Al-Mar strącony ze szczytu. Lema wraca do gry!


Wiedzieliśmy, że poprzednia niedziela może wylać fundamenty pod nowego mistrza rozgrywek Strefy 6. I okazuje się, że najbliżej celu jest ekipa, która jeszcze w poprzednim sezonie grała jedynie na zapleczu elity.

W miniony weekend pogoda znów się nad nami zlitowała. Dzięki temu ponownie mogliśmy odpalić naszą transmisję, która objęła cztery pierwsze mecze piątej kolejki. Nie obeszło się bez kłopotów – w trakcie spotkania Bad Boys – HandyMan piłka trafiła w kabel łączący kamerę z konsolą i przez kilka ostatnich minut Adam Baran musiał Was raczyć komentarzem radiowym. Na szczęście oprócz tego wszystko poszło w miarę sprawnie, a kto odpuścił sobie w niedzielę transmisję, to może teraz skusi się na retransmisję 😉

Do tego, by obejrzeć powtórkę swojego spotkania, skorzy na pewno nie będą graczy Copa FC. Dla nich piąta kolejka była prawdopodobnie jedną z najgorszych, jakie doświadczyli na Orliku w Woli Rasztowskiej. A pomyśleć, że walka szła tutaj o podtrzymanie swoich szans na mistrzostwo, tymczasem Kopacze tylko przez krótką chwilę byli równorzędnym partnerem dla ekipy AutoSzyb. Czemu tak się stało? Trochę to wyglądało na po prostu gorszy dzień. Wydaje nam się, że na dziesięć kolejnych spotkań, jakie te ekipy rozegrałyby między sobą, Copa tak słabo już by się nie zaprezentowała. Oczywiście marne to pocieszenie, bo liczy się to co tu i teraz, a przecież porażka z Szybami to praktycznie koniec marzeń o tytule. Jeśli jednak w spotkaniu, które zapowiada się na wyrównane, przegrywasz już 0:4, no to nie masz co myśleć o dobrym wyniku. Ekipa z Klembowa przez chwilę została jednak podłączona do respiratora. Dzięki Michałowi Łapińskiemu udało się zmniejszyć straty o połowę, a ten sam zawodnik miał na nodze piłkę na 4:3. Bramki jednak nie zdobył, a potem prosty błąd popełnił Sebastian Sasin i Oskar Bajkowski pozbawił nadziei Copy na chociażby punkt. No właśnie – Oskar Bajkowski. Podobał nam się ten zawodnik, a hat-trick który ustrzelił pokazał, że ten gracz nie zapomniał, jak się gra w piłkę. Zresztą – całą drużynę AutoSzyb należy pochwalić za bardzo solidny występ, a przecież kilku ważnych nazwisk brakowało. Ale może to nawet lepiej? Ci którzy przyjechali grali dobrze i kto wie, co by było, gdyby podobnie jak w poprzednich meczach musieli się za chwilę zmienić z kolegą. Tutaj mogli się skupić tylko na grze, fajnie się uzupełniali i poza tym krótkim fragmentem na przełomie obydwu połów, byli po prostu lepsi. Tym samym Kamil Wiśniewski i spółka wracają do gry o złoto. Z kolei Copa ma problem. Bo tak jak w poprzednich sezonach cel minimum to był udział w meczu o wszystko i przynajmniej srebro, tak tutaj drugie miejsce to może być absolutne maksimum jakie uda im się wycisnąć. Ale w tym momencie nawet ten scenariusz jawi się jako bardzo, bardzo odległy.

