyło. I gdy udało się podkręcić tempo, to na efekty nie trzeba było długo czekać. Jeszcze przed przerwą gracze w białych trykotach nie tylko wyrównują, ale mają bramkę zapasu. I wydaje się, że to jest moment, w którym złamali rywalowi kręgosłup. Tyle że Wola nie odpuszcza. W 37 minucie Adam Wypyski kompletuje hat-tricka i znowu mamy remis! To jednak ostatni moment, gdy te drużyny mają ze sobą kontakt. Za chwilę do meczowego protokołu wpisuje się Patryk Kukwa, potem swoje dokłada Kamil Ryński i robi się jasne, że wycieńczeni gracze Woli już tego nie dźwigną. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że i tak zrobili dużo. Nie oszczędzali się, nie kalkulowali i byli blisko, żeby z meczu, gdzie być może bali się nawet pogromu, sprawili nie lada niespodziankę. Szacunek. Ale żeby była jasność – to nie oznacza, że teraz przyszedł czas na znęcanie się nad Retro. Zgadza się – należało to wszystko zrobić lepiej, szybciej i chłopaki na pewno są tego świadomi. Ale tak jak napisaliśmy na wstępie – to był mecz z gatunku, który trzeba wygrać i szybko o nim zapomnieć. Mecz, gdzie możesz tylko stracić. Dlatego, parafrazując klasyka – wygrali to wygrali, na ch** drążyć temat 😉

Styl nie był również najbardziej istotny w kontekście kolejnego spotkania. Zwłaszcza dla Show Teamu, który po serii sezonów raczej chudych, wreszcie miał realne szanse, by nie tylko powalczyć o podium, ale nawet o awans. Warunek był prosty – nie można było przegrać z Bad Boysami. I naszym zdaniem była na to duża szansa, bo obecny Show Team jest zdecydowanie najsilniejszy z dotychczasowych. Nie ma słabych punktów, nie ma tutaj też jednego lidera, ale wielu zawodników potrafi wziąć ciężar odpowiedzialności na swoje barki. W tym kontekście ta drużyna niewiele się różni od Bad Boys. Źli Chłopcy to doświadczenie, połączenie kilku pokoleń i przede wszystkim duża solidność. To wszystko powodowało, że mieliśmy nadzieję zobaczyć dobry mecz. I nie zawiedliśmy się. Nie były to może piłkarskie delicje i spotkanie, o którym będziemy opowiadali przez lata, ale narzekać nie będziemy. A już na pewno złego słowa nie możemy powiedzieć na Piotrka Bobera. Pisaliśmy w zapowiedziach, że siłą Show Teamu jest to, że tutaj wielu graczy ma potencjał na miano bohatera meczu. I wczoraj był nim bez wątpienia Piotrek. To on zdobył wszystkie gole dla swojej ekipy i wiele z nich padało w bardzo podobny sposób – ten gracz po prostu brał piłkę, ustawiał ją sobie na prawej nodze i nie dawał szans Bartkowi Woźniakowi. Jego klasyczny hat-trick w pierwszej połowie pozwolił Show Teamowi na prowadzenie 3:1, a to nie był jedyny kłopot Bad Boys. Bo nie dość, że tracili identyczne gole, to stracili też Piotrka Stańczaka. Niefortunna interwencja spowodowała, że ten zawodnik nie mógł kontynuować gry i to bardzo odbiło się na postawie defensywy Złych Chłopców. To nie był przypadek, że Piotrek Bober objeżdżał obrońców jak chciał. Tej formacji brakowało lidera, zwłaszcza że tego dnia nie było również Jarka Przybysza. A gdy w 40 minucie zrobiło się 4:1, wydawało się że to koniec emocji. Ale Bad Boys znani są z gry do końca. W 41 minucie korzystają z błędu sędziego, który nie zauważył, że Andrzej Sulewski nie trafia w piłkę, tylko w nogę Adriana Bieleckiego. Futbolówka ląduje przy stopie Radka Stańczaka a ten zmienia wynik na 2:4. Od tego momentu Show Team przestawił już swoje myślenie na obronę wyniku, przez co w jego polu karnym zaczęło się robić gorąco. W 48 minucie Czarek Murawski odbija przed siebie piłkę, dopada do niej Paweł Woźniak i za chwilę jest faulowany. Tutaj sędzia się nie pomylił a rzut karny skutecznie wykorzystuje Daniel Woźniak. Na zegarze pozostaje kilka minut, jednak mimo rozpaczliwych wrzutek, Bad Boys nie są w stanie doprowadzić do remisu. I z perspektywy całego spotkania trzeba powiedzieć, że podział punktów nie byłby sprawiedliwy. Show Team zrobił tutaj więcej żeby wygrać i tak naprawdę powinien wszystko zakończyć w okolicach 43 minuty, gdy Janek Malinowski nie trafił praktycznie do pustej bramki. Ale nie ma sensu tego roztrząsać. Udało się zrealizować cel, pokonać wyżej notowanego konkurenta i dla Show Teamu medali na uroczystym zakończeniu już na pewno nie zabraknie. Teraz, mając to poczucie ulgi, ze spokojem można podejść do kolejnych potyczek i powalczyć o jeszcze więcej. Co do Bad Boys, to nie mogą mieć pretensji o wynik końcowy. Żałować można jedynie kontuzji Piotrka Stańczaka, bo z nim ten mecz byłby po prostu jeszcze lepszy. Na szczęście ta porażka o niczym jeszcze nie przesądza, jakkolwiek Źli Chłopcy mają świadomość, że ich powrót do 1.ligi stanął pod znakiem zapytania. I wiele wskazuje na to, że nie będzie łatwo zamienić go na wykrzyknik…

