Al-Mar rewanżuje się Szybom. Udany powrót Lemy.


Nie wiemy, czy mieliście podobne odczucia, ale okres bez gry zmęczył nas na tyle, że początkowo nie było w nas wielkiego entuzjazmu spowodowanego powrotem do rywalizacji.  Ale gdy już zobaczyliśmy boisko, w ruch poszła piłka, zaczęły się emocje – natychmiast zmieniliśmy zdanie. Fajnie, że wreszcie udało się wrócić!

Zacznijmy może od tego, że w niedzielę po raz pierwszy na Strefie 6 pojawił się nasz wóz transmisyjny. Bardzo nas cieszy świetna frekwencja, bo 1000 wyświetleń to naprawdę super wynik jak na pierwszy raz, zwłaszcza że nie obeszło się bez drobnych problemów technicznych. Ale mądrzejsi o to doświadczenie zapewniamy, że kolejne mecze na żywo będą na jeszcze wyższym poziomie. A kto nie wiedział, iż w niedzielę może śledzić spotkania LIVE, to poniżej zachęcamy by włączyć video i zobaczyć jak to wszystko wyglądało. Łapka pod tytułem filmu oczywiście mile widziana.

Teraz przejdźmy jednak do najważniejszego, czyli samych meczów. A zaczęło się od spotkania, które w teorii miało nas trzymać w napięciu do samego końca – Green Team grał bowiem z niezwykle groźnym Beer Teamem. I gdyby tak w jednym zdaniu podsumować tę potyczkę, nawiązując równocześnie do nazw obydwu ekip, to Zieloni znów udowodnili, że wcale tacy „zieloni” nie są, z kolei ci drudzy potwierdzili, że niedziela rano to chyba nie jest odpowiednia pora dla fanów złocistego trunku. Oczywiście należy to traktować w kategoriach humorystycznych, bo Beer Team sam chciał grać wcześnie, jednak na boisku wyglądał tak, jakby o meczu dowiedział się kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem. To w ogóle nie był ten zespół, którego pamiętamy z turnieju i który grał efektowną oraz dynamiczną piłkę. No ale nieprzypadkowo mówi się, że „gra się tak, jak pozwala przeciwnik”. A Green Team do niedzielnej lekcji był przygotowany wybornie. Wyglądało to, jakby po prostu znał pytania jakie będą na kartkówce, bo przeczytał Beer Team świetnie i nie dał mu się rozpędzić. Dodatkowo – zdobywał gole w sytuacjach, które statystycznie nie miały prawa się skończyć bramkami – Piotrek Bielecki po rajdzie przez pół boiska, Łukasz Kokosza po efektownej główce, a Grzesiek Malczyński po idealnym woleju. Zielonym wychodziło wszystko, rywalom nie wychodziło nic. I wynik końcowy oddaje to w pełni. Ale jednego możemy być pewni – Beer Team drugiego tak słabego spotkania już nie zagra. Z kolei jeśli Green Team będzie grał tak dalej jak wczoraj, to jego przyszłość co do obrony tytułu rysuje się bardzo optymistycznie.

A dość szybko, bo już w drugim podejściu doświadczyliśmy meczu, o którym mimo że sezon dopiero się zaczął, chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Ale to nie jest rzecz jasna wina jednego z jego uczestników, czyli PrefBudu. Rózga należy się Bad Boysom, którzy na to starcie przyjechali co prawda mocno osłabieni (brak klanu Woźniaków i Michała Szczapy), no ale to nie zwalniało ich z próby podjęcia rękawicy. Tymczasem dobrych w ich wykonaniu było ledwie kilka pierwszych minut, a potem im dalej w mecz, tym pewnie wszyscy chcieliśmy, by ta rywalizacja jak najszybciej się skończyła. Nikt nie lubi jednostronnych potyczek, a ta była właśnie taka. PrefBud bawił się na boisku, szybko stało się jasne, że wróci do domów w dobrych nastrojach, a dodajmy że przecież musiał sobie radzić bez Damiana Matuszewskiego – z nim wynik byłby pewnie jeszcze wyższy. No ale trudno – takie spotkania też się zdarzają i musimy mieć nadzieję, że zawodnicy z Ostrówka potraktują to po prostu jako wypadek przy pracy. Bo to że grać potrafią, udowodnili przecież w ostatniej rywalizacji tych dwóch zespołów. Z kolei PrefBud chciał nam chyba dać do zrozumienia, że etap aklimatyzacji w Woli ma już chyba za sobą i teraz celuje w podium. Chociaż przestrzegamy go, by z tej premierowej potyczki nie wyciągał za daleko idących wniosków, bo chyba w ciemno możemy założyć, że łatwiejszego spotkania w tej edycji już mieć nie będzie.