W grze o miejsca 1-3 jest za to ekipa HandyMan. Teoretycznie to tak musiało się stać, bo ekipa Krzyśka Smolika miała dość wdzięcznego rywala w tej serii, albowiem Bad Boys do tego momentu dorobkiem punktowym nie grzeszyli. Ale za długo w tym siedzimy, by tutaj z góry przypisywać zwycięstwo Hendymenom. Wiedzieliśmy, że z racji tego, iż rywal prezentuje dość podobny styl, będzie to mecz zamknięty, z niewielką ilością podbramkowych sytuacji, a co za tym idzie – goli. No i nie pomyliliśmy się. Jeśli chodzi o pierwszą połowę, to – przepraszamy za stanowczość – najchętniej byśmy o niej zapomnieli. Działo się bardzo niewiele, strzałów było jak na lekarstwo i ostatecznie zobaczyliśmy tylko jednego gola, którego w podbramkowym zamieszaniu zdobył Mateusz Wojda (na zdjęciu). W drugiej połowie przebudzili się z kolei Źli Chłopcy. Być może sformułowanie, że to do nich należała tutaj inicjatywa, byłoby zbyt mocne, ale to oni stwarzali sobie dużo lepsze sytuacje. W 31 minucie powinno być 1:1, gdy Andrzej Sulewski skorzystał na błędzie w defensywie przeciwników, ale zamiast podawać do lepiej ustawionego Pawła Woźniaka, zgubił wątek, zakiwał się i akcja spaliła na panewce. W 37 minucie ponownie zapachniało golem dla ekipy z Ostrówka. Uderzał Paweł Woźniak, lecz kapitalną interwencją popisał się Kamil Portacha. Popularny „Jaszyn” końcówkami palców sparował piłkę na poprzeczkę i zapobiegł remisowi. A że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, to lada moment mieliśmy 2:0. Rzut karny, do piłki podszedł Kamil Portacha i dopełnił on swój dobry występ w tej potyczce. Ale Bad Boys nie chcieli złożyć broni. W 43 minucie obili słupek, potem mieli kolejną dobrą okazję, aż wreszcie na 120 sekund przed końcem ich napór przyniósł skutek, chociaż przy drobnej pomocy Kamila Dybka, który wpakował piłkę do własnej bramki. Ale na więcej czasu nie starczyło. Z perspektywy przegranych można mieć do siebie pretensje, że zabrakło im chyba trochę odwagi w pierwszych 25 minutach. Bo druga połowa pokazała, że tutaj można było powalczyć o przynajmniej remis, a zamiast tego skończyło się na kolejnej porażce w sezonie różnicą jednej bramki. Hendymeni mogą z kolei odetchnąć. W końcówce meczu zrobiło się naprawdę nerwowo i to zwycięstwo wisiało na włosku. Finalnie wszystko skończyło się dla nich pomyślnie, a to oznacza, że oni nadal mogą myśleć nawet o zajęciu pierwszego miejsca. Bo terminarz mają dobry, no i dysponują też innym atutem – pokonali Black Dragons. I jeśli dojdzie do sytuacji, że wygrają wszystko do końca, a Smoki gdzieś się potkną, to niewykluczone, że Adrian Wojda po raz trzeci przechytrzy wszystkich ligowych “cwaniaków”.