No i dojechaliśmy wreszcie do ostatniego meczu. O godzinie 16:00 na boisku ustawili się reprezentanci OknoTech Radzymin i Joga Bonito. Na cud raczej nie liczyliśmy i w takich najbardziej optymistycznych scenariuszach zakładaliśmy, że Joga powalczy, że da z siebie 100% i to pozwoli jej przegrać w rozsądnych rozmiarach. Ale okazało się, że ten zespół wcale nie potrzebuje naszego duchowego wsparcia, bo doskonale radzi sobie sam. I wiemy, że to może brzmieć zabawnie w kontekście przegranej 3:8, ale ekipa Bartka Brejnaka zagrała tutaj bardzo dobre zawody. Ba! Według nas po pierwszej połowie zasługiwała by tutaj prowadzić i nawet gdyby się skończyło różnicą dwóch bramek, to OknoTech nie mógłby mieć to nikogo pretensji. Bo lider chyba trochę zlekceważył Bonito. Może myślał, że wszystko samo się zrobi? Jeżeli tak, to faworyci srogo się zawiedli. Joga grała odważnie, bezkompromisowo, wielokrotnie gościła w polu karnym faworytów i jedyne do czego można mieć zastrzeżenia, to skuteczność. Było naprawdę sporo okazji, który aż prosiły się o zamianę na gola, ale piłka albo lądowała obok bramki, albo dobrze spisywał się Norbert Kucharczyk. I chyba wszyscy wiemy, jak to się skończyło – po serii zmarnowanych szans to OknoTech objął prowadzenie. Ale Joga nie spuściła głów. W 21 minucie Bartek Lipski wykorzystuje błąd w obronie i doprowadza do remisu, a potem Adrian Poniatowski przeprowadza rajd w swoim stylu, kładzie bramkarza i strzałem do pustej bramki spuszcza nasze szczęki aż do ziemi – sensacja wisi w powietrzu! I jedyne co należało teraz zrobić, to dowieźć to skromne prowadzenie do przerwy. Ale wtedy błąd popełnia Darek Wasiluk – w niegroźnej sytuacji fauluje Rafała Kudrzyckiego, a karnego na bramkę zamienia Piotrek Bielecki. Ten gol jednym dodaje animuszu, a drugim go trochę odbiera. Przekonujemy się o tym na początku drugiej części spotkania, gdzie lider szybko zdobywa dla gole z rzędu i wychodzi na prowadzenie 4:2. Jodze udaje się częściowo odpowiedzieć, za sprawą bardzo dobrze grającego Czarka Kubowicza, ale na tym kończy się to, co zespół Bartka Brejnaka ma do zaoferowania. Chłopaki zaczynają zostawiać za dużo wolnego miejsca przeciwnikowi, na czym korzysta przede wszystkim Piotrek Bielecki, który wielokrotnie wchodzi jak w masło w pole karne Jogi i zdobywa kolejne gole. W pewnym momencie to wszystko zaczyna pachnieć dwucyfrówką, ale ostatecznie mecz kończy się w stosunku 8:3. Zdecydowanie za wysokim jak na boiskowe realia, jednak nie ma to już większego znaczenia. Mimo pięciu bramek różnicy, śmiało możemy mówić o dobrym, jeśli nie o bardzo dobrym wrażeniu, jakie pozostawiła po sobie drużyna w biało-niebieskie pasy. I nie damy sobie wmówić, że taki był plan OknoTech – by dać się wyszumieć Jodze, a potem zrobić swoje. Można jedynie żałować, że benzyny nie starczyło na trochę dłużej, ale potem wyszła klasa przeciwnika, który gdy złapał ofiarę, to już jej nie wypuścił. Ale i tak dostaliśmy z tego meczu więcej niż oczekiwaliśmy, co pozwoliło nam w dobrych humorach opuścić obiekt przy Warszawskiej 41. Piąta kolejka piątej edycji przeszła do historii.

Obrona OknoTech nie zawsze nadążała za Adrianem Poniatowskim.

Wszystkie statystyki z minionej serii gier znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. Co do terminarza na najbliższą niedzielę, to ten pojawi się jutro w okolicach popołudnia. Aczkolwiek niewykluczone, że rozegramy Puchar Ligi. Sprawa jest w toku.

PS: Czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ.

Dodaj komentarz