Spodziewanych emocji nie było również w spotkaniu nr 3. Lema, zgodnie zresztą z naszymi przewidywaniami, nie pozostawiła większych złudzeń Retro Squad. Można wręcz powiedzieć, iż wszystko to, co zawarliśmy w zapowiedzi tego meczu, znalazło przełożenie na boiskowe realia. Pisaliśmy, iż górę może wziąć zgranie Lemy oraz fakt, że ten zespół regularnie od jakiegoś czasu gra jednym składem i te trybiki w maszynie zaczynają się zazębiać. W Retro sytuacja wyglądała tak, że po jednej z ostatnich gierek treningowych praktycznie posypał się skład i chociaż udało się namówić do gry choćby braci Ryńskich, to jasnym było, że na efekty tej współpracy będziemy musieli trochę poczekać. Retro w tej potyczce grało dobrze tylko fragmentami. Były momenty, gdzie chłopaki trochę przycisnęli, potrafili zdobyć kilka goli pod rząd, ale jednak na przestrzeni całego spotkania to Logistyczni wyglądali lepiej. Świetną robotę robił wszędobylski Damian Kossakowski, a swój dzień mieli też Mateusz Kostrzewa i Maciek Lewandowski – obydwaj skończyli mecz z hat-trickami. Ale cały zespół Lemy zagrał solidnie, na równym poziomie i nie było tutaj wątpliwości co do tego, czy punkty trafiły w dobre ręce. I o ile po ich stronie widać, że ich gra zaczyna przybierać pewną formę i można mówić o czymś, co szumnie nazywa się stylem, o tyle po stronie Retro na takie słowa potrzeba jeszcze czasu. Wierzymy, że gdy Mateusz Meirowski będzie miał do dyspozycji wszystkich swoich zawodników, to ten zespół jeszcze niejednemu rywalowi odbierze punkty. A przynajmniej tak chcemy o tym myśleć 😉

A ostatnim meczem transmitowanym przez naszą ligową telewizję była rywalizacja HandyMan vs Copa FC. Wiedzieliśmy na co stać jednych i drugich, więc tutaj był potencjał, aby to spotkanie kategoryzować jako potencjalny hit kolejki. Czy takowym się okazał? Hmm. Pod względem wizualnym nie był to mecz, który przypadł nam do gustu. Sporo fauli lub innych mało piłkarskich spraw, które wolelibyśmy na boisku oglądać jak najrzadziej. Z drugiej strony – trochę się tego spodziewaliśmy, bo po jednej i drugiej stronie nie brakuje graczy, którzy w kaszę dmuchać sobie nie pozwolą. Ale w pewnym momencie tego wszystkiego było już za dużo i to wszystko miało wpływ na końcowy wynik. Kluczowa była 25 minuta spotkania – przy wyniku 2:2 żółtą kartkę obejrzał bramkarz Handy Daniel Laskowski, z kolei w przerwie zupełnie bezmyślną karę zafundował sobie Adrian Rozbicki. Grając w osłabieniu gracze w żółtych koszulkach szybko dali się trafić na początku drugiej połowy, a na domiar złego w 28 minucie Adrian Rozbicki obejrzał drugie żółtko i osłabił swój zespół. Potem była też kartka dla Maćka Sadochy i chociaż podczas gry w stracie HandyMani gola nie stracili, to fakt, iż wiele minut musieli grać na podwójnej intensywności, miał swoje konsekwencje. W 36 i 37 minucie szybko stracili dwa gole pod rząd i było po herbacie. Ostatecznie przegrali 3:6 i tak sobie myślimy – nie był to jakiś wybitny mecz w ich wykonaniu, a mimo to długo byli tutaj w stałym kontakcie bramkowym z rywalem. Po co więc te głupie kartki? Po co ułatwiać robotę rywalowi? Po co się kłócić z sędzią, który wiadomo że zawsze ma rację (nawet jeśli czasami jej nie ma)? Śmiemy twierdzić, że gdyby byli tutaj konsekwentni, grali swoje i nie łapali kar, to w końcówce mogłoby się zdarzyć wszystko. No ale stało się inaczej. W ich szeregach warto wyróżnić Maćka Sadochę, która na pewno będzie realnym wzmocnieniem. Co do Copy, to znamy ją z lepszych wydań.  Wiadomo – być może czuli się wybijani z rytmu, bo rywale czasami nie przebierali w środkach, no ale zobaczmy, że nawet gdy mieli przewagę liczebną, to brakowało im cierpliwości. Może to pokłosie pierwszego meczu o punkty po dłuższym okresie? Być może. Najważniejsze było jednak zwycięstwo i to, że pierwszy rywal w drodze po prymat został już odhaczony.