Gol Mateusza Wojdy otworzył wynik spotkania HandyMan – Bad Boys

Wielkiej historii nie miał za to kolejny mecz tego dnia. Lambada gładko odprawiła bowiem Rekiny, które po świetnym początku zmagań, ostatnio wyhamowały i w niedzielnej potyczce nie zdobyły nawet bramki. Ale jak na to, że to spotkanie nie było najlepsze w ich wykonaniu, to długo utrzymywały się w nim na powierzchni. Wynik 2:0, jakim dysponowała Lambada po pierwszej połowie niczego tutaj jeszcze nie przesądzał, jakkolwiek ilość stworzonych okazji przez ten zespół sugerował, że prędzej niż gol kontaktowy, padnie tutaj trafienie na 3:0. I tak też się stało. W 39 i 40 minucie dwa gole zapisał na swoje konto Serhii Zakhariuta i ekipa Roberta Biskupskiego, była już spokojna o swój dorobek punktowy. To jednak wcale nie oznaczało, że zamierzała spuścić z tonu. Walka toczyła się o drugie czyste konto w sezonie i chociaż Rekiny miały kilka okazji – w tym np sam na sam Szymona Owczyńskiego – to nie potrafiła znaleźć sposobu na Łukasza Trąbińskiego. Nie wydaje nam się jednak, by miało to dla nich jakieś większe znaczenie. Ten gol i tak by niewiele zmienił – bardziej bolał fakt, że przez długie fragmenty spotkania, podopieczni Mateusza Pużuka nie potrafili kreować sobie sytuacji. Brakuje im jakiegoś egzekutora, bo tak naprawdę poza wspomnianym Szymonem Owczyńskiem, nie mają klasycznego napastnika. I to było widać. Co innego Lambada – tutaj wachlarz możliwości był większy, bo albo można było zagrać do szybkiego Dmytro Shuliaka, albo podać piłkę do Mateusza Trąbińskiego, któremu odebranie jej graniczy z cudem. Rekiny mogą żałować, że tak szybko skontuzjował im się Maciek Kolasiński, bo z nim to na pewno wyglądałoby lepiej. A tak trzeba po prostu wziąć się w garść i poszukać punktów za tydzień. Lambada jest z kolei coraz bliżej zapewnienia sobie przynajmniej drugiego miejsca w tabeli. Bo już w tym momencie ma dwa punkty przewagi nad Retro i Show Team, a jeśli wygra zaległy mecz z Lemą, to ten dystans powiększy do pięciu „oczek”. A przy założeniu, że do zdobycia pozostanie maksymalnie sześć, tylko kataklizm będzie mógł odebrać tej drużynie pudło. No ale nie mówmy jeszcze HOP.

A gdybyśmy mieli po ostatniej serii poszukać najbardziej przybitej ekipy z całej stawki, to bez wątpienia byłby to Al-Mar. Lider tabeli pierwszej ligi walczył o to, by pozostać na szczycie, tymczasem został z niego brutalnie strącony przez zespół PrefBudu. Początkowo nic na to nie zapowiadało, bo to spotkanie rozpoczęło się po myśli zespołu Marcina Rychty, gdy w 12 minucie minucie gola zdobył Karol Sochocki. Ale nikt wtedy nie mógł przypuszczać, że to będzie gol, który na bardzo długo stanie się jedyną zdobyczą ekipy z Wołomina w tym spotkaniu. A wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli po bramce na 1:1. Już wtedy zauważyliśmy, że z ówczesnym liderem tabeli dzieje się coś nie tak. Ten zespół nie miał przede wszystkim lidera. Marcin Rychta nie był tym zawodnikiem co zawsze, ale i reszta graczy w czarnych koszulkach nie prezentowała pewnie nawet 50% tego, co nominalnie potrafi. Co innego PrefBud. Tam wszyscy grali bardzo dobrze – nieważne, czy byli to podstawowi gracze, czy rezerwowi – każdy wnosił odpowiednią jakość i dzięki temu zespół Rafała Kowalczyka zaczął budować sobie ogromną przewagę. Początek drugiej połowy to wręcz demolka Al-Maru, bo ze stanu 1:2 zrobiło się 1:5 i tutaj nie było już czego zbierać. Przegrywający zostali zepchnięci do narożnika, a będący na fali PrefBud po prostu się bawił i dopisywał do swojego konta następne trafienia. Po 50 minutach gry wynik brzmiał 8:2, co dla takiej ekipy jak Al-Mar musi stanowić ogromny policzek. Ale pal licho różnicę bramkową. Najgorsza była gra, która totalnie się nie kleiła. Tak bezradnej drużyny Macina Rychty dawno nie widzieliśmy… Zero ładu, zero składu, po prostu nic. Na tym tle PrefBud wyglądał czasem jak zespół z innej planety. Zwycięzcy grali szybko, z pomysłem i prezentując się w ten sposób, wreszcie mogą spełnić nasze przedsezonowe zapowiedzi, że to może być ich sezon. Warunek jest jeden – każdy mecz do końca zagrać jak ten ostatni. Bo taki PrefBud jak ten z Al-Marem byłby naprawdę godnym mistrzem Strefy 6.