Różnicą trzech goli zakończył się również kolejny, niedzielny spektakl. Jego bohaterami byli przedstawiciele AutoSzyb i Al-Maru, a więc ekipy dobrze się znające i które bardzo chciały rozpocząć nowy sezon od zgarnięcia całej puli. Po jednej stronie młodość i fantazja, a po drugiej doświadczenie i wyrachowanie. I nawet nie próbowaliśmy spekulować, czyje argumenty przeważą, nawet jeśli w turniejach przed ligą lepsi byli gracze Kamila Wiśniewskiego. Liga to inna para kaloszy i jak się okazało – Szyby dość boleśnie się o tym przekonały. Ale od razu zaznaczmy – to wcale nie był w ich wykonaniu zły mecz. Można mieć oczywiście jakieś zastrzeżenia, zwłaszcza do linii obrony, która naszym zdaniem nie miała po prostu wyraźnego lidera i brakowało kogoś pokroju Adama Andrzejewskiego, który trochę by młodszych kolegów poustawiał. Jednak do pewnego momentu wszystko szło po myśli AutoSzyb, które jeszcze na minutę przed końcem pierwszej połowy prowadziły. No ale właśnie wtedy Al-Mar poczęstował ich dwoma podbródkowymi i wagę tych ciosów przeciwnicy odczuwali jeszcze dobrych kilkanaście minut. Gdy bowiem rozpoczęła się druga połowa, Al-Mar konsekwentnie budował swoją przewagę i ze stanu 3:2 zrobiło się 6:2! Podopieczni Marcina Rychty bezlitośnie punktowali młodszych kolegów i prawda jest taka, że gdyby chwilę później Maciek Sobota nie zaliczył kilkuminutowego rozkojarzenia, które przyczyniło się do utraty dwóch goli, to już wtedy byłoby po meczu. A tak mieliśmy jeszcze przez chwilę emocje, aczkolwiek trafienie na 7:4 temat trzech punktów zamknęło definitywnie. Ale tak grający Al-Mar byłby w niedzielę trudny do pokonania dla kogokolwiek. Chłopaki zagrali bardzo mądrze, trzymali się konsekwentnie swojej taktyki i nawet gdy w pierwszej połowie wynik im na chwilę uciekł, nie było żadnej paniki. Ale czegoś takiego nie można kupić – do tego potrzeba czasu. Dlatego AutoSzyby nie powinny mieć do siebie większych pretensji – bo to zdecydowanie nie one ten mecz przegrały, ale rywal po prostu go wygrał.