A nie będziemy ukrywać, że trochę baliśmy się kolejnego spotkania z ostatniej niedzieli. Niby Kacper Piątkowski zapewniał nas, że nie ma obaw odnośnie przyjazdu Lemy na kolejkę nr 5, ale wiadomo jak to jest – dopóki nie zobaczyliśmy ich wychodzących z samochodów, dopóty gdzieś tkwiła w nas obawa, że może być różnie. Na szczęście Pomarańczowi zjawili się na Orliku w Woli, mieli nawet dwóch zawodników na zmianę i zamierzali powalczyć z Joga Bonito. Ale Joga jawiła się tutaj jako delikatny faworyt. Po tym, jak wróciła do meczu z Rekinami, myśleliśmy że pójdzie za ciosem i dopisze do swojego konta kolejne zwycięstwo. Nic z tego jednak nie wyszło, chociaż wynik jaki widzicie na górze strony, czyli 1:4, wydaje się z naszej perspektywy trochę mylący. Mieliśmy bowiem do czynienia z wyrównaną potyczką, gdzie raz lepiej wyglądali zawodnicy Bartka Brejnaka, a raz ci po drugiej stronie boiska. Bardzo ważna była końcówka pierwszej połowy. Joga doprowadziła w niej do wyrównania za sprawą Łukasza Pokrzywnickiego, za chwilę w słupek strzelił Michał Jędrzejczyk i gdy już spekulowaliśmy, że wynik 2:1 dla Bonito to kwestia czasu – bramkę dla Lemy zanotował Piotrek Ohde. A to nie był koniec złych wiadomości dla przegrywających. W 31 minucie znów) nie wykorzystali oni bardzo dobrej okazji pod bramką Marka Gajewskiego (trzeba oddać temu zawodnikowi, że bronił naprawdę solidnie), potem zmarnowali grę w przewadze po żółtej kartce dla Mateusza Kostrzewy, a na końcu tego łańcuszka nieszczęść był kapitalny gol zdobyty przez Damiana Kossakowskiego, który dał Lemie dwubramkowe prowadzenie. Teraz Joga musiała już postawić wszystko na jedną kartę, ale wszystko zniweczyło fatalne niedomówienie między jednym z obrońców a bramkarzem. Między tych dwóch graczy wskoczył Olek Klos i głową skierował piłkę do pustej bramki. To był gwóźdź do trumny Jogi, która swój występ podsumowała kolejną niewykorzystaną okazją, tym razem przez Łukasza Pokrzywnickiego. Było to spotkanie, którego pod warunkiem lepszej skuteczności Joga wcale nie musiała przegrać. Niestety – ten zespół w obronie wciąż nie umie wyzbyć się niefrasobliwości i Lema z kliniczną wręcz precyzją potrafiła to wykorzystać. Logistycznym należą się brawa, bo skład mieli wąski, a mimo to dużo lepiej zużytkowali swoje atuty aniżeli rywal. A wszystko napędzał Damian Kossakowski, który jak zwykle był wszędzie. I taką Lemę chcielibyśmy oglądać zawsze. I warto ten stan utrzymać, bo przy jednym zaległym spotkaniu, tutaj jest naprawdę spora szansa, by powalczyć o coś naprawdę konkretnego.

A teraz przechodzimy do meczu z udziałem drużyny, która jest na ostatniej prostej do mistrzostwa! Black Dragons bardzo się ucieszyli, widząc wyniki z sesji porannej, bo dzięki ewentualnej wygranej nad Al-Maj Car, mieli okazję zostać samodzielnym liderem pierwszej ligi. Zadanie tylko teoretycznie wydawało się jednak proste. Ktoś powie, że grali „tylko” z Al-Maj Car, ale ten Al-Maj tydzień wcześniej pokonał HandyMan, z którym z kolei Czarne Smoki przegrały. Co więcej – w poprzednim sezonie wynik między tymi zespołami był korzystny dla markowian i tutaj także wszystko rozpoczęło się sensacyjnie. Pierwsze minuty należy bowiem do Alana Wojdy. To on wpierw przeprowadził samotny rajd, wystawiając piłkę jak na tacy Krystianowi Karolakowi, który dopełnił formalności, a potem efektownym strzałem z dystansu sam pokonał Czarka Nowakowskiego i było 2:0! Z tego dwubramkowego prowadzenia podopieczni Grześka Wojdy cieszyli się jednak krótko. Już w następnej akcji gola zdobył Arek Major, a w kolejnej prosty błąd popełnił Krystian Karolak, który dopuścił się przewinienia w polu karnym, a Arek Major w takich sytuacjach nie przebacza. Serkowi Modzelewskiemu i spółce dość szybko udało się więc wrócić do gry, ale tutaj należało wejść na jeszcze wyższy poziom, bo tylko to dawało nadzieję, że scenariusz z pierwszej połowy się nie powtórzy. Na szczęście dla faworytów, po Al-Maju widać było zmęczenie. Oni tego dnia nie mieli ani jednego rezerwowego i tych sił powoli zaczęło brakować. Black Dragons wykorzystali to – w 28 minucie przypomniał o sobie Tomek Freyberg, który efektowną podcinką pokonał bramkarza, z kolei w 38 minucie było po wszystkim. Kuba Ratajczak wykorzystał kontrę swojego zespołu, a po tym jak sędzia wskazał na środek boiska, równolegle wyrzucił z boiska Adama Stromeckiego, który nie mógł się pogodzić z jedną z jego decyzji. I tak naprawdę mecz się skończył. Mimo dzielnej postawy markowian, nie byli oni w stanie odpierać kolejnych ataków zawodników z Wołomina, a przypomnijmy, że gdyby dysponowali jakimś rezerwowym, to wówczas po upływie pięciu minut od rozpoczęcia kary, mogliby uzupełnić skład. Tym bardziej należy zganić Adama Stromeckiego, który po prostu pogrzebał szansę swojej ekipy na dobry wynik. I można to jedynie podsumować w ten sposób – SZKODA. Szkoda, bo jak na skład personalny, to Al-Maj grał mądrze, sprytnie i swojej postawy wstydzić się nie musi. Trzeba jednak coś pomyśleć, odnośnie poszerzenia składu, bo granie tak wąską kadrą jest po prostu samobójstwem. Zwłaszcza, gdy rywalizujesz z tak wybieganą ekipą jak Black Dragons. Mecz się chłopakom nie ułożył, natomiast trzeba ich pochwalić, że zachowali zimną krew, nie spanikowali i powoli, acz skutecznie zaczęli do tego meczu wracać. Ta drużyna dojrzewa na naszych oczach i chyba wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy jest w stanie dokonać czegoś, co z perspektywy debiutanta nie miało prawa się udać. Tymczasem oni są o dwa kroki od tego, by zrobić coś, czego jeszcze długo nikt nie będzie w stanie powtórzyć.

Dobra gra, piękny gol oraz asysta Alana Wojdy, nie wystarczyły Al-Maj Car nawet do remisu.