A niemal identyczne podsumowanie co wyżej moglibyśmy zastosować do kolejnego spotkania – Al-Maj Car sprawdził w nim możliwości AKS Elektro. Prawdę mówiąc, to sami nie wiedzieliśmy czego się po jednych i drugich spodziewać. Al-Maj na papierze wyglądał mocno, ale nie od dziś wiadomo, że ta drużyna lubi na jeden mecz przyjechać w konkretnym zestawieniu, by na kolejny brać kogo popadnie. Jednak tym razem zdolności organizacyjne Grześka Wojdy nie zawiodły i markowianie zjawili się w Woli z mocnymi nazwiskami. Łukasz Grochowski, Krzysiek Woźniak, Marcin Groda – to już na lokalnym runku uznane marki. W obozie AKS Elektro tak rozpoznawalnych jednostek nie było, może poza Danielem Sulichem, a więc byłym zawodnikiem Wichru Kobyłka czy Marcinem Białkiem – wieloletnim kapitanem RDK Szewnicy. Tyle że to okazało się znacznie niewystarczające. Powiedzmy sobie uczciwie – pod względem kultury piłkarskiej Al-Maj był tutaj przynajmniej o klasę lepszy. Grał mądrze, odpowiedzialnie, fajnie dzielił się piłką i przede wszystkim – miał pomysł na grę. Drużyna Elektrycznych liczyła raczej na to, że będzie beneficjentem błędów rywala, tyle że tych było tego dnia naprawdę mało. Jedynie w pierwszej połowie, gdzie wynik oscylował jeszcze wokół remisu, AKS miał kilka bardzo dobrych okazji, by trochę rywala postraszyć, jednak dwukrotnie nie wykorzystał szans w sytuacji 2 na 1. Ale to już tylko gdybanie. Im dłużej mecz trwał, tym przewaga markowian była coraz wyraźniejsza i szybko stało się jasne, że w starciu debiutantów, trzy punkty zgarną ci bardziej doświadczeni. AKS starał się jak mógł, jednak widać było, że zawodnicy nie mieli jeszcze do siebie takiego zaufania, jak ci po drugiej stronie boiska. Na pewno Elektrycznym nie zabrakło woli walki i są tutaj podwaliny pod zespół, który może napsuć innym krwi. Tyle że właśnie na tym polegała cała różnica – gdy jedni braki w jakości starali się nadrabiać ambicją, drudzy po prostu grali swoje. Mała, ale jednak subtelna różnica.

A teraz przechodzimy do rozgrywki, która miała nam odpowiedzieć na pytanie, czy Black Dragons mogą być nową siłą w Strefie Szóstek. Co nieco wiedzieliśmy o tym zespole, znaliśmy część chłopaków z ekipy The Naturatu i zastanawialiśmy się, czy gdy przyjdą do nas wyłącznie w swoim składzie, to faktycznie potwierdzą opinie na swój temat. I dziś, mądrzejsi o to co widzieliśmy wczoraj, możemy śmiało stwierdzić – Black Dragons to naprawdę konkretny zespół. Młody, ale wybiegany, znający się na swojej robocie, niepozostawiający rywalowi miejsca w defensywie i co ważne – tutaj każdy zawodnik, nieważne czy to obrońca czy napastnik, ma niesamowity ciąg na bramkę. I po takiej laurce chyba nic dziwnego, że Show Team nie był w stanie powstrzymać wołomińskiej młodzieży. Czy w ogóle były podstawy, żeby myśleć, że może być inaczej? Na pewno. Ekipa Przemka Matusiaka też ma swoje argumenty, pomogła im też zmiana regulaminowa, dzięki której mogli mieć na boisku więcej graczy zrzeszonych, no ale nie przełożyło się to na końcowy wynik. Początek był obiecujący, bo po błędzie awaryjnego bramkarza Smoków, gola zdobył Adrian Bielecki, lecz na kolejne trafienie Show Team musiał czekać ponad 30 minut. W tym okresie rywali zdobyli aż sześć trafień i nawet przez moment nie było złudzeń, kto będzie opuszczał boisku z podniesioną głową, a kto z opuszczoną. Chociaż dalecy jesteśmy od negatywnej oceny przegranych. Oni się naprawdę starali, w wielu fragmentach byli równorzędnym przeciwnikiem dla konkurentów, jednak problem polegał na tym, że gdy popełniali prosty błąd – od razu kończyło się to surową karą. Słusznie jednak zauważył autor pierwszej bramki w tym spotkaniu, że tamten sezon zaczęli genialnie, a ostatecznie skończyli w tabeli bardzo nisko. Pozostaje więc mieć nadzieję, że przegrana z Black Dragons to jedynie złe miłego początki i z każdym spotkaniem będzie coraz lepiej. O triumfatorów nie martwimy się z kolei zupełnie, bo biorąc pod uwagę, że grali bez podstawowego bramkarza, a nie było też Krystiana Dąbkowskiego, to należy ich traktować jako potencjalnych faworytów do awansu. Rzecz jasna pod jednym warunkiem – że za szybko nie uwierzą w to, że robota zrobi się sama.