A w jeszcze lepszej sytuacji, tyle że na poziomie drugiej ligi, jest RDK Szewnica. Ekipa Marcina Białka chcąc umocnić swoją pozycję na szczycie ligowej hierarchii, zamierzała pokazać miejsce w szeregu FC Spectare. W normalnych okolicznościach sukces Szewnicy prawdopodobnie byłby formalnością, ale w krótkim czasie nałożyły się dwa czynniki, które spowodowały, że ten ewentualny sukces wcale taki pewny nie był. Po pierwsze – brakowało Adama Michalika, a ile znaczy ten zawodnik dla swojego zespołu, chyba już każdy wie. Po drugie – rywale byli bezpośrednio po świetnym i wygranym meczu z Show Teamem. Ich pewność siebie na pewno podskoczyła i mieli apetyt, by tutaj także napsuć krwi wyżej notowanemu oponentowi. No ale niestety demony powróciły. Ekipa Wołodji Lewickiego w pierwszych kolejkach bardzo kiepsko wchodziła w mecz i potem nie była już w stanie do niego wrócić. I ten scenariusz miał zastosowanie również i w tym przypadku. Szewnica zainaugurowała spotkanie od dwóch bramek, które zdobyli Adam Pietkiewicz i Krystian Kalinowski. To dodało tej drużynie animuszu i w 17 minucie, po kapitalnej bombie Pawła Michalika było już 3:0. I dopiero wtedy Spectare trochę się przebudziło. Zawodnicy z Ukrainy podkręcili tempo, co wpierw zaowocowało słupkiem, a następnie bramką Andgeja Ratyca. Tliła się więc jeszcze nadzieja, że nie będzie to typowo jednostronna potyczka, lecz RDK Szewnica na to nie pozwoliła. Ten zespół nie schodził poniżej pewnego, dobrego poziomu i cały czas trzymał ten mecz w garści. A klasą dla siebie był Marcin Białek – to on zdobył bramkę na 4:1 i tak naprawdę już wtedy wiedzieliśmy, że liderowi tabeli krzywda się nie stanie. Wiadomo jednak nie od dziś, iż zawodnicy ze Wschodu mają naturę walczaków i nie poddają się pod byle pretekstem. Co prawda w 38 minucie nie wykorzystali rzutu karnego, ale Andgej Tityk dość szybko zrehabilitował się za to pudło i 120 sekund później zmniejszył straty na 4:2. A ponieważ na stoperze było jeszcze 10 minut grania, to wiedzieliśmy, że Wołodja Lewicki i spółka zaatakują na całego. Ambicji odmówić im nie można, ale na Szewnicę to było po prostu za mało. Ta drużyna była dobrze zorganizowana w obronie, a do tego wychodziła z groźnymi kontrami. Tak jak w 47 minucie, gdy rozgrywający dobre zawody Paweł Michalik pokonał Wiktora Slipenkija i było po herbacie. Pamiętamy, że w zapowiedziach pisaliśmy, że RDK ma swoje atuty i nawet bez Adama Michalika będzie w stanie odnieść tutaj zwycięstwo. To się potwierdziło. Triumfatorzy rozegrali całe 50 minut bardzo mądrze taktycznie, a to co zwykle robił Adam, rozłożyło się po prostu na kilku innych graczy. I taki sukces buduje, bo uświadamiasz sobie i innym, że wcale nie jesteś uzależniony od jednego zawodnika. A o tym jak cenne były to punkty niech świadczy fakt, że Szewnicy wystarcza dwa “oczka”, by być pewnymi srebra, choć wiadomo, że oni celują w złoto. A Spectare? No niestety – nie byli w stanie zagrać tak dobrze jak z Show Teamem. Zgubiła ich kiepska pierwsza połowa, gdzie stracili hurtowo kilka bramek i postawili się w arcytrudnej sytuacji. A takie rzeczy, gdy grasz z liderem tabeli, po prostu nie mają prawa dobrze się skończyć.

Dawno nie mieliśmy w naszej lidze remisu, prawda? Ale coś nam podpowiadało, że jeśli gdzieś mamy go szukać spośród meczów piątej serii, to właśnie w potyczce między Retro Squad a Show Team. To zespoły o bardzo zbliżonym potencjale, które cały czas mają szansę, aby zakończyć sezon na podium, dlatego ten mecz był dla nich niezwykle istotny. Retro przyjechało na tę potyczkę w mocnym zestawieniu, a po raz pierwszy w tej edycji w ich barwach pojawił się Mateusz Pryciak. Z kolei Show Team nie mógł skorzystać z Piotrka Bobera, który tak korzystnie zaprezentował się na przestrzeni ostatnich kolejek, a nie było też Janka Malinowskiego. Ale początkowo tych ubytków w drużynie Przemka Matusiaka nie było widać. Zresztą – pierwsza połowa była ogólnie bardzo energetyczna, wyrównana i toczona w schemacie cios za cios. Gdy jedni wychodzili na prowadzenie, to drudzy natychmiast odpowiadali. Mieliśmy nadzieję, że tak to będzie wyglądało w drugiej części spotkania, ale tę doskonale zaczął Show Team. Po kolejnej asyście Adriana Bieleckiego i golu Radka Wiśniewskiego (ten duet świetnie się uzupełniał w ostatnią niedzielę) zrobiło się 4:3, a potem prowadzący od razu dołożyli gola na 5:3 i chyba im się wydawało, że sprawa trzech punktów jest przesądzona. No właśnie – stwierdzenie, że to myślenie ich zgubiło, chyba nie do końca oddałoby stan faktyczny, ale jedno jest pewne – gracze w bordowych koszulkach niepotrzebnie próbowali za wszelką cenę zdobyć kolejne bramki. Sam pomysł nie był zły, natomiast zawiódł plan, bo dochodziło do sytuacji, gdzie Show Team atakował trzema lub nawet czterema zawodnikami, gdzie nie było takiej potrzeby, zwłaszcza że należało przede wszystkim pilnować tego, by rywal nie zdobył trafienia kontaktowego. A tak się właśnie stało. Mateusz Pryciak, który zaliczył imponujący debiut w rozgrywkach, w 39 minucie zmniejszył straty do zaledwie jednej bramki i tutaj wszystko było jeszcze możliwe. Retro poczuło krew, na bramkę Czarka Murawskiego wędrowało mnóstwo strzałów, ale golkiper Show Teamu radził sobie świetnie i trzymał zespół w grze. I gdy myśleliśmy, że prowadzący dowiozą tę skromną przewagę do ostatniego gwizdka, oponenci zaskoczyli ich ze stałego fragmentu gry. Zupełnie nikt nie zainteresował się wbiegającym w pole karne Mateuszem Pryciakiem, dostrzegł to Mateusz Meirowski i za chwilę mieliśmy remis! A że jednych i drugich ten stan rzeczy nie zadowalał, to walka o zwycięstwo trwała do samego końca. Wynik ostatecznie się jednak nie zmienił i w spotkaniu, gdzie choć obydwie strony bardzo chciały, to musiały się zadowolić jednym punktem. Większy niedosyt powinien odczuwać Show Team, który czasami ma problem z zarządzaniem wynikiem. Przy 5:3 spokojnie można było wpuścić rywali na swoją połowę i czekać na kontry, bo te przyszłyby same. Stało się inaczej, konkurent wrócił do gry i mimo, że przed pierwszym gwizdkiem liczył pewnie na więcej, to po ostatnim przyjął końcowy rezultat z umiarkowanym zadowoleniem. Ale najciekawsze jest to, że tak naprawdę rywalizacja między tymi zespołami wcale się nie skończyła, bo wiele wskazuje na to, że tylko jedna z tych ekip skończy czwartą edycję na podium. O tym która, przekonamy się jednak dopiero za kilka tygodni.

Wszystkie statystyki z piątej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza! Prośba, by zgłosić nam każdą pomyłkę. A już jutro startujemy z Pucharem Ligi! Grupy i dokładną rozpiskę znajdziecie TUTAJ. Wszystkim ekipom życzymy powodzenia i do zobaczenia!

Dodaj komentarz