No i wreszcie dobrnęliśmy na koniec naszego spaceru po niedzielnych potyczkach. Wczorajszy dzień spuentowali zawodnicy Box Gardy Marki i Joga Bonito. Markowianie przyjechali na potyczkę pozytywnie naładowani. Wiemy, że długo przygotowywali się do swojego debiutu i liczyli, że tę historyczną rozgrywkę uda im się zapisać na swoje konto. To było realne tym bardziej, że w Jodze brakowało Mateusza Muszyńskiego, który od tego sezonu w naszej lidze grać nie może (ze względu na przepisy regulaminowe), a dopiero na drugą połowę dojechali Tomek Sieczkowski i Kacper Cebula. No ale okazało się, że być może nawet bez tego spóźnionego duetu, Joga prawdopodobnie to spotkanie i tak przeciągnęłaby na swoją stronę. Już po pierwszej połowie wynik brzmiał tutaj 3:1, choć trzeba przyznać, że Box Garda trochę swojemu rywalowi pomogła. Najpierw faul w polu karnym i utrata gola po stałym fragmencie gry, potem błyskawicznie kolejna stracona bramka, a na koniec błąd bramkarza, którzy przepuścił sygnalizowany strzał Michała Jędrzejczyka. Drugie 25 minut to kontynuacja dobrej postawy graczy Bonito, którzy błyskawicznie podwyższyli prowadzenie i było już nawet 5:1. Przegrywających w grze trzymał Daniel Jaros. To on zaliczył wpierw asystę przy trafieniu Artura Jesionowskiego, potem sam zdobył bramkę, no ale w pojedynkę niewiele mógł zdziałać. Z kolei Joga zaczęła regularnie wypuszczać bardzo groźne kontry a pozostawiona sama sobie defensywa Gardy nie miała już sił, by skutecznie te ataki odpierać. Skończyło się więc na wyniku 8:4 i nie ma w nim przypadku. Wygrała drużyna lepsza, chociaż w naszej opinii Box Garda mogła tutaj powalczyć o więcej. Wydaje się, że Rafał Saks musi umożliwić Danielowi Jarosowi by grał jak najdłużej, bo taki walczak jak on jest bardzo potrzebny. Więcej oczekujemy za to od Damiana Malinowskiego, który niepotrzebnie skupiał się na grze innych, bo to nie pozwalało mu pokazać pełni możliwości, a grać w piłkę potrafi. Takich rzeczy do poprawy jest pewnie więcej i tę porażkę trzeba potraktować jako cenną lekcję na przyszłość. Brawa natomiast dla Jogi, bo okazało się, że jest życie po Mateuszu Muszyńskim. Chociaż chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdyby popularny „Muszka” w tym spotkaniu zagrał, to już do przerwy byłoby pozamiatane. Zobaczymy jak Bonito będzie sobie bez niego radziło dalej, choć wydaje się, że może być dużo lepiej, niż mogło się komukolwiek wydawać.

Wszystkie statystyki z pierwszej kolejki znajdziecie już w raportach, czyli po kliknięciu na wynik spotkania w terminarzu. Apelujemy, byście dokładnie zweryfikowali czy wszystko się zgadza, bo dopiero uczymy się niektórych nazwisk czy twarzy, więc wpadki są nieuniknione. Staraliśmy się być dokładni, ale zawsze coś można przeoczyć. Zapraszamy Was także, by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać naszą stronę, bo będzie się tutaj sporo działo.

Dodaj komentarz